reszka2
22.12.12, 09:24
Własnie moje dziecko poinformowało mnie mimochodem, że na 14 osób w klasie, 11 posiada orzeczenie o dysleksji. W sumie z ich obu klas szóstych ponad połowa dzieci taki zaświadczenie ma. Nie uwierzę w to nigdy, że 90 % dzieciaków ma uszkodzenia układu nerwowowego, ktore skutkują specyficznymi dysfunkcjami. Nie uwierzę w to i już. Poza tym synowi wymknęło sie, że jego najlepszy kolega też robi czasami błędy ortograficzne, więc mama załatwiła mu takie zaświadczenie.
Z tego co pamiętam, to dysortografia to nie sporadyczne robienie błędów, ale walenie ciągiem błędów ortograficznych, wynikających z nieprzestrzegania znanych uczniowi zasad pisowni, oraz błędów specyficznych, takich jak mylenie liter (zastępowanie), opuszczanie, dodawanie i przestawianie liter i sylab, pisanie liter i cyfr zwierciadlanie.
Widziałam wypracowania pisane przez dyslektyków.
Co za tym idzie - "dyslektycy" maja preferencyjne warunki zdawania testów - piszą dłużej, nie mają odliczanych punktów za błedy. Bo w tym procederze biorą udział dzieci zdrowe a nie z mikrouszkodzeniami mogącymi dawać różnego rodzaju dys-. I one ze świstkiem mają zapewniony lepszy start. Na tym polega perfidia zaświadczeń o różnych dysortografiach, dysleksjach itp.
Tak to się uczy cwaniactwa i kombinatorstwa po polsku, od niemalże zarodka.