tysiacpiecset1
29.01.13, 20:03
Opisze Wam pokrotce pewna sutuacje.
Zawiozlam ostatnio corke do exa, miala zostac na obiad i na noc.
Ex otworzyl nam wystrojony, wypachniony stwierdzil, ze wlasnie wrocil z miasta, i ze byl na obiedzie. Zachowywał sie dziwnie, jakies glupie usmieszki i byl tak jakby spiety.
Na pytanie co corka bedzie jadla odpowiedzial, zebym sie nie martwila, ze ma dla niej obiad.
Zapytalam o to celowo bo po pierwsze sam powiedzial, ze byl juz na obiedzie a corka miala ostatnio problem z brzuchem i nie chcialam by jadla jakiegos gotowca czy hamburgera.
OK. Ex jakby tylko czekal az wyjde. Na stole zauwazylam opakowanie z eleganckimi swieczkami (takimi za ok. 100 zł), corka sie od razu do nich rzucila z pytaniem dla kogo. Ojciec powiedzial, ze dla niej.
Obok tez byla paczuszka mozarelli w kulkach, tez sie zdziwilam ze to ma bo w zyciu bym sam sobie tego nie kupil, powiedzial, ze kupil do sałatki.
Nastepnego dnia odebralam dziecko po szkole i corka od razu mi powiedziala, ze byla na obiedzie u sasiadki tatusia, ze sasiadka jest bardzo mila i ladna i obiad byl dobry i ze dostala od niej czekoladki.
Wkur****** sie, ze ex zabiera dziecko do jakiejs obcej baby! OK, wiem powinnam ochlonac i nie dzwonic ale taki nerw mnie wzial, ze nie potrafilam sie powstrzymac. Zadzwonilam do niego z pretensjami - ze dlaczego ze mna tego nie ustalil, nie poinformowal, nie zapytal. Ze jesli sie z kims spotyka to chyba jako matka mam prawo wiedziec i decydowac czy dziecko bedzie uczestniczyc w takim spotkaniu. Tym bardziej, ze mala nadal przezywa nasze rozstanie i jest dlaniej zdecydowanie za wszecznie na poznawanie jakichkolwiek kolezanek taty...
Uslyszalam, ze zamierzal mi powiedziec po wszystkim, bo 'wiedzial, ze zrobie afere' i ze moge po prostu zabrac dziecko. A tak w ogole stwierdzil, ze jestem paranoiczka, twierdzi, ze babka zaprosila do na domowy obiad w rewanzu za to, ze pomogl jej skrecic kanape (wprowadzila sie niedawno). Corka po poludniu sie rozplakala bo przypomnialo jej sie, ze swieczki nie byly jednak dla niej tylko dla pani sąsiadki...
Pomijam fakt, ze nawet rok czy dwa lata temu, jak miedzy mna a mezem było dobrze, nigdy nie dostałam od niego takiego kosztownegeo drobiazgu, z reguly w ogole nie dostawalam przez ostatnich pare lat prezentow, bo ciezko mu bylo cos wymyslic, i zwykle sama sobie cos kupowalam a on mi dawal kase, albo kupowalismy razem (wiem, zalosne, ale nigdy prezenty nie byly dla mnie istotne... ale wczoraj poczulam sie jakby mi ktos w morde dał...)
Co sadzicie o calej tej sytuacji? Czy ja faktycznie przesadzam?