shellerka
22.02.13, 13:06
dobra. obiecywałam sobie, że nie opiszę tego, ale mam tak podniesione ciśnienie od wczoraj, że musze po prostu muszę poznać Wasza opinię na ten temat.
wtorek rano - przypadkiem spotykam matkę koleżanki mojej córki. naprawdę przypadkiem i ogólnie cudem, bo normalnie byśmy się w ten wtorek nie spotkały na bank. w każdym razie mama owa spytala, czy w czwatek moja córka może przyjść do jej córki na urodziny. powiedziałam, że pewnie. po czym mama owa spytała, czy mogłabym o tych urodzinach poinformować także mamę drugiej dziewczynki z ich grupy, bo mieszkamy blisko siebie. powiedziałam, że jasne, że jak wróci z pracy, to do niej zapukam.
akurat spotkałam tą drugą mamę po drodze i powiedzialam jej o tym.
no i ok. po południu zapytałam, czy jest coś , z czego dziecko się ucieszy w sensie prezentu. usłyszałam, że lego friends będzie odpowiednie.
no i w środę pojechałam na poszukiwania, kupiłam i wieczorem zajechałam do domu. Zapukała do mnie mama tej drugiej dziewczynki i pyta, czy te urodziny akutalne, bo ona nie dostała zadnego zaproszenia, nic. Powidziałam, że dam jej numer telefonu do mamy solenizantki, ale obie stweirdziłyśmy, że to trochę głupio dzwonić i się dopytywać, czy jest się zaproszonym i po prostu wzięłam numer od niej i zadzwoniłam do mamy solenizantki, prosząc ją, żeby potwierdziła zaproszenie.
dodam, że rzecz dotyczy dziewczynek trzyletnich.
chodza razem do jednej grupy przedszkolnej. do tej pory było tak, że wszelkie zaproszenia wsadzane były po prostu do plecaków dzieciaków, albo przekazywane nauczycielce, która rodzicom zaproszonych dzieci w odpowiednim momencie przekazywała te zaproszenia, tak żeby nie było przykro pozostałym.
o 16 przyszła do mnie sąsiadka i pyta, czy zawiozę dziewczyny, bo dzwoniła do mamy solenizantki z pytaniem o adres, a ta odpowiedziała jej że najlepiej będzie, jak da mi swoją córkę i ja przywiozę dziewczyny. do tej pory było tak, że na wszelkich urodzinach takich maluszków, rodzice byli zawsze z nimi, albo chociaż zawozili sami, żeby upewnić sie, że wszystko gra. tu sytuacja była tym bardziej drażliwa, bo dziewczynka jest dość wrażliwa, nigdy nie zostawała nigdzie sama bez rodziców, z wyjątkiem przedszkola i w dodatku obie mamy się nie znają, więc nie wiedzą nic o warunkach w domu itp. itd.
na dodatek mój syn przyjaźni się z bratem solenizantki i bardzo lubi solenizantkę, natomiast jako że zaproszenie dotyczyło tylko mojej córki, uznałam, mimo ogromnego żalu mojego syna, że trudno. takie są zasady. męża nie ma w tej chwili w domu, więc zostawiłam syna samego i zawiozłam dziewczyny.
otworzyła nam mama solenizantki ubrana w dres, zaczęłam zdejmować buty - zdejmuje się u nich buty na klatce schodowej

pomagałam rozebrać dziewczyny, no i kiedy mama zobaczyła, ze zdejmuje buty, spytała "nie zostawisz dziewczyn?..."
myślałąm, ze dostanę apopleksji i z uśmiechem rekina odpowiedziałam, ze nie, że mama dziewczynki poprosiła mnie, żebym posiedziała chociaż chwilkę, żeby zobaczyć, jak się zachowuje i czy nie chce wracać do domu.
Weszłam do mieszkania, a tam mama trzeciej z gości dziewczynki siedzi i spokojnie pije kawę. Czyli, że była zaproszona razem z córką. Ja miałam jechać do domu, a moja sąsiadka tylko kupić prezent i dać mi dziecko do dostarczenia.
Brat solenizantki nudził się jak mops i miałam nawet ochotę zaproponować, ze zabiorę go do nas do mojego syna, ale zachowanie "gospodyni" skutecznie mnie do tego zniechęciło.
Po pół godzinie zadzwoniłam do syna, ktory ropłakał się i poprosił żebym przyjechała, bo on sie boi. Wstałam i mówię, że podjadę do dziecka, bo się boi sam w domu siedzieć. Myślicie, że zaproponowała, zebym go przywiozła????
nie.... to było tylko takie cichutkie: "mogłaś go przywieźć". na co ja znowu z uśmiechem rekina na tyle głośno, żeby słyszała to mama drugiej dziewczynki: "no cóż... nie był zaproszony".
pojechałam do domu, opisałam sytuację mężowi, który był w głębokim szoku, choć ostatnie wydarzenia mocno nadszarpnęły wizerunek tej pani w jego oczach
po czym po pół godzinie wpakowałam syna do auta i podjechaliśmy po dziewczyny. syn został w aucie. ja już nie wchodziłam z korytarza do domu, tylko zawołałam dziewczyny do wymarszu, włączył się alarm w aucie, koleżanka pyta, to syn jest w aucie? ja na to tak i znowu - na jej miejscu powiedziałabym, no przecież wejdźcie jeszcze na chwilę, dam mu kawałek torrta, pobawi się chwilę z moim synem.
nie... po prostu pomogła mi szybciej ubrać dziewczyny.
było mi bardzo przykro. poczułam się jak gość drugiej kategorii, wściekła byłam na siebie że obleciałam pół miasta w poszukiwaniu odpowiedniego zestawu tych lego friends
było mi żal mojego syna, a najlepsze.... kiedy weszłam usłyszałam, ze w sumie to dzisiaj jej córka stweirdziła, ze mogły nie zapraszać tej mojej sąsiadki. miałam ochotę napluć jej w twarz.
ale co zauważyłam... tym razem, na przyjęciu dla trójki dzieci, na stole położyła obrus. kiedy dwa tygodnie temu zaprosiła nas na kolację - na stole położyła ceratę.
otworzyła nam wtedy w dresie i stwierdziła, że och tak mi się nie chciało...
oboje z mężem uznaliśmy, że to jej mąż, który lubi się z moim mężem, był pomysłodawcą tej kolacji, a ona zapewne wściekła na cały świat, że musi nas oglądać, robiła wszystko, żeby okazać nam gościnność
ps. dowiedziałam się, że dziś jest druga tura urodzin dziewczynki, na która zaproszeni sa również ludzie których znam, zaproszeni są dzieci, ale z rodzicami.....