clio_1
08.03.13, 16:43
Moje dziecko przez ostatnie 3 dni chodziło na rekolekcje. Dzieci mogły być zawożone bezpośrednio do kościoła albo do szkoły i nauczycielki zabierały dzieci ze świetlicy. Wczoraj syn wrócił do domu w butach ubłoconych do kostek (dosłownie). Okazało się, że nauczycielka zaprowadziła dzieci do kościoła drogą na skróty - przez tory kolejowe, bez kładki ani innego bezpiecznego przejścia, drogą gruntową (stąd błoto). Wściekłam się, bo można do kościoła dojść inną drogą, bezpieczną, z chodnikami, tylko zajmuje to jakieś 10 minut więcej. Pojechałam dzisiaj do szkoły zwrócić uwagę nauczycielce, a ta rozbrajająco powiedziała że przecież wszyscy przez te tory przechodzą a innej drogi nie ma. Zniszczone buty? Trzeba je wyczyścić (serio? No nie wpadlam na ten pomysł), a jak się nie da to ona nie wie co z tym zrobić. Pani nie wie też, ze przechodząc przez tory w miejscu niezabezpieczonym, na dziko, naraża dzieci na niebezpieczeństwo utraty zdrowia albo życia... Ręce mi ppadły, nie wiem czy to tylko bezmyślność czy zwykla głupota?