asiula1306
14.03.13, 20:01
Taka sytuacja:
odbieram syna ze szkoły( I klasa podstawówki),w drodze do domu mówi mi że dwoje dzieci nazwało go złodziejem i że pani sprawdzała mu kieszenie, zawróciłam do szkoły, panią udało się jeszcze złapać, z jej opisu: ona sama nic nie widziała bo nie było jej w klasie, dziewczynka, która siedzi w ławce za moim synem miała ponoć na piórniku położone 50 gr(tak, 50 gr-o to się wszystko rozchodzi), dziewczynka poszła do biblioteki, kiedy wróciła monety nie było a dwójka dzieci siedzących za nią, powiedziała że to mój syn zabrał, pani mu się niby pytała, kazała sprawdzić kieszenie, potem sama sprawdziła(!!!), oczywiście nic nie znalazła, syn mówi że obracał się ale żadnych pieniędzy nie widział i nic nie ruszał, na jutro po lekcjach jestem umówiona z panią żeby to wyjaśnić i w sumie nie do końca wiem jak to ugryźć, nie chcę nikomu zarzucać kłamstwa ale wierzę synowi, rozmawialiśmy o tym w domu, on wie że cudzych rzeczy się nie rusza, nigdy się nie zdarzyło żeby cokolwiek tak po prostu sobie wziął, łatwo jest rzucać oskarżenia, boję się żeby nie przylgnęła do niego łatka "złodzieja", syn jest nieśmiały, wrażliwy, bardzo przeżywa wszystkie sytuacje w szkole i nie tylko,dzisiaj wrócił do szkoły po 10 dniach nieobecności i taka sytuacja, doradźcie jak rozmawiać z nauczycielką i jak to rozwiązać