ico23
14.03.13, 22:38
Hej
Jestem młodą mamą (23). Samotną muszę nadmienić. Nie wiem z kim ani gdzie mam pogadać wiec przypełzłam tutaj.
Zaszłam w ciąże mając 18 lat. Szybki ślub cywilny (zawsze chciałam mieć przysłowiową pełną rodzinę. Dziś wiem że to nie działa w tą stronę). Wynajęcie mieszkania i właśnie...
Całe moje życie (nie mam pojęcia dlaczego) obracam się wśród ludzi którzy mają (niejednokrotnie) problemy z prawem. Złodzieje, dilerzy itp...
Więc jak to było do przewidzenia mój mąż (już były) również z takich kręgów pochodził. Oczywiście JA kretynka (małolatka) myślałam ze "DLA MNIE SIĘ ZMIENI. BEDZIE MIAL RODZINE, PÓJDZIE DO PRACY BLE BLE BLE..." i się zaczeło...
Kiedy córka miała pół roku (już wtedy nie układało nam się najlepiej. Nie chciał chodzić do pracy (zbyt duże ambicje), koledzy, palenie i alkohol) pewnego ranka wpadli CBś-ie. Zabrali go. O co? Na ile? Nie wiedziałam nic. Zostałam sama z córką, bez pieniędzy na spłatę mieszkania. Pomogli mi rodzice. Zapłacili za mieszkanie. Przeniosłam się do nich i wtedy dopiero zaczął się mój koszmar.
Byłam dzieckiem bardzo samodzielnym. Zmusiła mnie do tego sytuacja. Matka wiecznie pracowała. Mam młodszą siostrę więc już w podstawówce sprzątałam i zaczęłam gotować. Ojciec od kąt pamiętam nie interesował się mną kompletnie. Byłam i chyba jestem dzieckiem trudnym, walącym prosto z mostu i broniącym swojego poglądu na pewne sprawy. Ojciec miał i ma z tym problem. Zawsze największe nadzieje i uwagę okazywał mojej młodszej siostrze. Ona na jego awantury spuszczała głowe. Ja wręcz przeciwnie. Stawiałam mu czoła. Nigdy mu nie ubliżyłam w twarz, nie powiedziałam na TY. Wystarczyło podniesienie głosu i zaczynał się ból duszy i ciała. Wyzwiska, bicie (dziecko w 1 czy 2 podstawówce).
Wyprowadziliśmy się. Inna szkoła, koleżanki, koledzy i kompletna zmiana otoczenia. Nie radziłam sobie w szkole. Nie byłam zbyt akceptowana (4 podstawówka). Poznałam starsze towarzystwo. Teraz może to niewiele 2 czy 3 lata ale wtedy towarzystwo było dla mnie wszystkim. Zaczęłam palić, popijać i było coraz gorzej. W gimnazjum miałam wywalone na wszystkich i wszystko. Dalej toczyłam wojnę z ojcem i było coraz gorzej. Doszło do tego że nie mogłam być w tym samym miejscu co on. Nienawidziłam go jak tylko mogłam. Uciekłam z domu. Początkowo 1 dzień który przerodził się w 2 tygodnie. Bałam się tego co zrobiłam i co może zrobić mi on. Wróciłam sama. Po rzeczy ale chyba chciałam żeby mnie znaleźli. Mieszkałam u koleżanek po 1 noc po 2 o żadnym sexie w tym czasie nie było mowy. Wolałabym spać pod mostem niż zrobić to za przenocowanie.
Sąd wtedy jeszcze nieletnią wysłał mnie do ośrodka. Demoralizacja i narkotyki. Spędziłam tam 2 miesiące. Pomoc jaką tam otrzymałam od specjalistów i młodzieży będę pamiętać do końca życia. Zaczynałam od nowa.
Zmieniłam szkołę bo w tamtej byłam spalona po całości. Wybłagałam o przeniesienie do szkoły dla trudnej młodzieży (tam miałam chłopaka). W skrócie palenie na legalu, picie alkoholu i inne używki. Istny raj dla mnie. Nieświadomość moich rodziców i rodziny. I tak kręciło się dzień za dniem do moich 18 urodzin. W międzyczasie toksyczny związek z damskim boxerem lubiącym różne używki.
I wreszcie spotkałam jego. Wszystko się zmieniło. Był przystojny, ciekawy i znaliśmy się sporo czasu. Był z mojego osiedla.
PACH...
Zaszłam w ciążę.
Miało być jak z bajki a skończyło się dwójką dzieci, rozwodem (z jego winy), ograniczenie mu władzy rodzicielskiej i z jego strony braku jakiegokolwiek zainteresowania. Na te 3 lata siedział ponad 2. Miałam dość.
Kocham moje dzieci najbardziej na świecie. Dla rodziny i obcych jestem idealna. Pomimo tego że sama i że troszkę przeżyłam dałam sobie rade naprawdę. Gorzej jest ze mną samą. Kiedy nikt nie patrzy płacze po kątach. Zaczęłam brać amfe. To moja odskocznia od wszystkiego. Jestem fajnie pobudzona, mam więcej cierpliwości, więcej siły ale boję się...
Boję się że nie dam sobie rady. Boję się o brak skończonej szkoły, pracę, pieniążki. Dodatkowo dzień w dzień widzę się z najbardziej znienawidzoną osobą w życiu. Najgorszej jest to że już nie mogę odezwać się słowem bo "TO JEGO DOM I JAK NIE NIE PODOBA TO WYJAZD". Nie mogę. Nie mam pieniędzy na wynajęcie, na start. Nie będę zarabiać tyłkiem nie mogłabym.
Wiem że nie jestem i byłam święta, ale jestem dobrą matką. Codziennie zajmuję się dziećmi jak mogę najlepiej. Nigdy nie chodziły głodne czy brudne, sprzątam całe mieszkanie, gotuje, piorę dokładam się do opłat jak mogę. Ale psychicznie nie daję już rady. Coraz więcej ćpam. Ciężko jest przestać kiedy po tym czuję się naprawdę dobrze. Nie ma opcji zaśnięcia, omdlenia i innych niebezpiecznych dla moich dzieci skutków. Ale zaczynam bać się o siebie. Nie mam komu się wyspowiadać. Matka ma swoje sprawy z ojcem wiadoma sprawa. Mam dużo znajomych ale na piwo a nie na żale. Co mam zrobić gdzie szukać pomocy??!! Kilkakrotnie myślałam o samobójstwie ale na dzień dzisiejszy nie znalazłam tyle odwagi. Ale co będzie kiedy ją znajdę? Wiem że inni mają większe problemy niż ja i powinnam się cieszyć ale nie mogę. Dodatkowo nie pozwalają mi wychodzić z domu bez dzieci. Znajomi nie mogą przychodzić do "JEGO" domu. Spaliłam po sobie mosty. Kiedy mogłam wyjść nie przychodziłam na czas. Wiedziałam że dzieci mają najlepszą opiekę w sumie zostawiałam dzieci najedzone, po kąpaniu i śpiące mamie która kładła się obok i zazwyczaj usypiała. nie ma takiej opcji żebym chociaż wypiła piwo przy szkrabach a czasem potrzebuje wyjść do ludzi. Nie mogę iść do szkoły ani pracy bo nikt mi z nimi nie zostanie nawet na sobote czy niedzielę. Nie radzę sobie i nie wiem co zrobić. Nie ufam nikomu na tyle aby się zwierzyć że mam problem z amfetaminą i sobą samą. Nie mam chłopaka ani męża. Nie chcę bo nie mam nic do zaoferowania a nie lubię żerować. Nie mam własnego kąta nawet na jakąkolwiek rozmowę czy kawkę. Czuję się jak ostatnia memeja