isa1001
28.04.13, 16:49
Mój syn jakiś czas temu zakumplował się z chłopcem, dajmy mu na imię Paweł, z równoległej klasy. Spotykali się na placu zabaw. Jakiś czas temu syn był u niego z wizytą. Dwa dni temu była rewizyta. No i od tamtej pory nie możemy się opędzić od prób złożenia nam przez Pawełka kolejnej wizyty. Wczoraj wracaliśmy z placu zabaw, Pawełek szedł z nami i pytał, czy może do nas iść. Powiedziałam, że nie, bo jesteśmy zajęci. Mimo to towarzyszył nam aż do drzwi wejściowych mieszkania i za wszelką cenę chciał wejść do środka. On stał po jednej stronie, ja po drugiej i cierpliwie tłumaczyłam, że mamy inne plany na popołudnie i spotkają się z synem kiedy indziej. Pawełek jednak nie odpuszczał. Po kilku minutach jałowej dyskusji (ja swoje - Pawełek swoje) z pokoju wyjrzał mąż i powtórzył to, co ja mówiłam wcześniej. Widocznie męski autorytet podziałał, bo Pawełek dał się pożegnać i poszedł. Dzisiaj wczesne popołudnie - domofon. To Pawełek. I dyskusja analogiczna do wczorajszej. No żeż kurcze blade! Mieszkamy w Warszawie, a tu nie ma zwyczaju składania sobie niezapowiedzianych wizyt przez 9-latków, o ile ich rodziny nie są bardzo blisko zaprzyjaźnione. Zazwyczaj wcześniej takie wizyty uzgadnia się telefonicznie. Rodzina Pawełka z marginesem społecznym nie ma nic wspólnego. Dobrze sytuowani, wykształcenie, pełna kultura. Pawełek nie szuka więc ciepłego kąta, miski zupy i nie ucieka przez tłukącym go konkubentem matki. A jednak coś mi w zachowaniu tego dzieciaka nie gra. Gdy był u nas pozwalał sobie na głośną krytykę, tego co mamy w domu. Gdy nadeszła pora, w której obiecałam jego mamie, że zaprowadzę go do domu, nie chciał wyjść. Czepiam się, schizuję?