Tak nawiązując do wątku o konkursie w utrzymywaniu porządku.
Czasem bierze się udział w jakichś konkursach - szkolnych, w pracy, krzyżówkowych, loteriach, no w ogóle. I czasem nagrody okazują się takie, że faktycznie, tylko sobie w łeb strzelić.
Brałam sobie parę lat temu udział w konkursie o epoce i twórczości Kochanowskiego. Pierwsze miejsce zajęłam, fajnie, patrzę - drugie i trzecie dostały w nagrodę jakieś książki ze wspomnieniami z Sybiru. Ma się do renesansu jak pięść do nosa, ale dobrze, uwielbiam XX wiek. Czekam co mi dadzą, patrzę...
"Co z tym życiem?" - wywiad-rzeka z Kingą Rusin.
No cudownie.
Półtora roku nie mogłam się tego pozbyć z domu. W antykwariatach nie chcieli, na allegro aż przesyt, w klasie też nikt się tym splamić nie chciał. Moja polonistka złapała się za głowę jak jej to pokazałam.
W końcu wywiozłam do Krakowa i dyskretnie zostawiłam na półce na dworcu autobusowym. Takiej specjalnej na książki, których nikt nie chce.
Jak dzisiaj tam przechodziłam to już jej nie było, więc ktoś jednak się ulitował.
To była największa z nagrodowych porażek. Już chyba tony bezwartościowych słowników i albumów za ortograficzne i literackie były lepsze. Nie mówię - niektóre nawet dobre. "Leksykon rzeczy minionych i przemijających" jest świetny i bardzo lubię do niego zaglądać. Ale jednak większość to właśnie kolejny słownik symboli/motywów/synonimów/antonimów/ortograficzny/cokolwiek, co to stoi na półce i się kurzy, bo po drodze wynaleziono internety.
Ematki, też dostałyście kiedyś w nagrodę takie coś, co to nie wiadomo co z chłamem zrobić?