jagoda74
03.08.04, 09:30
Byłam na wakacjach w małym rodzinnym pensjonacie. Przyjechałam z mężem i parą
znajomych. Okazało się, że poza nami są jeszcze trzy małżeństwa z łączną
liczbą siedmiorga dzieci poniżej szóstego roku życia. Mieliśmy do dyspozycji
trzy wspólne łazienki. Zaraz po przyjeździe okazało się, że nasz pobyt jest
koszmarem - w każdej łazience nocniczek, śmierdzące pampersy w koszu na
śmieci, na schodach zabawki, od szóstej rano hałas - dzieci biegają po
schodach, a mamusie krzyczą za nimi: Oleńko, nie biegaj, Adasiu, bo się
spocisz, chodź do mamusi. We wspólnej kuchni zupki, kupki, słoiczki,
buteleczki i smoczki, po 23.00 matrony gromią nas wzrokiem i
robią "ćsiiiiiiiiii!! ... bo d z i e c i ś p i ą !!!" Grill przypominał
koszmar - facet stoi przy rozżarzonym palenisku, a dzieci biegają dookoła, co
chwila któreś się potyka i ryczy. Wieczorem chcieliśmy posiedzieć z piwem na
tarasie - rezygnowaliśmy, bo zaraz pojawiała się któraś Matka Polka w podomce
z jakąś szmatą ew. kocykiem w dłoni i gromiła nas spojrzeniem, że oto
degeneraci się zalewają i mówią przy tym głośno. Wszyscy razem okupowali
wspólne łazienki, kuchnię i taras. Zostawiali gdzie popadnie swoje rzeczy.
Czuliśmy się fatalnie. Reasumując - tydzień na to wprawdzie mało, ale był to
prawdziwy koszmar. Nie mogę patrzeć na dzieci. Nie mogę patrzeć na wózeczki i
słuchać wrzasku. Zdaję sobie sprawę, że nie można uogólniać, ale mam
postulat, aby właściciele pensjonatów bardziej rozważnie planowali skład
osobowy gości i uprzedzali innych, że będą także całe rodziny z małymi
dziećmi. Zdaję też sobie sprawę, że trafilismy na wyjątkowo niekulturalnych
ludzi, którzy kompletnie nie liczyli się z naszą obecnością i zachowywali
się, jakby byli jedynymi gośćmi w pensjonacie. Jeśli ktoś z was to przeżył,
to współczuję.