cud_bogini_w_bikini
24.10.14, 15:33
może ktoś wie, jak wybrnąć... Kilka lat temu zwróciłam kilka książek do biblioteki tuż przed jej generalnym remontem. Właściwie czynna byłą już tylko portiernia i tam zostawiało się książki. Oddawałam w ostatnim momencie, przygotowywałam się do obrony pracy dr., pamiętam, że jeszcze o tym rozmawiałam z panią z portierni, która zastanawiała się, kto dziś jeszcze czyta taaaakie książki. Potem z tego co wiem, jedne książki zostawały w magazynie, inne były na jakiś czas rozdysponowane po filiach. Ja zdążyłam się obronić, zapomnieć o moich studiach, zmienić kilka razy miejsce zamieszkania. Teraz ... dostałam list od firmy windykacyjnej, dzwonią do mnie piszę, grożą

Okazało się, że...
1.książek nie ma w bibliotece (specjalistyczne, fakt, ale nie jest to niepowetowana strata; sądzę, że same książki to koszt 200-300 zł)
2.do ładnej, okrągłej sumki, liczonej w ... tysiącach, doprowadziło naliczanie "kary" za przetrzymanie książek, które zwróciłam
3.nie dostałam ani jednego zawiadomienia o zaległych książkach. Ponaglenia były wysyłane na adres, który zmieniłam niemalże od razu po tym nieszczęsnym oddaniu książek
4.zostałam brzydko sprzedana firmie windykacyjnej
Byłam na rozmowie z panią dyrektor, którą została dobrze mi znana pani bibliotekarka, ale teraz już nie ma zapędów zostania moją koleżanką, teraz jest groźną panią dyr.
Twierdzi, że teraz, skoro zajmuje się już tym firma windykacyjna nie ma możliwości umorzenia "długu", a w gruncie rzeczy to wszystko moja wina, bo...
1.nie dopilnowałam tego, żeby pani wyciągnęła karty książek z mojej karty bibliotecznej (tak, tak, to te czasy przedkomputerowe jeszcze)
2.nie poinformowałam biblioteki o zmianie miejsca zamieszkania
3."coś kręcę"
No i głową w mur. Poradzicie coś?