zonaczolgisty
19.01.15, 11:19
Przez rok trenowalam karate, nie bylo zmiluj, 4-5 x w tygodniu wyciskalam z siebie poty na treningach, kazdy pas zaliczalam z wyroznieniem, ja, stara baba w klasie pelnej mlodych byczkow. Potem wrocilam na studia i zaczelam miec klopoty z motywacja. Przez nastepny rok trenowalam raz, gora 2 w tyg, czyli tyle co nic, w karate to wystarcza ledwo na utrzymanie posiadanych juz umiejetnosci, ciezko wspiac sie wyzej bez poswiecenia czasu na trening minimum 3 x tygodniu, regularnie. W listopadzie stwierdzilam ze zrobie sobie przerwe, glownie dlatego ze na caly grudzien i tak wyjezdzalam. Myslalam jednak ze po powrocie wroce do treningow z nowa dawka entuzjazmu, tymczasem...niedobrze mi sie robi na mysl o tym ze mam zalozyc gi i pocic sie na treningu. Wiem ze po treningu bede sie czula swietnie, natomiast poczatek treningu to zawsze byl dla mnie koszmar, te rozgrzewki rodem z woja.
Pierwszy tydz po powrocie wywinelam sie czyms tam, teraz wypisuje do mnie sensei i cisnie mnie na powrot do dojo. Mam isc jutro, czeka na mnie nowy gi bo niestety przytylam i w starym mi niewygodnie. A mi jest niedobrze na mysl ze bede musiala wczesniej zrobic kolacje i zamiast usiasc do niej z rodzina to polece na trening.
Jestem na studiach dziennych, do tego pracuje na pol etatu, mam dom pelen zwierzat do obrobki i dwoje dzieci, w pewnym sensie samodzielnych, ale jednak gotowac im trzeba, czasem pomoc w lekcjach, zawiezc tu czy tam. Kazdy urlop spedzam na wolonatriacie. To tak w skrocie. Czasu wiec faktycznie malo. Karate przy tym nie jest moja jedyna forma ruchu bo 5 x w tyg chodze po 7,5-10km i to akurat bardzo lubie. Mam wiec wielka ochote odpuscic sobie to karate, a jednak:
-nie chce zawiezc sensei ktory pokladal we mnie ogromne nadzieje
-nie lubie zostawiac czegokolwiek jakby w polowie, godzi to w moja dume
- moj udzial w tym sporcie motywuje moje dzieci, ktore tez cwicza, a przy moim lenistwie rowniez sie rozleniwiaja
Co robic droga jematko? Co robic?