emett105
28.06.15, 18:44
Tak naprawdę to nie oczekuję rady. Chcę się po prostu wygadać.
Mam babcię, która jest wzorcem z Sevres toksycznej osoby. Była taka zawsze, więc absolutnie nie ma to żadnego związku z tym, że ma już 85 lat. Jest skłócona z całą swoją rodziną (przez co nie znam absolutnie nikogo z jej strony). Jest nieufna, wszędzie węszy spiski i czyhanie na jej majątek (którego nie ma w ogóle, gdyż jest osobą ogromnie rozrzutną, taką która codziennie najchętniej zakładałaby nowe majtki, a stare wyrzucała - co zapewne robi zresztą od dłuższego czasu). Jedynym jej majątkiem jest dosyć spore mieszkanie, które dopiero całkiem niedawno pozwoliła wykupić (dosłownie na kilka dni przed tym, jak skończyła się taka możliwość). Wcześniej na to nie pozwalała, gdyż "to na pewno po to, żeby ją stamtąd wyrzucić". Babcia mieszka w Warszawie, więc nawet wykup za 10 % wartości był olbrzymim obciążeniem dla mojego budżetu (złożyłam się na to z moim ojcem, a jej synem).
Babcia jest aktualnie po wszczepieniu endoprotezy stawu biodrowego. Nie interesowała się tym, co będzie po operacji. Zakładała, że tydzień po będzie samodzielnie śmigać po mieście. Nie zadbała o należytą, długą opiekę po operacji. Nie dowiedziała się, jak będzie przebiegać rehabilitacja, ile się na to czeka. Ja wiem, że dla osoby, która jej nie zna, może to wyglądać tak, że biedna staruszka idzie na operację, a rodzina ma to gdzieś. Prawda jest taka, że moja babcia jest w pełni władz umysłowych i nie bierze pod uwagę absolutnie żadnych sugestii ze strony rodziny (czyli dokładnie trzech najbliższych osób, które jej zostały, bo muszą - jej syna, mnie i mojego brata). Wszystko załatwia sobie sama. Sama chodziła po lekarzach, sama załatwiła wszystkie papiery do operacji. Załatwianie jej kogokolwiek do pomocy przed operacją absolutnie nie wchodziło w grę. Nie ma takiej opcji, żebym wzięła babcię do siebie (mikroskopijne mieszkanie, w którym mieszkam ja i dwoje dzieci). Nie ma takiej opcji, żeby wzięli ją do siebie moi rodzice. Nie ma takiej opcji, żeby wziął ją do siebie mój brat. Musi zostać w swoim mieszkaniu.
Opiekunkę załatwiła sobie tylko do końca czerwca. Czyli będzie ją jeszcze miała przez dwa dni. Jest cztery tygodnie po operacji. W środę nie będzie nikogo, kto przyjdzie chociażby jej zastrzyk zrobić.
Jestem załamana. Wiem, że słabo to opisałam, więc uzupełnię o co się da, jeśli ktoś zechce ze mną pogadać. Może da mi ktoś jakieś wskazówki, co dalej. Nie dzwoniłam jeszcze do żadnego MOPS czy DPS, czy cokolwiek takiego, bo nie mogłam załatwiać niczego poza jej plecami. I tak jestem wyrodną wnuczką, wydziedziczaną raz na pół roku. Dzisiaj również, gdyż zasugerowałam jakiś krótki pobyt w prywatnym ośrodku pomocy społecznej, aż dojdzie do siebie. Tam, gdzie miałaby rehabilitację na miejscu i towarzystwo 24h. Ale nie... Ona oczekuje.... Boże, nawet nie wiem, czego ona oczekuje. Nie wiem. Czuję się winna, bo jako babcia dla mnie była cudowna. Kiedyś. Do momentu, kiedy zaczęłam dorastać. Jako dziecko nie rozumiałam też, że wszystkie kłótnie w moim domu i alkoholizm mojego ojca to jej wina. Wiem, jak to brzmi, ale naprawdę nie wyobrażam sobie posiadania tak strasznej matki. To jedynie moja babcia i miałam kilkuletnie przerwy w kontaktach z nią, a i tak czuję się przez nią zatruta.
Przez nią sama dzisiaj pokłóciłam się z moim mężem. I teraz jest mi przez to jeszcze gorzej, bo czuję się winna i wobec niej, i wobec męża, i wobec moich dzieci.