potulnalwica
19.04.16, 16:40
Zebrałam się wreszcie i wybrałam do psychiatry, ponieważ podejrzewam u siebie depresję. Czekałam około miesiąca, na NFZ. To spotkanie to był jakiś koszmar. Już na wstępie zostałam zrugana za bezczelność i brak kultury, bo ośmieliłam się zapukać do drzwi pięć minut po wyjściu poprzedniego pacjenta. Poinformowano mnie, że jeśli się spieszę, to droga wolna. Potem nie dość szybko podeszłam do krzesła i kolejne pretensje. Następnie widząc mój gest świadczący o tym, że zamierzam rozpiąć guzik żakietu, lekarka zakazała! "zdejmowania czegokolwiek", gdyż "od tego jest szatnia". Po tym wszystkim przystąpiła do zadawania osobistych pytań tonem żandarma. Kiedy zapytałam, czemu mnie traktuje w ten sposób, odpowiedziała, że jak mi się nie podoba, mam zmienić lekarza. Co oczywiście oznacza kolejny miesiąc czekania. Naturalnie wolę poczekać ten miesiąc lub pójść prywatnie, niż opowiadać cokolwiek o sobie w takiej atmosferze. Wyszłam stamtąd zaryczana po pięciu minutach. Zastanawiam się poważnie nad napisaniem skargi. Przecież ta kobieta może komuś zrobić krzywdę. Gdybym tam poszła z myślami samobójczymi, byłoby pozamiatane, równie dobrze mogłaby mnie popchnąć. Trudno mi nawet opisać, co się właściwie wydarzyło, po raz pierwszy doświadczyłam tak grubiańskiego potraktowania przez kogokolwiek (w realu, bo fora, wiadomo, rządzą się swoimi prawami, zawsze trzeba być przygotowanym na kubeł zimnej wody). Na dodatek będąc na skraju załamania, podatną na zranienie i w sytuacji, kiedy czułam się bezbronna. Z jednej strony uważam, że powinnam poinformować o tym jej przełożonych (co zrobią z tą informacją to inna sprawa), a z drugiej - nie mam siły, chcę o tym jak najszybciej zapomnieć i mieć święty spokój. Nie wiem właściwie, po co piszę. Wyżalić się chyba chciałam. Jeszcze nie wyszłam z szoku. A może to tylko ja nieobyta i się szokuję, a takie podejście psychiatry do pacjenta, ustawianie w relacji pan i sługa, jest czymś normalnym?