grey.heart
03.05.17, 21:33
Witam! Do tej pory tylko poczytywałam, ale dzisiaj mam takiego doła, upić się nie mogę, to przynajmniej się wypiszę...
Jutro byłaby moja 4 rocznica ślubu... I ogólnie w maju 10 rocznica bycia razem z D.
Dziwny to był związek, widzę to teraz, od początku pełna symbioza, wspólne pasje, tematy, wyjazdy, takie same poglądy itd. Parę lat starszy, z tej samej branży, kiedy skończyłam studia zaczęłam pracę u niego, bo byłam w swoim fachu dobra i sprawna i chciałam, żeby to on na tym korzystał. W końcu wszystko było wspólne. Z czasem zaczęło mnie uwierać, że na czarno, zaczęło mi brakować poczucia bezpieczeństwa, a pracowałam naprawdę ciężko. Mieszkanie, samochód, konto firmowe tylko jego, ponieważ zgodziłam się od początku, pracować za stawkę godzinową jak inni zatrudnieni. Mimo, że byłam tak naprawdę drugim szefem i ciężar decyzji i organizacji na mnie spoczywał. Ale nie chciałam, żeby pomyślał, że jestem z nim dla pieniędzy...
Jakoś tak też się samo ułożyło, nie wiem kiedy, że to on robi karierę naukową, rozwija się, a ja jestem od tej mało spektakularnej ale niezbędnej czarnej roboty gdzieś na zapleczu... Pomagam mu oczywiście również po cichu w tej pracy naukowej, dyskutujemy, poprawiam mu błędy, czasem daje mi wręcz zdania w punktach - napisz to jakoś ładnie.
Nie wiem kiedy zaczęło się upokarzanie przy pracownikach, ciągłe uciszanie, usłyszałam, że jestem psychiczna (teraz możliwe), frustratka, wariatka. W jakiejkolwiek sytuacji z kimkolwiek to zawsze była moja wina (to przecież nawet statystycznie niemożliwe)...
Wiem, że to wydaje się wam śmieszne, ale D. to osoba czarująca, która zawsze dostaje to czego chce, lubiany, łatwo nawiązuje kontakty, ma też dużo takiego farta, zawsze od mandatu się wywinie itd... A ja - wrażliwa, nieśmiała, introwertyczna, ale też inteligentna, oczytana, najlepsza na roku... Na studiach byłam popularna i miałam tabuny wielbicieli, ale to była chyba inna ja...
W końcu był cichy ślub cywilny, bez znajomych, bo ani moi ani jego jakoś nam nie kibicowali... Po 30 zaczęłam myśleć o dziecku, ale nie chciałam go zmuszać, w końcu jednak doszliśmy do wniosku, że generalnie to chcemy. No i zaszliśmy od razu. On był wtedy za granicą, wrócił kiedy byłam w 3-4 miesiącu i zaczął się zachowywać dziwnie. Kiedy chciałam mu przeczytać 2-3 zdania jakichś ciekawostek z internetu, np. "słuchaj, teraz kształtują się uszy", to on uciekał i krzyczał, że nie chce nic o tym słyszeć. Byłam załamana.
W sierpniu 2015, byłam w 5 miesiącu, kiedy zakończyliśmy duży projekt. 2 dni po tym pokłóciliśmy się o jakąś głupotę (praca) i wyszła z tego taka awantura, że przyjechali po mnie rodzice. Krzyczał, że zawsze mu zazdrościłam (serio nieprawda, kibicowałam!), że jestem wariatką, frustratką itd... Myślałam, że przemyśli i opamięta się, ale nie, kiedy potem próbowałam wrócić po prostu do normalności, odepchnął mnie kiedy próbowałam go objąć na pożegnanie z tym brzuchem. Przeszłam chyba załamanie, brak snu, jedzenia... To cud, że nie straciłam ciąży, ale wciąż boję się skutków tego stresu. Nawet nie mogłam urodzić sn tak się zablokowałam. Generalnie rozumiem przyczyny: strach, że moje fajne dotychczasowe życie się zmieni, no i ta kariera...
Teraz dziecko ma prawie 1,5 roku, jest cudowne i kochane. Ciągle karmię, bo alergik, bardzo źle sypia, ale rozwija się dobrze. Nie było żadnego rozwodu, bo D. ucieka od rozmowy. Pewnie zrobi mi niespodziankę, jak wtedy.
A ja mam duszę czarną jak noc, nie ma dnia, żebym nie myślała o przyszłości mojego dziecka, w naszym zawodzie firm coraz więcej, nie mam szans sama takiej założyć, a on w tym czasie dostał pracę na dwóch uczelniach... Straciłam naraz męża pracę i dom, no na razie mieszkamy razem, ale nie znam dnia ani godziny. Mam poczucie, że moje życie się skończyło i chyba depresję, ale też brak czasu na wyjście i terapię. Dziecko tzw. nieodkładalne kiedyś, teraz mobilne więc nie mam przynajmniej bóli pleców. Po ciąży zresztą ważę 51 kilo a wyglądam jak w 5 miesiącu ciąży, a kiedyś chuda jak szczapa... A karmię alergika, więc nie jem nabiału i wielu rzeczy...
Nie mogę tego wszystkiego znieść, zero szacunku, wieczne pretensje, obelgi, ale odejść sama? Przy dziecku wszystko jest ok, on uwielbia tatę. Milczę dla dobra kontaktu dziecka z dziadkami, noszę to w sobie, chociaż już dziesiątki razy układałam sobie w głowie przemowę, że ich cudowny synek jednak jest łajdakiem...
Przepraszam, że tak długo (i tak mocno skrótowo). Wiem, że całkiem pokpiłam to swoje życie, ale dziękuję za każdy głos...