glanaber
13.08.17, 22:43
Opowiem Wam historię: gdy byłam mała, jeździliśmy z rodzicami nad pewno małe jeziorko niedaleko naszego miasta. Było naprawdę małe, bardzo czyste, ukryte w lesie, niewiele osób o nim wiedziało. Pływaliśmy pontonem, kąpaliśmy się, paliliśmy ognisko, tata łowił ryby. Rodzice zawsze bardzo pilnowali, żebyśmy dokładnie wszystko po sobie posprzątali.
Jako dorosła, zamężna i dzieciata osoba, odnalazłam to jeziorko. Zaczęliśmy tam przyjeżdżać z rodziną, czasem w większym gronie, czasem sami. Do samego jeziora nie było dojazdu, droga udostępniona dla ruchu kołowego przebiegała nieopodal, były tam wytyczone leśne parkingi, a do jeziora ostatnie ok. 400 m należało dojść piechotą. Jeziorko można było obejść leśną ścieżką dookoła, myślę, że ok. 4-5 km. Były na nim ze 3 mostki wędkarskie i parę ładnych miejsc z dostępem do wody, szczególnie jedna polana, taka jakby naturalna trawiasta plaża. Woda bardzo czysta, widać w niej było ryby i raki. Czasem spotykaliśmy jakichś ludzi, wędkarzy lub piknikowiczów jak my, ale rzadko. Nigdy nie było tam śmieci, wszyscy zostawiali po sobie porządek. Parę razy natknęliśmy się na patrol straży leśnej, więc ktoś czuwał, żeby nikt nie niszczył tego miejsca, nie podjeżdżał samochodem itp.
Jednego roku na początku wakacji wybraliśmy się tam na spacer i w okolicy tej pięknej polany napotkaliśmy zasieki, jakieś liny, sznurki, teren zagrodzony i tabliczki zakazujące wstępu i informujace, iż jest to teren obozu harcerskiego. Wróciliśmy tam krótko po wakacjach i zastaliśmy obraz nędzy i rozpaczy. Gałęzie i krzewy połamane, trawa wydeptana, ślady opon ciężkich pojazdów, które pewnie dowoziły harcerzom sprzęt (chociaż normalnie był tam zakaz wjazdu pojazdów samochodowych), w jednym miejscu teren doszczętnie przekopany (prawdopodobnie tam była latryna) i... mnóstwo śmieci - jakieś papiery, opakowania, resztki zgniłego żarcia. Harcerze prawdopodobnie posprzątali po obozie, ale zrobili to na odwał i co im się wysypało, to tam zostało. Po czystej wodzie też pozostało tylko wspomnienie po tym, jak cała grupa się tam myła z użyciem środków czystości i szorowała brudne gary. Nie wiem, kto i dlaczego wydał pozwolenie na obóz w tamtym miejscu, tym bardziej że 20-parę km dalej jest stała stanica harcerska z węzłem kuchenno-sanitarnym, gdzie od zawsze odbywały się obozy. Wiem tylko, że dzięki harcerzom urocze i czyste miejsce, wcześniej niezniszczone przez ponad 20 lat, zostało bezpowrotnie zdewastowane i usyfione.
Czy ematki tak gloryfikujące tego typu obozy w poprzednich wątkach biorą w ogóle pod uwagę ich wpływ na środowisko? Taki obóz to dla danego odcinka lasu prawdziwa katastrofa ekologiczna.