nanokogirl
02.11.18, 00:00
Jestem zaskoczona wielka dyskusją „o Mieciu”.
Nie spodziewałam się.
Ale spodziewałam się , ze przeczytam pewnie różne, niewyobrażalne dla mnie spojrzenia na świat. I tak się stało.
Bardzo się starałam (poza paroma postami) podawać jedynie fakty. Jeżeli wymieniłam Bali na Seszele lub odwrotnie to nie ma znaczenia. Sens na pewno zachowałam.
Teraz pozwolę sobie być subiektywna i opowiedzieć o moim postrzeganiu Ani.
Poznałam ją za czasów młodzieńczych jako dziewczyna Mietka z nowej pracy. Po jakim czasie on zmienił firmę , dziewczyna została.
Dziewczyna jak dziewczyna. Mieliśmy grono osób znajomych ( rodzina i nie) , Ania doszła do grupy wraz ze swoja koleżanka z firmy i później jej mężem.
Była raczej lubiana. Zupełnie normalnie, uśmiechnięta, jeździła dobrze na nartach, sprawnie chodziła po górach, imprezowała jak wszyscy. Była bardzo ładna i zawsze elegancko ubrana. Wyglądali razem dokładnie tak samo jak wszystkie pozostałe pary dookoła. Nie była moja specjalna przyjaciółką, ale tez nie mogę powiedzieć , że cos mi się w niej nie podobało.
Latka lecą i powoli zaczęły się rodzic dzieci, w tym moje. No i z wypadów ( w różnych konfiguracjach ) par małolatów, zaczęły wyjeżdżać na weekendy stateczne małżeństwa z dziećmi. Mniej imprez wiadomo, mniej alkoholu. Zamiast śpiewów do rana to struganie z dziećmi kijków na ogniska, jakieś wycieczki na Słowację do Austrii i takie pierdoły.
I moim zdaniem po urodzeniu dziecka stało się COŚ. Zamiast normalnego w naszym szerokim rozumieniu życia okazało się, ze wg Ani córka Wiola jest na wszystko ”za słaba” „za delikatna” „szybko się denerwuje” itp. Oraz wymaga specjalnego traktowania – oddać jej przywleczone badyle z lasu, bo tez chce strugać jak inne dzieci, a każde dziecko deptało do lasu po patyk samodzielnie. I jak tu im wytłumaczyć, ze one musza samodzielnie, ale Wioli trzeba przynieść, bo ona jest „delikatna”.
No i tak od spotkania do spotkania i z nami ( w sensie z moja rodzina) i innymi rodzinami ( w tym koleżanki Ani z pracy) okazało się, że trochę Ania się zmieniła i robienie z córki „lelui” nie bardzo się podoba.
Wzięliśmy Mietka na stronę i grzecznie powiedzieliśmy, żeby sprawę załatwił bo to nie jest fajne i generuje problemy miedzy dziećmi. Mietek na to, ze on nie ma wpływu, bo jak tylko coś mówi, ze Wiola ma sama coś zrobić, to słyszy, ze jest beznadziejnym egoista, któremu nawet głupiego patyka się przynieść nie chce.
No a jak Wiola miała z 5- 6 lat, zaczęło się, że kurteczka na zimę do błękitnych bucików musi być taka a nie inna, a do srebrnych bucików śmaka. Sama cześć z tego słyszałam, wiec to nie tajemnica.
I jak już pisałam, zamiast na narty to poczekają w mieście i pójdą na lody. Albo na zakupy.
Albo rowerki to nie, tylko wrócą i pójdą do restauracji.
Ale jak dzieci powiedziały, ze jadły lody z grzanymi malinami, to była awantura bo ona też chce. To tłumaczymy, ze do tych lodów się jechało na rowerach, i że sama zrezygnowała.
A Mietek w tym wszystkim tylko patrzy jak unikać „ciosów" od żony i zabrać Anie z Wiola wszędzie gdzie chcą bo foch.
Oczywiście to było powoli, nie z dnia na dzień. Ale na koniec wyszło, ze nigdzie już nie chodziły tylko : do kina, do restauracji, do galerii, z koleżankami to „bawilandii” czy jak tam , z koleżankami do MacDonalda na urodziny/imprezę, na zakupy ciuchowe bo impreza, po początek roku, bo koniec roku i tyle.
No i wtedy zupełnie przestałam lubić Anie, bo uważałam, że robi wielką krzywdę dziecku. Bo, żeby coś mieć czasem to trzeba samemu zdobyć/zapracować/włożyć wysiłek – a nie „się należy”.
Ale w rodzinie byłam za czarna owce, co się czepia.
Jak już pisałam pojawiła się Basia i tyle.
i mam pytanie
Co na tym etapie powinie zrobić Mietek, żeby było inaczej?