laskosia
15.10.04, 12:22
Ale się porobiło…
Po 10 latach trudnego związku - bum!!!
Ona 10 lat temu młodziutka 19latka bez żadnych zobowiązań , on 27 latek
żonaty z 2 dzieci - jego małżeństwo się rozpadło, nadal utrzymuje kontakty z
już ex-żoną, spotyka się z dziećmi tak często jak się da. Ona przez ten czas
była przy nim on dzielił swoją osobę między dzieci, ex i nią. Mieli firmę -
stracili jak mówią przez głupotę. Odbili się wyszli na prostą - podjedli
wspólne wyzwanie znów im się udało - dobrze prosperujący własny business,
własne mieszkanie, samochody- wszystko to w raczej krótkim czasie - ona
pracowała jeszcze dodatkowo w firmie X, po swojej pracy jechała do wspólnej
firmy, on tyrał od rana do nocy. Wyrzeczenia by tylko udało się wykończyć
wspólne wymarzone mieszkanie, potem może wreszcie ślub i upragnione przez nią
dziecko….. Przeprowadzili się do własnego, wymarzonego mieszkania i bum-
bańka pękła, przelał się kielich goryczy której okazało się mieli dużo…. Ona
znalazła kogoś kto ją zrozumie, nie rozmawiali ze sobą, udawali przed
rodzinami(jej i jego), że wszystko ok. Ona po zakończeniu swojej pracy nie
doglądała już ich wspólnego interesu, on nadal pilnował wspólnego źródła
dochodu i podjął kolejną inwestycję…. Ona mówiła on nie słuchał, on chciał
jej dać gwiazdkę z nieba ona potrzebowała silnego ramienia, które ją przytuli…
Skrzywdzili siebie nawzajem…. Skrzywdzili bardzo w pędzie do "wymarzonych"
celów zagubili siebie, mieszkanie okazało się inwestycją najdroższą….
Okupioną trudnym od zawsze związkiem, ale związek wyglądał na silny -
przetrwał bardzo, bardzo dużo, wydawało się, że ich już nic nie zaskoczy…
wydawało się….
Patrzę teraz na nich jak toczą boje…. Żal mi ich bardzo, to dwoje bliskich mi
ludzi a z drugiej strony zdaje sobie sprawę, że ja ich chyba w ogóle nie znam-
gdybym naprawdę była przyjacielem powinnam była zauważyć, że coś jest nie
tak… wydawało mi się, że ją rozumiem- zawsze podkreślała, że chce dziecka,
uważam że i tak była dzielna bo w jakiś sposób pomagała mu zajmować się jego
dziećmi - nie wiem czy ja bym potrafiła… zawsze byłam po jej stronie, bardzo
ją lubię - obdarzyłam ją największym zaufaniem - została matką chrzestną
mojego dziecka…. Źle mi z tym, żle mi z myślą że oni nie są razem, czuję
strach gdy moja córka pyta mamo gdzie ciocia , kiedy do nas przyjedzie? Co ja
jej mam powiedzieć? Dopiero co tłumaczyłam, że Ona nie jest matką jego dzieci
a teraz co powiedzieć? Nic nie mówię. Nie wiem do końca co Ona myśli, wiem,
że On żałuje, że doszło to tego- chce się zmienić, zrozumiał co w życiu ważne-
powiedział jej o tym …. Ona chyba zdecydowała inaczej … bardzo chcę ją
zrozumieć , wyciągnęłam do niej rękę - była wdzięczna, zaproponowała
spotkanie - jednak teraz się nie odzywa… ja rozumiem kiedy ktoś nie życzy
sobie by mu przeszkadzać - nie napraszam się. Ta cała historia pokazała mi,
że w życiu niczego nigdy nie można być pewnym… jak czytam czasem wypowiedzi
niektórych z Was, że podoba wam się pewien facet i choć macie męża to coś was
ciągnie do tego nowego to zastanawiam się czy i u nich tak nie było… co
prawda nie byli małżeństwem bo ślub ciągle przekładali …. Ale godzili się na
to obydwoje, teraz obydwoje w jakiś tam sposób czują żal, do siebie, do
innych (tych którzy wiedzieli , że ona spotyka się z innym), żal, że stracili
10 lat… że tak wiele razem przeszli i padli przed metą… nie obwiniam ich, nie
opowiadam się po żadnej stronie - sami to sobie zafundowali… smutno mi tylko,
że takie właśnie jest nasze życie….
Kasia
Powiem jeszcze że czuję się oszukana- może nie powinnam, bo mi nikt nic nie
obiecywał, ale czuję pustkę , że choć by w święta przy stole nie będzie osoby
którą bardzo szanuje, cenię i za którą tęsknię, za którą tęskni moje
dziecko….