kaszmirska
10.07.19, 11:24
Małżeństwo trzydziestolatków, dziecko zaraz po ślubie, po 4 latach mąż nabiera podejrzeń czy dziecko jest jego. Bez wiedzy i zgody matki robi badania genetyczne i wychodzi, że nie. Zwraca się do prokuratora z wnioskiem o zaprzeczenie ojcostwa. Prokurator podejmuje sprawę, wnosi pozew do sądu, sąd zarządza badania DNA i rzeczywiście wychodzi, że mąż nie jest ojcem biologicznym dziecka. Sprawa oczywiście trochę trwa i dziecko ma w tym momencie 5 lat. Do tej pory mąż i żona żyją pod jednym dachem bardzo zgodnie, chociaż ostatni rok jest trudniejszy ze względu na toczące się postępowanie. Mimo to małżonkowie próbowali powstrzymać kłótnie i jak na taką sytuację, atmosfera była naprawdę poprawna. Po wyroku sądu mąż oczywiście wnosi o rozwód z winy żony oraz żąda, aby dziecko nie nosiło jego nazwiska. Żona godzi się na to, całość przeprowadzona zostaje w miarę szybko. Z podziałem majątku problemu nie ma, rodzina mieszkała w wynajmowanym mieszkaniu, które mąż natychmiast opuszcza. Wspólnych kredytów czy majątku wypracowanego razem brak. Dziecko ma w tym momencie 6 lat i do tej pory utrzymuje bardzo dobre kontakty ze swoim nie-ojcem. Był to nieformalny warunek matki, żeby rozwód przeprowadzić bez zbędnych problemów. Nie-ojciec w tym czasie nadal spędza czas z dzieckiem, bawił się z nim, odbierał z zerówki, kupuje mu różne rzeczy, łoży na jego utrzymanie - daje na to pieniądze matce. Od razu po rozwodzie były już mąż, jak ręką odjął, informuje matkę dziecka, że więcej się w dawnym domu nie pojawi, z dzieckiem nie chce mieć nic wspólnego i że nic już ich nie łączy. Jak powiedział, tak zrobił. Matka czuje się oszukana, bo były mąż obiecywał, że po rozwodzie podtrzymywał będzie jakiś kontakt z nie-dzieckiem i pomoże jakoś jej finansowo. Miała podstawy, by mu wierzyć, bo jak na uzyskaną wiedzę, zareagował spokojnie, bez awantur i scen. Nie-ojciec czuje się oszukany, że przez tyle lat poświęcał czas, energię i pieniądze nie swojemu dziecku. Dziecko, dzisiaj już 7-letnie, ma nerwice i coś w rodzaju fobii społecznej, nie rozumie co się stało. Dużą rolę w całej sytuacji odegrali dziadkowie - rodzice nie-ojca. Od urodzenia podejrzewali, że dziecko może nie być ich syna (zupełnie inny wygląd oraz fakt, że "mówiło się" o matce dziecka, że przez jakiś czas miała kontakt ze swoim byłym) i na każdym spotkaniu praktycznie namawiali go, na sprawdzenie czy aby na pewno to on jest biologicznym ojcem. Po orzeczeniu rozwodu namawiali nawet syna na jakieś czynności prawne (o ile to możliwe) wobec byłej żony, za poniesione straty, ale on już się na to nie zgodził. Od tego czasu minął mniej więcej rok, nie-ojciec układa sobie życie z nową partnerką, która jest w pierwszym miesiącu ciąży. Wyszło tak, że wszyscy czują się poszkodowani i mają pretensje do innych, najbardziej cierpi dziecko. Domniemany biologiczny ojciec nie do odnalezienia, ktoś mu zapewne doniósł o całej sprawie, więc na wszelki wypadek ślad po nim zaginął. Kto jest najbardziej winny w zaistniałej sytuacji?