riki_i
19.07.19, 21:10
Chodzi mi o ludzi w ogóle nie pamiętających II wojny światowej, urodzonych pod jej koniec lub w pierwszych latach powojennych. Czyli tak powiedzmy, 1943-1950 , z lekkim marginesem w obie strony.
Chodzi mi o ludzi, których całe zasadnicze życie przypadło na okres PRL-u, nie przeżyli ani czasów przedwojennych, ani - świadomie- samych działań wojennych, a gdy komuna upadała ich główny szlak życiowy był już przebyty (40 lat i powyżej).
Na Zachodzie ludzi tych określano mianem "pokolenia 1968 roku", bo wtedy wszczęli oni bunt przeciwko wartościom oraz stylowi życia generacji swoich rodziców, czyli osób które przeżyły i pamiętały wojnę.
U nas sytuacja była zupełnie inna, tym niemniej ciekawe wydają mi się dzieje tych osób, bo z racji określonego Peselu zostały one najbardziej dotknięte PRL-em.
To pokolenie obecnie zaczęło wymierać , wokół mnie akurat w dość szybkim tempie (naliczyłem około 10 osób z grona rodziny, bliższych i dalszych znajomych w ciągu ostatniego roku).
Zastanowiłem się nad ich życiem - wbrew pozorom wiele z tych osób miało je niezwykle barwne i ciekawe, dużo ciekawsze niż u wielu ludzi dzisiaj. Praca w PRL-u (pomijam huty, górników przodowych itp.) bywała bardzo lekka, a balangowanie (również w miejscach pracy i w godzinach pracy) dość powszechne. Do tego wszystkiego, krótki wyjazd zagraniczny z pracą na czarno w którymś z krajów za żelazną kurtyną (dostępny dość łatwo od czasów Gierka) mógł ustawić finansowo na dłuuuugo. W gronie znanych mi osób był też Pan handlujący walutą - no ten to miał wręcz raj , zwłaszcza gdy tuż po 89' zalegalizował swoją działalność. Mimo to, zwykło się uważać, że ogólnie było to stracone i przegrane pokolenie. Też tak uważacie?