sowa_hu_hu
19.10.04, 19:35
wczoraj zmarł ojciec mojej koleżank... miał raka płuc , były przerzuty do
kości , wątroby...
pare mies temu zmarł jej 6 mies. synek...
była dzisiaj u mnie , nie wiedziałam co jej powiedzieć , wysłuchałam ,
przytuliłam... nic więcej nie potrafiłam zrobić... nie potrafiłam jej
pocieszyć... na usta pchały mi sie tylko puste frazesy...
i tak sobie pomyślałam co by było gdybym to ja była na jej miejscu...
nie moge sobie wyobrazić że trace swoje dziecko , mame czy tate... nie
powinnam nawet o tym myślec ale to samo pcha sie do głowy...
jakoś brakuje mi słów żeby napisac teraz to co czuje...
odejście jej taty nie boli mnie - jest mi jej po prostu żal... co innego było
kiedy straciła dziecko - wtedy sie rozkleiłam - płakałam jak bóbr...
jakie to niesprawiedliwe...
mam nadzieje że ona ułozy sobie jeszcze jakoś zycie i będzie szczęśliwa...
musze jakoś odgonić te mysli od siebie...
jutro jest pogrzeb - nie ide - poniewaz nie ma kto zostać z moim małym...
moze to głupio zabrzmi ale nawet mi ulżyło... z jednej strony chciałabym być
przy niej a z drugiej - wiem ze ten pogrzeb mnie przygnębi... z resztą i tak
będe wszystko widziała z okna - mieszkamy obok siebie...
byłam na pogrzebie jej maleństwa - było wtedy moze 5 osób... nie było jej
taty , braci... stałam obok niej i ją przytulałam... boje sie że jutro będzie
jej cieżko a mnie tam nie będzie... a zdrugiej strony nie chce na to
patrzeć...
tak mi jej żal... nie jest moją przyjaciółka ale dobra koeleznką , znamy sie
od dzieciństwa... nigdy nie przypuszczałam ze jej życie będzie tak
wyglądało...