Dodaj do ulubionych

Dmitrij Bykow - "Cztery nauki z odwilży"

02.02.20, 21:52
W kontynuacji wątku o ewentualnym polexicie wkleję tu coś ciekawego o Rosji. Na początek może artykuł Dmitrija Bykowa "Cztery nauki z odwilży".

Intelektualna Rosja publikuje teksty na najwyższym poziomie, pod każdym względem. „Cztery nauki z odwilży” Dmitrija Bykowa przypominają intelektualny ferment lat sześćdziesiątych, jaki objął wtedy cały ówczesny świat. Jeden z czytelników, znany tutaj, na polskich forach wojujący antykomunista, określił tekst jako „imponujący intelektualnie, rodem z najlepszych wzorów środkowoeuropejskiej inteligencji jako unikatowej formacji umysłowej”. Podziękowania dla Piqa za przekład wiersza.
Niżej część pierwsza, za chwilę reszta. Później, zastanawiam się, może coś na temat Achijezjera, podobny klimat.


ИНТЕЛЛЕКТУАЛЬНАЯ
РОССИЯ

INTELLECTUAL
RUSSIA

Дмитрий Быков  Четыре урока оттепели

Dmitrij Bykow - Cztery nauki z odwilży


I.

W 1968 roku jednocześnie zakończyły się dwa przeciwnie skierowane procesy — «syte bunty» w Zachodniej Europie i aksamitna rewolucja — w Wschodniej. W Paryżu wszyscy zakończyły się w czerwcu 1968 roku, w Czechach i w Rosji — w sierpniu. Obie odbywające się rewolucje były reakcją na fiasko wielkich oczekiwań, krach iluzji drugiej połowy wieku, były najbardziej oddalonym echem II wojny światowej: wtedy zdawało się, że po tak strasznym kataklizmie świat zmuszony będzie radykalnie jest się odnowić, daby koszmar nie powtórzył się. Konfrontacja Wschodu i Zachodu powinna zniknąć; zadra pomiędzy narodem i władzą powinna się zmniejszyć; do władzy nieuchronnie dojdzie nowe pokolenie, które nauczy się dochodzić do porozumienia. Nic podobnego, jak wiemy, nie wydarzyło się: Nawet krótkotrwała konwergencja po śmierci Stalina nie odjęła w rzeczywistości ani jednej groźby. A na początku lat sześćdziesiątych świat znowu się zatrząsł: kryzys karaibski, który ZSSR i USA postawił na krawędzi wojny; mord Kennedy’ego; Wietnam; rewolucja i zagłada Che Guevary w Boliwii; rewolucja kulturalna w Chinach; pełzająca kontrrewolucja w ZSSR… proszę Dodać do tego rewolucję kulturalną sześćdziesiątych — uproszczoną, ale jaskrawą kopię wielkiego wkroczenia awangardy na rubieży wieków: Warhol, oczywiście, nie Picasso, a Kerouac — nie Joyce, ale postęp widać gołym okiem. Pojawiła się w dodatku kultura masowa z gruntu nowej jakości — wspólna oznaka odwilży, kardynalna różnica pomiędzy nimi a rewolucjami polega na tym, że rewolucje poruszają geniuszy i rodzą arcydzieła, niezrozumiałe dla mas. Poziom kultury masowej pozostaje haniebnie niski. Podczas odwilży święcą tryumf talenty: geniuszy jest mało albo nic, ale średni poziom kultury masowej podnosi się niepomiernie. Bohaterów radzieckiej «odwilży» nie sposób równać z geniuszami Wieku Srebrnego, ale owi geniusze zapełniliby w najlepszym razie aulę Politechniki i to z wieloma pustymi miejscami, a ci czytali wiersze na stadionach, na które nie sposób było się przebić i stworzona przez nich poezja dla mas była przepełniona talentem, nie zwracając uwagi na wszelkie przymioty epoki i kompromisy z nią. Na dodatek wyrastał potężny wał kultury muzycznej, zjawisko zasadniczo nowe: Już nie wiem, do czego porównać rock-‘n-rolla, jeśli szukać mu analogii w początku wieku. Co najwyżej do terroryzmu.
Hasła rewolucji kontrkulturowej lat sześćdziesiątych na całym świecie były mniej więcej jednakowe: precz ze starzyzną, wtrącającą świat w odmęt coraz to nowych klęsk. Dopuście do władzy nowe pokolenie. Precz z eksploatacją człowieka przez człowieka, precz z władzą, precz z przestarzałym ustrojem (we Francji głównym hasłem rewolucji było — «Dziesięć lat starczy», czyli dla de Gaulle’a przyszedł czas odejść). Zlikwidować na uniwersytetach wykłady obowiązkowe. Czterdziestogodzinny tydzień pracy. Zlikwidować różnice pomiędzy dochodami menedżmentu i robotników. Zgadzało się prawie wszystko, prócz najważniejszego: hasła Amerykanów i Francuzów były socjalistyczne, ich bohaterami byli Trocki, Che i Mao. (Dojście hundwejbinów do władzy rozpatrywali jako tryumf polityki młodzieżowej, niosącej światu nowe sensy; idiotyzm, niewybaczalny nawet dla francuskiego studenta, ale oni tak oto myśleli.) Hasła wschodnioeuropejskiej odwilży były dokładnie przeciwstawne, Chińczyków nikt tam nie idealizował i o Trockim też coś tam wiedzieli. Innymi słowami, Wschód i Zachód po raz pierwszy realnie zwróciły się ku sobie: francuska studenteria razem ze związkami zawodowymi rwała się do socjalizmu, a czechosłowaccy i polscy komuniści — jak najdalej od socjalizmu, w cokolwiek prywatne i znacznie bardziej aksamitne. «W Europie szewc buntuje się — chce być księciem, a naszym rewolucjonistom z książąt — do stanu szewców się zachciało?»
Miejsce Rosji w tej sytuacji było unikalne. Przyszła pora przestawić pewne akcenty w historii tej odwilży — obsmarowanej, a przede wszystkim, niezrozumianej. Rzecz w tym, że rewolucja kulturalna, masowa moda jest na rozwodnioną awangardę, młodzieżowa «nowa fala» i wszelkie protesty przeciwko mrocznej spuściźnie rzeczywiście poruszyły ZSSR i zrodziły niezabawowy ferment. Ale jeśli Wschód i Zachód Europy gorąco zwróciły się ku sobie w świadomej próbie zamienić się miejscami, ZSSR wybrał inny kierunek, różny od obu wspomnianych: Ani trockistowsko-maoistyczny, ani liberalno-kapitalistyczny model społeczeństwa naprawdę nikogo tu nie zachwycał. Odwilż lat sześćdziesiątych zrodziła wielką sztukę właśnie dlatego, że inspirowała się ideą trzeciej drogi — niejawnie wyrażoną nadzieją na wielką estetyczną rewolucję, która unieważni wszystkie dawne dychotomie, od dawna zgrzytające w zębach. W wyborze pomiędzy umownym Trockim i umownym Zachodem dobrego rozwiązania nie ma — tylko zniknięcie opozycji jak takiej; także radziecka odwilż była zamyślona jako abstrakcyjny, ale obszerny kulturowo-intelektualny projekt, jednakowo odległy i od Zachodu, i od Wschodu.
Mógł się spełnić?
Mógł.
Obserwuj wątek
    • buldog2 Dmitrij Bykow - "Cztery nauki z odwilży", cz. II 02.02.20, 21:56
      II.

      W rozmowach o bohaterach odwilży i jej pogromie obowiązkowo przypomina się bliską przyjaźń rodzimych działaczy kultury ze wschodnioeuropejskimi ideologami, ich miłość do Dubčeka, Šika i Mlynářa, wiersz «Czołgi idą przez Pragę» i listy protestu, podpisane przez najlepszych z ludzi lat sześćdziesiątych, — ale przemilczają to, że rozbieżności pomiędzy praską wiosną i tymi ludźmi sześćdziesiątych było nie mniej, a może i więcej, niż z francuskimi hundwejbinami, budującymi barykady pod ścianami Sorbony. Projekt radziecki był na swój sposób bardziej interesujący i szlachetny, niż oba te ruchy kwazirewolucyjne — być może, dlatego, że większa i bardziej humanistyczna była rodząca go kultura. Właściwie, już rosyjska awangarda początku wieku, często nazywana „rewolucyjną”, miała ambicje nie tyle polityczne, co estetyczne; Majakowskij pragnął zwycięstwa w sporach literackich i artystycznych, a nie włączania jego liryki do szkolnych kanonów i już w ogóle nie represji dla nie zgadzających się z nim. Wezwania „Stary? Zabić! Czaszki na popielniczki!” — mają nie większy związek z rzeczywistością, niż jego że wyznanie „Lubię patrzeć, jak umierają dzieci”. Mówiąc poważnie, rosyjska awangarda łyknęła już polityki i wiedziała, czym się to kończy. Teraz wyznawała inną wiarę — chorążym tej wiary był Andriej Siniawski z jego ideą czystej sztuki, najbardziej wyraźnie sformułowaną w artykule „Czym jest realizm socjalistyczny”, a następnie w „Spacerach z Puszkinem”. Precz z utylitarnym podejściem, ideą sztuki stosowanej. Rosja to zbyt wielki i mądry kraj, żeby narzucać jej koszarowy socjalizm, a jej kulturze — socrealizm. W istocie, zjednoczeni mocną przyjaźnią i sprawdzonym porozumieniem intelektualiści i malarze sześćdziesiątych marzyli o wielkiej technokracji, reprezentowanej przez neomarksistów wychodzących ze środowiska młodych ideologów, fizyków, kujących tarczę dla Ojczyzny i oddających jej nowe źródła energii i poetów, niosących w masy idee Piękna. Cały ten model był rozpracowany w szczegółach i w najpełniej przedstawiony w prozie Strugackich pierwszego okresu — od „Południa” i „Dalekiej Tęczy” do „Próby ucieczki”.
      Najbardziej zadziwiające, że fizycy szczerze podzielali tę utopię. Co więcej — większość politycznych tekstów Sacharowa wychodzi właśnie z tej przesłanki, niechby nie zawsze wyrażonej jawnie i przyjaźń Sacharowa z Galiczem była wcale nie przypadkowa — co tu już mówić o regularnych peregrynacjach Wozniesienskiego do Dubnej! Bohaterem sześćdziesiątych był geniusz w kowbojce, wzięty z Łandaua, który, właściwie, o mało co społeczność literatów nie wolał od społeczności fizyków. Spory o fizykę i lirykę, idiotyczne hasło „I w kosmosie potrzebna jest gałąź bzu!”, publicystyczny artykuł Erenburga „Odpowiedź na pewien list” (polemiczny w stosunku do opinii inżyniera Poletajewa, z którego wnuczką byłem kiedyś żonaty) — w niczym nie naruszyły tego fizyko-lirycznego przymierza: tak oto wypracowywano wspólny język. Po Rommowskich „Dziewięciu dniach jednego roku” nie mogła nie powstać trawestacja samej postaci — Szurika, innego bohatera nauki, nowoczesnego Paganela (roztargniony profesor z „Dzieci kapitana Granta”); ale właśnie do Szurika należy przyszłość. Wozniesienski, któremu, korzystając z okazji, składam gorące życzenia na 75-te urodziny, był największym orędownikiem tego naukowo-kulturalnego zbliżenia:
      I tam gdzieś nad cyklotronem
      zagadkowy, jak astronom,
      fizys swą świecąc rumianą,
      rachuje kwantowe drobiny
      Wadik Klimienko, fizyk,
      i w ciebie bacznie się wsłuchuje.
      On dobroduszny, jak sztangista –
      ale nie trwoż ty Wadika
      lotem w twej duszy spadłych gwiazd.
      Grodów i gajów obrachunek
      drga zegarowym mechanizmem
      w silnej, zdrowej jego dłoni —
      nie schizycy —
      a fizycy
      to herosi naszych lat!..
      (przekład Piotra Kułasa)
      Od strony ideologii wszystko to zabezpieczali i osłaniali ludzie typu Fiodora Burłackiego i Lena Karpinskiego, młodzi referenci partyjnych bonzów, które byli również, między innymi, świetnymi pragmatykami. I gdyby żona Andropowa nie oszalała ze strachu podczas wydarzeń węgierskich — kto wie, być może, i do Pragi odniósłby się spokojniej i nie byłoby żadnych czołgów i udało by się spokojnie rozpuścić obóz socjalistyczny … choć wszystko to mało prawdopodobne. Rzecz przecież w tym, że sowiecki utopijny, ale zupełnie (stosownie do naszych obłąkańczych warunków) wykonalny projekt z jego intelikracją został pogrzebany właśnie przez Pragę, rozpad obozu socjalistycznego — tak jak pierestrojka obróciła się w niwecz wskutek rozpadu ZSSR.
      Pracując nad biografią Okudżawy, zwróciłem uwagę na ciekawy moment, wcześniej, wydaje się, nie przyciągający uwagi badaczy. Okudżawa po raz pierwszy opublikował „Pożegnanie z Warszawą”, poświęcone Agnieszce Osieckiej, pod nazwą „Pożegnanie z Polską” i z dwiema zwrotkami, których w wariancie piosenkowym nie ma. Nie przedrukowywał ich i w zbiorach autorskich. Ale w „Dniu poezji 66” one są obecne i je przytoczę. Po tekście kanonicznym „Walczyć o wolność w swoje szesnaście lat” z początku szło:
      Cóż wolność? Wybrać pociąg, a konie przegnać precz?
      Cóż wolność? Tłuc szklanice, w noc pić, a we dnie spać?
      Ironia w mleku matki... Naturo, zręczna rzecz...
      Jest wyższa, lepsza wolność. Będziemy przy niej trwać.

      A kogo weźmiem z sobą? – z pradawna zważa łeb.
      Kto wodzem a kto ciurą? Jest tyle wśród nas ról.
      I dokąd wpierw ruszymy? Czyj cichy szary źreb
      bez trudów i dramatów ominie każdy ból?
      (przekład Piotra Kułasa)
      Z początku zdawało mi się, że te dwie zwrotki napisane zostały wyłącznie na potrzeby publikacji, żeby uczynić wiersz bardziej strawnym (dla cenzury – tłumacz): W pierwotnym wariancie nie nadawał się — wszyscy wiedzieli, że Okudżawa przyjaźni się z polskimi dysydentami (do tego czasu wielu z nich powsadzali), istniał i donos na okoliczność jego zbyt ścisłych związków z polskimi rewizjonistami (został opublikowany po pieriestrojce, ale Okudżawa doskonale wiedział, że go "pasą”). Ale przydatności do publikacji te zwrotki nie dodają i nie takim człowiekiem był Okudżawa, żeby dla publikacji pieśni (którą i tak mógł rozpowszechnić w sposób nieograniczony, nagrywając na dowolny magnetofon znajomych) wstawiać do wiersza zwrotkę, otwarcie polemiczną w stosunku do adresata. Problem w tym, że pierwsza zagraniczna podróż (do Polsko i Czech w sierpniu 1964 roku w towarzystwie Borysa Bałtiera, Władimira Ogniewa i Gieorgija Władimowa) wywarła na Okudżawie wrażenia ambiwalentne, a także wprost negatywne. W Polsce podczas spotkań z miejscowymi artystami i poetami w klubie przy konserwatorium Dziekanka, a potem w Pradze, w restauracji „U Barbary”, radzieccy goście musieli odpowiadać na bardzo nieprzyjemne pytania. Ogniew zapisuje w pamiętniku: „Nie rozumiem nic. Moi przyjaciele oczekują od nas jakichś rewolucyjnych działań”. W dodatku na oczach u poetów para w kącie oddała się oralnomu seksowi, co ostatecznie wyprowadziło z równowagi kombatanta i purytanina Bałtiera: „Oni chcą absolutnie nie tej wolności! — wściekał się w drodze powrotnej. — Nie wierzę w żadną ich rewolucję! To co oni mają u siebie to nie wolność, a parodia tego, czego chcemy — i co zrobimy!”
      „Komuniarska” wiara „chcemy i zrobimy” jest w ogóle charakterystyczna dla tego pokolenia, frontowego i odwilżowego, święcie przekonanego, że wszystko jest w jego rękach: skoro raz dokonaliśmy niemożliwego — dlaczego teraz nie mamy móc tego zrobić? Ale godne uwagi jest to ostre pęknięcie: podczas gdy pewna część audytorium zapamiętale bawi się, przegląda czasopismo Czeskie Foto”, przyjmuje wolność przede wszystkim jako bunt przeciw radzieckiej ascezie, — ideolodzy radzieckiej odwilży w pełni oddani są marzeniu o czym innym! I Bałtier i Okudżawa i Wozniesjenski i Aksion — pozostają w tym czasie w pełni radzieckimi ludźmi; marzy im się nie tyle socjalizm z ludzką, co więcej niż ludzką twarzą.
    • buldog2 Dmitrij Bykow - "Cztery nauki z odwilży", cz. III 02.02.20, 22:01
      I tym nadczłowiekiem powinien był zostać albo bohater-uczony (tu akurat podchodzi Granin z „Idę w burzę” i generacja młodych fantastów z odważnymi kowalami przyszłości), albo bohater-poeta (i stąd „Oza” Wozniesienskiego — manifest tego nowego bohatera, Orfeusza i Hefajstosa, poety i technokraty w jednej osobie). Fizycy, rozpieszczeni państwowym finansowaniem i państwowym poparciem, twórcy ojczystej obrony, póki co uważający tę pracę za honor, a nie przestępstwo, — też marzą o budownictwie nowego cudownego świata, którego gospodarzami będą oni; i pociąga ich wcale nie materialny dostatek, który dawno już stał się czymś zwyczajnym w zamkniętych miasteczkach i prawie nie uważało się go za wartość. Nie — ich pociąga „zaspokajanie ciekawości na państwowy rachunek”, jak nazwał naukę nieznany dowcipniś. Przed nimi otwierają się horyzonty tak fantastyczne, że uświadomić ich sobie ludzki rozum nie jest w stanie; oto już i termojad nie za górami (pracował nad nim Sacharow — jeszcze w latach pięćdziesiątych), a najważniejsze, że w takim społeczeństwie znikają społeczne trudności. Jaka konfrontacja narodu i inteligencji, kiedy to już prawie synonimy, kiedy wszyscy co do jednego mają średnie i prawie wszyscy — wyższe wykształcenie, kiedy ukazały się już i nowe narodowe pieśni — sam fenomen KSP o tym świadczy namacalnie, ponieważ narodem są ci, którzy te narodowe pieśnie tworzą i śpiewają! ZSSR ma szansę urzeczywistnić największy przełom w historii ludzkości — społeczny, techniczny i kulturalny; bezklasowe społeczeństwo tworzy dla niego idealne warunki; jeszcze trochę — i przestaniemy zależeć od surowców, znalazłszy nowe źródła energii; dla realizacji tej utopii starczy zupełnie niewiele — osłabić państwowy ucisk i przestać sadzać za nieprawomyślność, ponieważ w warunkach dyktatury rozkwit intelektualny jest niemożliwy. Takie najskromniejsze żądania wysuwa Sacharow w swojej wczesnej publicystyce — w szczególności, w „Rozmyślaniach o postępie, pokojowym współistnieniu i wolności intelektualnej”. I wszyscy ludzie radzieccy sześciodziesiątych, włączając najradykalniejszych, niczego innego nie chcą!

      Mogło to wyjść? W pewnych okolicznościach — w pełni, tak, właściwie, już prawie wyszło. Od systemu trzeba wymagać tylko minimalnej giętkości, która pozwoliłaby zrezygnować z ekspansji, z pragnienia siłą zawlec cały świat do obozu socjalistycznego, rozciągnąć nań własne reguły gry; i to żądanie też było realne i zastęp młodych ideologów gotów był dostarczyć władzom ZSSR nie budzące zażenowania sformułowania odpowiedniej korekty kursu. Sprawa była tego warta — dzięki odrzuceniu najbardziej odrażających radzieckich haseł osiągano zarazem prolongatę dla całego projektu, nakierowanego mimo wszystko nie na uproszczenie, a na skomplikowanie i rozwój. Jednakże siły entropii nie spały, bo światu, niestety, właściwie jest dążenie do prostoty. Tym dążeniem były wywołane dwa bunty: syty na Zachodzie i głodny na Wschodzie.
      Będziemy wreszcie szczerzy: Praska wiosna też była nie szczególnym monolitem. Dubček i jego współwyznawcy pragnęli jednego (i w tym popierali ich Miloš Forman, Věra Chytilová, Jiri Menzel i inni twórcy), a masy chciały czegoś zupełnie innego i proces był niełatwo sterowalny.

      Dubčekowi marzył się socjalizm z ludzką twarzą — masy chciały żreć i przyzwoicie się ubierać. Tłuc zastawę, nie spać całą noc, wybrać pociąg i wzgardzić końmi — czyli po wiek wieków przekładać komfort nad romantykę. Dubczek wcale nie marzył o zerwaniu z ZSSR — on był nastawiony na maksimum na wyjście z Układu Warszawskiego, ale masy rwały się na Zachód i nienawidziły radzieckiego sąsiada, który przycisnął ich ciężkim czerwonym bokiem i narzucił obce im reguły. Zmieszały się dwie hipostazy ZSSR — kołonizatorska i cywilizacyjna; w konsekwencji oddzielenie się byłych republik powtórzyło ten sam schemat. Kiedy Czechy i Polska odeszły od Rosji — sprzyjało to wzrostowi ich szacunku do samych siebie, ale wcale nie intelektualnemu wzrostowi; liczni malarze i myślicieli z byłego obozu socjalistycznego uprzedzali o tym. Co tu opowiadać — praska wiosna, jak bardzo by nie była wspaniała, wraz ucieleśniała te same siły entropii, ponieważ okazała się zgubna dla złożonego systemu: razem z Pragą zgnietli Moskwę. Odwilżowy projekt runął. Właściwym jest powiedzieć, że te siły prostoty w istocie są siłami antykulturowymi, stąd i równanie do Mao — napędzało paryski bunt: widać to wyraźnie u Bertolucciego w „Marzycielach”, kiedy wyrywające się na ulicę siły protestu zarzucają kamieniami pokojowych intelektualistów-marzycieli z ich złożonymi relacjami i nie mniej złożonymi sporami. W końcu lat sześćdziesiątych świat z rozpędem potoczył się nie naprzód, a wstecz, nie ku nowemu etapowi rozwoju, a w stronę przeszłych błędów. Właściwie, gaulliści na wyborach w czerwcu 1968 roku zdobyli więcej głosów, niż posiadali. I choć samemu de Gaulle’owi przyszło rok później odejść od władzy — jego dzieło nie zginęło. Co, być może, lepiej dla Francji, ponieważ niczego szczególnie dobrego Daniel Cohn-Bendit by jej nie przyniósł.

      Związek Radziecki, rozumie się, nie miał żadnego moralnego prawa zgniatać czołgami praską wiosnę. Ale trzeba pamiętać o tym, że razem z tę wiosną próbował rozgnieść jeszcze i „wolność tłuczenia zastawy”. W istocie rzeczy w rezultacie tych prawdziwie ruchów słonia w światowym składzie porcelany główną ofiarą 20 sierpnia 1968 roku okazała się właśnie radziecka odwilż. Literatów ustawiono do pionu bardzo szybko — i oni, powarkując i uciekając w wielomiesięczne pijaństwa, przystosowali się do życia w nowych warunkach. Z naukowcami sprawa okazała się nie tak prosta — Sacharow stanął na czele duchowego ruchu sprzeciwu. Niestety, Sacharow wzywał zupełnie nie do tego, co zrealizowało się w praktyce, bo kiedy w Rosji doczekano się wreszcie wolności — wolność w pierwszym ruchu zniszczyła kulturę, a potem naukę: złożone systemy są wrażliwe. I w zamkniętej cieplarni radzieckiego reżimu tak łatwo było uznać prostotę za powiew prawdziwego liberalizmu, a buntujące się stado, żądające gumy do żucia, — za nowe wspaniałe pokolenie…

      W roku 1968, 40 lat temu, zdarzyła się, w istocie, bardzo prosta rzecz: prostota przygniotła jeszcze jedną złożoność. Prostota ta postępowała z dwóch stron — ze Wschodu i z Zachodu. Rosyjscy ludzie lat sześćdziesiątych, których w równej mierze nie urzekali lewacy i prawacy, — okazali się złamani na wieczność, a socjalistycznemu systemowi został zadany cios, po którym nie był już w stanie się podnieść. Wytrzymał inny system — ten, który nie pędzi człowieka w stronę wyższego poziomu nadludzi i gwarantuje pewne koryto. Zresztą, wszystko to było przepowiedziane jeszcze przez Salingera („Buszujący w zbożu”), którego młody buntownik wrócił do domu, do tego co ogólnoludzkie. A przed nim — wszysto zostało opisane przez Cwietajewą, także przepowiadającą syty bunt dzieci w „Szczurołapie”. Z tą tylko różnicą, że dzieci w jej legendzie utonęły, a rzeczywiste dzieci, buntujące się w Paryżu w maju 1967 roku, pomyślnie wpasowały się w establishment i pokajały za miłe błędy młodości.
    • buldog2 Dmitrij Bykow - "Cztery nauki..." zakończenie 02.02.20, 22:03
      Można sprzeciwić mi się stwierdzeniem, że system radziecki i przed jakąś tam praską wiosną posadził Siniawskogo i Daniela, Ginzburga i Gałanskowa, zaostrzył cenzurę… Wszystko prawda. Ale do roku 1968 ruch radzieckiej odwilży miał nadzieję na współpracę z państwem, na stopniowe przejście od jarzma do spółki, na powolne wyparcie satrapów przez intelektualistów. Czterdzieści lat temu ta iluzja zniknęła i każda współpraca intelektualisty z władzą zaczynała wyglądać na kolaborację. Chociaż niektórzy nie rozumieją tego i dziś.
      Ludzie lat sześciodziesiątych — połowa z nich była kombatantami, a połowa młodszymi braćmi kombatantów, — na długo pozostaną najbardziej utalentowanym rosyjskim pokoleniem. Nam oni udzielili czterech nadzwyczajnych lekcji.

      Pierwsza polega na tym, że każdy bunt — lewicowy czy prawicowy — prowadzi nie ku wolności, a do radykalnego uproszczenia; wolność potrzebna jest tylko złożonym systemom i nieprymitywnym ludziom i przyjmować za nią prostotę to najniebezpieczniejszy, choć i zrozumiały błąd. Sześćdziesiętnikom (pokolenie tych lat – tłumacz), na szczęście, starczyło rozumu na czas to zrozumieć, ale mówić o tym głośno mogli tylko w sposób skrajnie ostrożny, będąc zakładnikami sytuacji. Najogólniej, „wolność wybrania pociągu i pogardzania końmi” raz po raz przeradza się w zbydlęcenie.

      Druga lekcja — w tym, że największa efektywność nauki i największy rozkwit sztuk osiągalne są w tych tylko krótkich odstępach czasu, kiedy państwo już sponsoruje i broni, ale jeszcze nimi nie kieruje.
      Trzecia sprowadza się do tego, że z symfonii fizyków i poetów, narodu i inteligencji, technokracji i władzy — nic, niestety, nie wychodzi. Przynajmniej, tu. Przynajmniej, na razie.

      Ale jeśli do tego nie dążyć i nie marzyć — nie wyjdzie zupełnie nic. To czwarta i najbardziej smutna lekcja.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka