Dodaj do ulubionych

Każdy mieszkaniec Żoliborza... Copy-Paste c.d.

09.04.20, 11:48
Dawno nic nie wklejałem. smile Tym razem Flis. Z przeproszeniem - Jarosław. tongue_out

WUNDERWAFFE, CZYLI HARAKIRI

Tyle mocnych słów padło w ostatnich dwóch tygodniach pod adresem partii rządzącej, usiłującej za wszelką cenę doprowadzić do wyborów w maju, że zaczyna ich już brakować. Tymczasem na Nowogrodzkiej nie brakuje fantazji. Widać to po przegłosowanym właśnie projekcie powszechnego głosowania korespondencyjnego. Ma on być wunderwaffe, pozwalającym – na bawarską modłę – przeprowadzić głosowanie w konstytucyjnym terminie. W bliższym oglądzie jest jednak zapowiedzią harakiri, którego dokona cały obóz rządzący.

Powiązane sznurkiem

Porównując to, co w poniedziałek uchwalono, z tym, co zgłoszono pięć dni wcześniej, widać podjęty wysiłek, by zneutralizować lub ominąć kolejne wskazywane przez krytyków praktyczne rafy. Nietrudno dostrzec, jak wielu takich raf kierownictwo PiS nie było świadome jeszcze przed niecałym tygodniem. Ile ich jeszcze wypłynie w ciągu najbliższego miesiąca? Tymczasem nie będzie już możliwości, by nowe prawo połatać, choćby byle jak. Co jednak, jeśli okaże się – a to nieomal pewne – że znacznie poważniejsze rzeczy wyjdą dopiero w ostatnim tygodniu przed wyborami?

Sam sposób uchwalenia nowelizacji podważyłby zaufanie do nowej procedury. Problem jest potęgowany przez samo przyjęte – ze względu na już odkryte ograniczenia logistyczne – rozwiązanie. Głosowanie korespondencyjne, gdzie organy wyborcze nie sprawdzają tożsamości obywatela ani w momencie dostarczania mu karty, ani w chwili jej otrzymania, to niewiarygodne naruszenie głęboko ugruntowanych wyobrażeń o demokracji. Oszustwa i przestępstwa wyborcze są w takim systemie niewykrywalne.

Każdy mieszkaniec Żoliborza, jeśli mu przyjdzie to do głowy, może wysłać kartę z kodem PESEL Jarosława Kaczyńskiego na oświadczeniu (z bazy KRS), niewyraźnym podpisem i głosem na Roberta Biedronia w zaklejonej kopercie. Jest szansa pół na pół, że gdy autentyczny głos prezesa dotrze do komisji, przy jego nazwisku na liście wyborców będzie już „ptaszek". Poprawnie oddany głos nie trafi wcale do urny. Komisja nie ma żadnego narzędzia, by obronić wyborcę przed oszukańczym unieważnieniem jego głosu. Gdyby pakiety były ściśle potwierdzane, takie rozwiązanie nie miałoby sensu. Wiele zmienia fakt, że liczba rozprowadzonych pakietów będzie o kilkanaście milionów większa od liczby tych, którzy realnie chcą zagłosować. Można się spodziewać, że nieużywane pakiety będą dość swobodnie krążyć w społeczeństwie, stanowiąc pokusę dla najbardziej rozgorączkowanych aktywistów. Oszustwa w komisjach były trudniejsze do podjęcia i łatwiejsze do wykrycia. Poczucie nieuczciwości samo w sobie szkodzi demokracji, lecz potęguje także problemy organizacyjne.

Legalizacja rokoszu

Po ochłonięciu z pierwszego szoku wyjątkowo niebezpiecznym rozwiązaniem są ustawowe by-passy samorządowej administracji. Nikt nie próbuje jakoś przezwyciężyć jej spodziewanego oporu – perswazją lub siłą. Za to, jakby to było coś zupełnie naturalnego, przerzuca porzucone zadania na administrację wojewódzką. Przy okazji zdejmując z samorządów odpowiedzialność za cały proces i tym bardziej nie pozwalając liczyć administracji wyborczej na ich współdziałanie.

Ustawodawca dostrzegł tu tylko kilka problemów – np. sprawę lokali. Władza wojewody jest tu jednak nie tylko daleka, ale i skromna. W 2400 gminach, które nie są miastami-powiatami, są tylko dwa budynki, które są w „dyspozycji" rządu – komisariat i poczta. Można się domyślać, że to budynki pocztowe posłużą za siedziby nowych gminnych komisji. Czy jednak wszędzie będzie to adekwatna baza do działań na niespotykaną wcześniej skalę? Logistyka procesu jest wielką niewiadomą. Lecz ktoś gdzieś musi przygotować te 30 mln pakietów. Te koperty muszą zostać zaadresowane. Gdzieś trzeba to składować. W Krakowie trzeba będzie przygotować 600 tys. pakietów, kompletując je z 1,8 mln kopert. Skąd wziąć ludzi o niezbędnych umiejętnościach i determinacji?

To wszystko dodatkowo zakłada, że cała dotychczasowa administracja wyborcza wstrzyma oddech na najbliższy miesiąc, ignorując formalnie obowiązujące procedury przygotowania do standardowych wyborów – kompletowanie składu obwodowych komisji przez gminy, druk obwieszczeń wyborczych, zamawianie kart do głosowania i pakietów dla osób już teraz uprawnionych do głosowania korespondencyjnego, wreszcie kalkulowania kosztów całego przedsięwzięcia. Za to będzie energicznie rozwiązywać problemy stwarzane przez niepodpisaną ustawę. Z drugiej strony – czy wszyscy zaangażowani w proces nie powinni zakładać, że polityczny plan jednak może zawieść? Wszak w Sejmie może zabraknąć głosów do odrzucenia senackiego sprzeciwu – już w poniedziałek rzecz wisiała na włosku. Co wtedy? Kto w administracji wyborczej zdecyduje się wydać dziesiątki milionów złotych na przygotowanie procedury, która nie jest jeszcze obowiązującym prawem i wcale nie jest pewne, że nim będzie.

Organizacja takiego przedsięwzięcia byłaby wyzwaniem, nawet gdyby – jak w Bawarii – panowała powszechna zgoda, że rzecz trzeba przeprowadzić. Lecz poza Klubem Parlamentarnym PiS i Nowogrodzką przeciwnicy wyborów mają miażdżącą przewagę. Jawna konfrontacja z demokratycznie wybranymi władzami, protestującymi przeciw przeprowadzaniu wyborów w imię ochrony zdrowia mieszkańców i czującymi za plecami przemożne sondażowe wsparcie tych ostatnich, to wywołanie zimnej administracyjnej wojny domowej.

Jarosław Kaczyński jest zdeterminowany, bo niepowodzenie tego przedsięwzięcia będzie oznaczało jego osobistą kompromitację przed własnymi ludźmi. Lecz wśród przeciwników też nie brakuje ani determinacji, ani narzędzi walki. Sprawdzona broń biurokracji – ostrożna inercja – będzie teraz używana w poczuciu słuszności, z troski o zdrowie i demokrację. Lecz pewnie i ona nie będzie potrzebna – ta konstrukcja rozsypie się przy pierwszej próbie ruszenia z miejsca.

Źródło: klik
Obserwuj wątek

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka