Dodaj do ulubionych

Nowy partner a dziecko z poprzedniego związku

15.06.20, 18:42
Dzień dobry.
Chciałabym Was o cos zapytać, choć lata całe nie uczestniczyłam w tego typu forach. Otóż: mam córkę w wieku 10 lat z poprzedniego związku, rozwiodłam się 5 lat temu. Ostatnie 5 lat było bardzo trudne emocjonalnie, niby chciałam sobie ułożyć życie na nowo, ale po serii niepowodzeń uznałam, że w sumie to samej mi jest dobrze. I wtedy pojawił się ktoś, kto okazał się tak bardzo w porządku, że postanowiłam zmienić podejście i wpuścić go do swojego ( naszego) życia. Nawet zaczęliśmy razem pracować, przebranżowiłam się ( uznałam, że jesli współpraca nie wyjdzie to zawsze mogę wrócić na stare śmieci, ale póki co , po pół roku jest ok.). Jesteśmy razem niecały rok. Wszystko jest bardzo dobrze- to człowiek z ogromnym poczuciem humoru ( aż czasem wkurzawink) , poukładany życiowo, stabilny emocjonalnie. Ma 3 dzieci, w tym dwoje dorosłych i jedno nastoletnie. Cudowne dzieciaki. Tylko cholernie irytuje mnie jego podejście do ich wychowania, bo ... niby rozmawiają ze sobą bardzo szczerze, mają do siebie wzajemny szacunek, ale np. jak dzieciaki chodziły do 1 klasy podstawowki i nie zrobiły sobie jeść, to były głodne. Obydwoje rodziców - praca, pasja, a dzieci jakby same sobie. Ja mam zupełnie inne podejście do sprawy, jestem raczej wobec mojej córki nadopiekuńcza ( ma mutyzm selektywny, może dlatego, a może już tak mam) . Moja córka ma ojca z którym ma kontakt na codzień i R. jest dla niej raczej ... bo ja wiem... partnerem mamy, kimś do wygłupów itd. Długo nie mogła się do niego przekonać, ale to akurat moja wina, bo zawsze powtarzałam, że będziemy tylko w e dwie, bla bla bla. Ale teraz już jest ok, młoda go lubi , on ją też. Ale ten jego kontakt w jej stronę jest taki... nie wiem jak to opisać. Niespontaniczny. Taki... obojętny...? Nie wiem czy to dobre słowo. Ja nie wiem, czy nie wymagam zbyt wiele. Przecież córka ma ojca, a z R. nie mieszkamy i raczej nie będziemy , bo obydwoje wyznajemy zasadę, że każdy z nas powinien mieć swój kąt. Ale mam po prostu ciągle z tyłu głowy, że on woli być ze mną kiedy jestem sama. Sytuacja z dziś- złamał sobie palucha u nogi, więc wieczorem pójdę mu zanieść coś do jedzenia, bo nie miał zakupów. Pyta "będziesz sama?" - niby niewinne pytanie a ja już jestem zła, bo nie wiem... chciałabym , żeby powiedział "to wpadnijcie z młodą, zjemy razem". Męczy mnie to, córka jest bardzo wrazliwa, nie chciałabym, żeby było jej przykro. O, już wiem, jak Go określić- on jest w kontaktach z dziećmi TECHNICZNY. Dopasuje rower, zadba o stomatologa, pogada... ale jesli przytuli to w żartach. Poza tym, to świetny człowiek- wykształcony, zaradny, opiekuńczy (wobec mnie) , bardzo optymistyczny i uczciwy, szczery do bólu. Ale ten jeden puzel pt. dziecko nie chce mi się dopasować... Co o tym myslicie... Powinnam odpuścić zamartwianie się?
Obserwuj wątek