Dodaj do ulubionych

Granice wytrzymałości

29.08.20, 10:24
Facet mnie wkur...

Co jakiś czas, regularnie, zachowuje się nieakceptowalnie, oczywiście ZAWSZE z mojej winy.

Potem reflektuje się przeprasza, obiecuje poprawę i znowu robi to samo - ach, te głęboko wdrukowane schemaciki w spadku pa tatusiu.

Umiecie zdefiniować moment w którym mówicie dość?
Co musiałoby się wydarzyć żebyście pożegnały życiowego partnera?
Na co jesteście w stanie przymknąć oko?
Obserwuj wątek
    • jolie Re: Granice wytrzymałości 29.08.20, 10:38
      Moje życie pokazało mi, że nie potrafię wybaczyć kłamstwa. Zatem po zdradzie/romansie byłoby chyba pozamiatane. Nie wyobrażam sobie też związku, w którym facet mnie nie pożąda/ma małe libido i muszę prosić się o seks, to jakiś kosmos dla mnie. Osobowościowo nie trawię biernych leniwych minimalistów, którzy uwieszają się na kobiecie i na mnie zrzucają ciężar decyzji w ważnych kwestiach. Szczeremu, prawemu, ciekawemu, ogrniętemu życiowo i napalonemu na mnie wybaczę wiele dziwactw.
      • homohominilupus Re: Granice wytrzymałości 29.08.20, 14:16
        jolie napisała:

        > Moje życie pokazało mi, że nie potrafię wybaczyć kłamstwa. Zatem po zdradzie/ro
        > mansie byłoby chyba pozamiatane. Nie wyobrażam sobie też związku, w którym face
        > t mnie nie pożąda/ma małe libido i muszę prosić się o seks, to jakiś kosmos dla
        > mnie. Osobowościowo nie trawię biernych leniwych minimalistów, którzy uwieszaj
        > ą się na kobiecie i na mnie zrzucają ciężar decyzji w ważnych kwestiach. Szczer
        > emu, prawemu, ciekawemu, ogrniętemu życiowo i napalonemu na mnie wybaczę wiele
        > dziwactw.

        Serio, gdyby Twojemu mężowi lekko libido spadlo i czasem musiałabyś go ponamawiac bo jest np zmęczony albo woli rower to wystawilabys mu walizki?
        • jolie Re: Granice wytrzymałości 29.08.20, 15:02
          Nie, skąd. Nie o tym pisałam. Ale gdyby mąż bez żadnej konkretnej przyczyny (choroba, stresy, jakieś ciężkie przeżycia) przestał ze mną sypiać, nie chciał nawet o tym rozmawiać i udawałby, że nie wie, o co chodzi, sytuacja trwałaby miesiącami, to na stówę bardzo byśmy się oddalili. I nie wiem, czy byłoby co zbierać.
          • homohominilupus Re: Granice wytrzymałości 29.08.20, 15:59
            jolie napisała:

            > Nie, skąd. Nie o tym pisałam. Ale gdyby mąż bez żadnej konkretnej przyczyny (ch
            > oroba, stresy, jakieś ciężkie przeżycia) przestał ze mną sypiać, nie chciał naw
            > et o tym rozmawiać i udawałby, że nie wie, o co chodzi, sytuacja trwałaby miesi
            > ącami, to na stówę bardzo byśmy się oddalili. I nie wiem, czy byłoby co zbierać
            > .

            Aaa to tak. To chyba dla każdego byłby mega problem.
            • jolie Re: Granice wytrzymałości 29.08.20, 17:32
              No właśnie. Ale dodam, że na pewno nie byłabym z facetem niskolibidowym. I teraz nieważne, czy niskie libido jest przy mnie (bo jednak mocno go nie kręcę/mam jakiś antyfetysz/jestem przeciwieństwem jego typu fizycznego/uzależnił się od porno) czy ma wyjściowe mniejsze potrzeby. Nie i już. Facet ma mnie pragnąć i to entuzjastycznie okazywać.
        • black_magic_women Re: Granice wytrzymałości 29.08.20, 22:15
          Ja bym jeszcze dopisała mężczyznę, który karze brakiem seksu. Z młodszych lat pamiętam chłopaka, który był mistrzem reglamentowania pieszczot. Niby wszystko między nami ok, nie było kłótni, ale nagle zachowywał dystans. To oczywiście działa w dwie strony, bo jak nie raz pisał Ricki, kobiety też ponoć dają szlaban na amory.
    • fornita111 Re: Granice wytrzymałości 29.08.20, 10:38
      To zalezy od kalibru zbrodni. Np powtarzajace sie rekoczyny sa dla mnie absolutnie wykluczone. Tak samo upokarzanie. Ale kazde z nas ma wredne zagrania (nie jest to wyzywanie, tylko jadowita wrednosc podczas klotni), zadne z nas sie tego juz nie oduczy. Chwile sie nienawidzimy, potem nam przechodzi i sie godzimy. Ja sobie nie wyobrazam zwiazku bez tego, to jest takie upuszczenie pary, wyladowanie sie, to jest w sumie pozytywne.
    • asia-loi Re: Granice wytrzymałości 29.08.20, 10:45
      piataziuta napisała:

      > Co jakiś czas, regularnie, zachowuje się nieakceptowalnie, oczywiście ZAWSZE z mojej winy.
      >
      > Potem reflektuje się przeprasza, obiecuje poprawę i znowu robi to samo


      Klasyczne zachowanie psychopaty/socjopaty.
      Moim zdaniem jedynym wyjściem jest ucieczka jak najdalej od kogoś takiego, ale często jest to niemożliwe.
      Zwłaszcza w relacjach mąż/żona, partner/partnerka, szef/pracownik.
      Uważam, że jak nie można uciec (zerwać kontaktów, rozwieść się, zmienić pracy) to pozostaje tylko odpłacenie: wet za wet. Odpowiadać też atakiem, a nie bronić się.
      • znowu.to.samo Re: Granice wytrzymałości 29.08.20, 10:53
        Taki psycho jest mistrzem odbijania piłeczki, kłamstwa i manipulatorstwa i zwykły człowiek nie ma szans. Tak nagnie rzeczywistość, odwróci kota ogonem że wyjdzie że WSZYSTKO to jest twoja wina. A awantury to jest woda na jego młyn
      • turzyca Re: Granice wytrzymałości 29.08.20, 11:05
        E, tam, psychopaty. Normalny mechanizm psychologiczny, mnóstwo osób takich znam. Co ciekawe częściej w Polsce. Wynika to z wychowania, gdy nie można powiedzieć "nie wyszło" tylko trzeba znaleźć winnego. Jeśli jeszcze rodzice oczekiwali od dziecka idealnego zachowania i karali je odebraniem miłości, gdy popełniło błąd, to jest świetna gleba do takich zachowań.
        Bo teraz na tej podkładce, gdy coś się zaczyna pieprzyć, to pierwszym odruchem jest "nie ja jestem winny" i znalezienie innego winnego. Głupi mechanizm, psujący związki, ale popularny.
        Pomaga przerywanie tyrad i podkreślenie "nie wyszło", "to był wypadek", "na to złożyło się mnóstwo małych błędów", "tego nie dało się przewidzieć", "tak się zdarza" oraz dość zaskakujące "kocham Cię także gdy popełniasz błędy". Plus "skupmy się na tym, jak możemy naprawić sytuację".
        Na plus dla pana, że ma zdolność samorefleksji. Można ją wykorzystać.


        Przy czym nie mam całego obrazu człowieka w głowie, może w innych wątkach były jakieś inne niepokojące objawy. Ta jedna sprawa jest do wyprostowania.
        • pade Re: Granice wytrzymałości 29.08.20, 11:14
          Zgadzam się. Też obserwuję to odruchowe "to nie ja, to oni".
          Tyle, że w sytuacji, w której jedna strona zawaliła i automatycznie oskarża drugą, że to przez nią, ciężko powściągnąć emocje i zajmować się uczuciami drugiej strony, skoro samemu właśnie zostało się o coś bezpodstawnie oskarżonym.
          Ja wiem, wiem, można się od siebie oddalić, przemyśleć, etc. Ale jeśli sytuacja się powtarza wciąż i wciąż, to można dostać cholery.
          Autorka opisuje powtarzające się w kółko obwinianie, a potem refleksję. Skoro panu ze sto razy wyszło, że to jednak nie jej wina, ale dalej powtarza oskarżanie (cóż z tego, że odruchowo), to można w pewnym momencie wyjść z siebie i stanąć obok.
          Twoje propozycje Turzyco są dobre dla kogoś, kto nie tylko ma refleksje ale i chęć wdrożenia innych zachowań. Wtedy faktycznie takie uspokajanie ma szansę coś zmienić.
          A co gdy ktoś w ogóle nie panuje nad swoimi automatyzmami?
          • turzyca Re: Granice wytrzymałości 29.08.20, 11:32
            Wiesz, ja robię założenie, że ta para jest w sytuacji - kochają się, chcą być razem, pan ma świadomość, że robi głupią rzecz, ale nie umie się powstrzymać w tym momencie, bo go emocje i wieloletni trening w rodzinie niesie.
            Potrzebne mu coś na kształt terapii behawioralnej lub mówiąc brutalnie trening w innym kierunku. Nie zmieni się z dziś na jutro i zawsze będzie miał tendencję do nawrotów, ale może mocno ograniczyć takie zachowania. Jeśli im się chce, to razem mogą wyćwiczyć inne zachowania. Przy czym da się tylko jeśli pan będzie chciał, to oczywiste. Musi nauczyć się nieszukania winy a w tym celu trzeba umieć rozkładać porażki na czynniki pierwsze bez przypisywania winy i z konstruktywnymi rozwiązaniami, akceptując przy tym niedoskonałości. Podejście typu "ok, jesteś roztargniony, więc umieszczamy klucze na widoku i w zasięgu ręki po przyjściu do domu" zamiast "musisz się nauczyć odkładać klucze zawsze na miejsce", bo się nie nauczy. Pomaga też przerywanie tyrad w różny sposób, taki hamulec bezpieczeństwa "kocham Cię, ta dyskusja idzie w niewłaściwym kierunku, nie chce się z Tobą kłócić".
              • turzyca Re: Granice wytrzymałości 29.08.20, 22:39
                >Mam wrażenie, że proponujesz wspólne zajęcie się pana problemem, żeby nie powiedzieć, że pani ma być behawiorystką pana.

                Wiesz, jeszcze nigdy nie spotkałam człowieka idealnego, wobec którego wieloletni partner nie miałby żadnych, ale to żadnych zastrzeżeń. Pani tutaj opowiada, co jej w panu przeszkadza, ale pan pewnie też ma swoją listę. I mogą sobie nawzajem pomóc prowadzić małżeństwo "zgodne, szczęsliwe i trwałe" albo mogą walczyć, stawiać na swoim i udowadniać sobie, jak bardzo to drugie powinno się zmienić, żeby w końcu było dobrze.
                • pade Re: Granice wytrzymałości 30.08.20, 11:01
                  Ja też nie spotkałamsmile
                  Za to spotykam pary, w których jedna osoba jest przekonana, że ona absolutnie nic zmieniać nie musi, za to ta druga i owszem.
                  Sądzę, że mówisz o sytuacji, w której pan i pani są świadomi swoich słabości, nie obwiniają za nie drugiej strony i mają chęć do zmian.
                  Tyle, że to chyba nie jest casus autorki.
                  • igge Re: Granice wytrzymałości 30.08.20, 15:54
                    Ja tam i mam i nie mam chęci do zmian. Mój mąż identycznie
                    Ma i nie ma.
                    Brzmi bez sensu. Jakby sprzeczność. Ale tak jest.
                    My z partnerem jesteśmy dobrani na zasadzie różnic nie podobieństw raczej. Może stąd ta wieczna negocjowana od nowa i od nowa harmonia. Próby zrobienia siebie z drugiego bliskiego, najbliższego człowieka.
                    Moja przyjaciółka nie musiałaby negocjować 80 % tego, co ja z mężem muszę negocjować bo dla mnie jest ważne. Bo ona ma niemal stuprocentową zgodność z nim we wszystkim.
                    No a znowu jej mąż jest pod pewnymi względami podobno niereformowalny i nie ma woli zmiany. I ma za to cechy pewne, których brak mi u mojej połówki.

                    Ale to jest taka wieczna inność i rozmowa o tym wieczna i chęć zawsze obecna zrozumienia tej drugiej kochanej osoby.
                    O ile na pewno jestem kochanawink kto tam to może na 100% wiedziećtongue_out
                • igge Re: Granice wytrzymałości 30.08.20, 15:43
                  No tak, zgoda.

                  Z jednym małym wyjątkiem. Generalnie ja właściwie nie mam żadnych zastrzeżeń do wieloletniego małża.
                  Tylko, że w dyskusji, jak mamy różnicę zdania, nie zgadzamy się w jakiejś sprawie, próbuję go przekonać do zmiany zdania w jakiejś sprawie, wtedy potrafią wyleźć ze mnie jakieś żale i wyliczam listę zastrzeżeń. Rzeczy, które przez te lata razem mógł zrobić lepiej, rozegrać inaczej.
                  Wczoraj nawet w aucie po powrocie z randki i z zakupów siedzieliśmy trochę w aucie przed domem, cykały świerszczewink, a ja mu wyłuszczyłam 2 kwestie, które powinien był inaczej zrobić ( akurat tu chodziło o dzieci)
              • turzyca Re: Granice wytrzymałości 29.08.20, 22:44
                >Ostatnio mu się tak nie chce ograniczać - pewnie z mojego powodu.

                Albo dlatego że był - jak większość ludzkości zresztą - mocno zestresowany panującą sytuacją i z braku sił psychicznych wrócił do utartych schematów.

                >A mnie się absolutnie nie chce go zachęcać.

                A to jest kwestia do rozważenia. Też jesteś zmęczona tym co się dzieje w tym roku? Czy może to głębsze.
                Wszyscy jesteśmy zestresowani, zmęczeni, reagujemy gorzej niż normalnie, warto na to wziąć poprawkę i być dla siebie dobrą.
                • igge Re: Granice wytrzymałości 30.08.20, 16:05
                  Zmęczenie i zestresowanie na pewno utrudnia proces zmieniania pewnych zachowań na te lepsze tzn upragnione przez partnera. Trzeba mieć siły psychiczne, przestrzeń w sobie na to by w miarę trwale coś w sobie zmieniać.
                  Z braku sił niestety wraca się do utartych schematów. Bo są komfortowe, nie wymagają świadomego wysiłku. To tak jakby ktoś długo był na diecie będącej nowym stylem odżywiania na zawsze np bez cukru, slodyczy i po roku nagle bach stres w pracy, kłótnia np z teściową i sięgasz po kubełek czekoladowych lodów lub tabliczkę czekolady.
                  Potem albo kontynujesz plan żywieniowy na resztę życia albo rzucasz w diabły zero slodyczy postanowienie.
                  To drugie raczej łatwiejsze. Szybszy bardziej nawykowy relaks.
            • malia Re: Granice wytrzymałości 29.08.20, 15:24
              Turzyca, wybacz, ale takie wychowanie - "Podejście typu "ok, jesteś roztargniony, więc umieszczamy klucze na widoku i w zasięgu ręki po przyjściu do domu" zamiast "musisz się nauczyć odkładać klucze zawsze na miejsce", bo się nie nauczy." to ja mogę stosować do małego psa, jak chcę by nie sikał na wycieraczkę, albo do trzylatka.
              Partner, to jest wg mnie ktoś równorzędny i dorosly, a więc wychowanie go nie wchodzi w rachubę. Mogę porozmawiać, pokazać co mi nie pasuje i to wszystko
              • pade Re: Granice wytrzymałości 29.08.20, 17:37
                malia napisała:


                > Partner, to jest wg mnie ktoś równorzędny i dorosly, a więc wychowanie go nie w
                > chodzi w rachubę. Mogę porozmawiać, pokazać co mi nie pasuje i to wszystko

                Dokładnie.
              • turzyca Re: Granice wytrzymałości 29.08.20, 22:32
                Wiesz, te klucze to akurat moje własne doświadczenie. Zapodziewam je z prędkością światła jak cała reszta rodziny zresztą, więc w domu rodzinnym wypracowany został model polegający na istnieniu chyba 10 kopii kluczy do drzwi wejściowych, jak się któreś zapodziały, to brało się kolejny komplet, z szafeczki, a jakże.
                Po czym jak się wyprowadziłam na swoje i nie mogłam mieć 10 komplety kluczów, bo klucze były niedorabialne (licencjonowane), to sobie przypomniałam scenę z filmu, gdzie super zorganizowana planerka wesel ma gwóźdź wbity tak, żeby odwiesić klucze od razu po przekroczeniu drzwi, wbiłam gwóźdź i nagle przestałam gubić klucze. Magia. Nawet jak nie odwiesiłam od razu, tylko wsadziłam do torebki czy kieszeni, to przechodząc widziałam brak kluczy i odwieszałam. Poranny problem kluczy przestał istnieć. I tak sobie funkcjonowałam w różnych mieszkaniach i w różnych zestawach i zawsze miałam gdzieś tam blisko drzwi mój gwóźdź na klucze i wszyscy współlokatorzy to akceptowali. Czasem mieliśmy ozdobną deseczkę dla wszystkich, czasem to był mój jeden samotny gwóźdź albo naklejany haczyk, ale zawsze miałam te klucze na widoku.
                Po czym zamieszkałam z przyjacielem, z którym obydwoje trzymaliśmy się w friendzonie i chyba wspólne zamieszkanie było poniekąd testem, czy może z tej friendzony wyjdziemy. I między innymi o klucze się rozbiło, bo on na moje przymiarki do gwoździa zareagował parsknięciem, że co to za pomysły, żeby mieć taki bałagan w przedpokoju, klucze należy trzymać porządnie w szafeczce, a w ogóle dorosły człowiek powinien być w stanie być odkładać klucze na miejsce i mam się ogarnąć. No cóż, szybciej się wyprowadziłam niż nauczyłam.
                I dla mnie to podejście "dorosły człowiek ma odkładać klucze na miejsce, naucz się" jest zabójcą miłości. Nieważne czy to klucze czy co innego. Człowiek jest jakim jest, ma swoje wady i albo się go akceptuje albo uprawia przeciąganie liny. Ale ja ogólnie wychodzę z założenia, że związek jest po to, żeby żyło się lepiej.

                A żeby było zabawniej... od dość dawna nie mam mojego gwoździa. Gdy w którymś mieszkaniu nie dało się go sensownie umieścić, dostałam na imieniny od mojego chłopa piszczący brelok do kluczy, taki do przywoływania. I dzięki temu bezstresowo nauczyłam się żyć bez kluczy na widoku. Ale fakt, że zajęło mi to ze dwa lata, w pierwszych tygodniach piszczek był w użyciu praktycznie przy każdym wyjściu.
                • pade Re: Granice wytrzymałości 30.08.20, 11:18
                  Historia świetna, ale... Turzyca, Twoje klucze nic nikomu nie robiły. Nie wiem czy to jest adekwatny przykład. Albo ja go nie rozumiem.
                  Takie "nawyki" jakie opisałaś ma każdy i wtedy faktycznie nie ma o co kruszyć kopii, bo tu nikt nikomu nie musi ustępować, nikt nikogo nie rani kluczem na gwoździu czy innymi drobiazgami. W takich sytuacjach jak najbardziej trzeba szukać optymalnego rozwiązania i to jest dla mnie oczywista oczywistość.
                  Wątek jest chyba jednak o czymś innym. O tym, że jedno obwinia drugie, automatycznie i mimo późniejszej refleksji zalicza recydywę, raz za razem. Tu już jest oddziaływanie na drugą osobę, negatywne oddziaływanie. Ja bym nie potrafiła przejść koło takich powtarzających się oskarżeń obojętnie. A to z kolei mogłoby spowodować, że moja reakcja na jakieś irytujące zachowanie partnera byłaby mniej adekwatna niż zazwyczaj i ... wpadlibyśmy w błędne koło.
                  • turzyca Re: Granice wytrzymałości 30.08.20, 20:54
                    >Twoje klucze nic nikomu nie robiły. Nie wiem czy to jest adekwatny przykład. Albo ja go nie rozumiem.
                    >Takie "nawyki" jakie opisałaś ma każdy i wtedy faktycznie nie ma o co kruszyć kopii, bo tu nikt nikomu nie musi ustępować, nikt nikogo nie rani kluczem na gwoździu czy innymi drobiazgami.

                    No Ciebie nie ranią. Kilkanaście osób w sumie, z którymi mieszkałam, też. Ale dla tamtego faceta to nie był drobiazg, tylko syfienie w przedpokoju, wynikające z lenistwa lub niechęci do pracy nad sobą lub niezwracania uwagi na potrzeby innych lub [wpisz pasujące]. Bo w mieszkaniu trzeba utrzymywać porządek, rzeczy mają swoje miejsce i należy je tam umieszczać, a nie robić bajzel. I dla niego te klucze "nie w szafce" były ważne. To był odblask ogólnego podejścia do przestrzeni w miekszaniu.
                    Takich tematów różniących pary jest mnóstwo, np. podejście do czasu, sposób spędzania weekendów, sposób prowadzenia kłótni, sposób godzenia się, ilość czasu spędzanego wspólnie, proporcja w podziale obowiązków, stopień integracji z rodzinami pochodzenia.

                    I to co Piataziuta opisuje po mnie akurat spływa jak po kaczce. Kłótnia to kłótnia, różne głupoty się gada. Ale brak przeprosin po kłótni jest dla mnie nie do przejścia. A znam osoby, które nie tylko nigdy nie przepraszają, ale w ogóle odrzucają koncepcję przeprosin, pojednania się po kłótni. Każdy ma swoje cechy i zachowania, niektórym one pasują, innym nie.
                    I to czego różne związki i mieszkanie z różnymi ludźmi mnie nauczyły, to że jeśli chcę, żeby ktoś zmienił swoje zachowanie, które jemu nie przeszkadza, a mnie przeszkadza, to że muszę mu tę zmianę ułatwić, musimy znaleźć kompromis między naszymi pozycjami.

                    W tamtej sytuacji z kluczami w dojrzałym związku usiedlibysmy i ustalili, że jemu przeszkadza bałagan w przedpokoju, a ja zapodziewam klucze i potem ich w panice porankami szukam. Co możemy zrobić, żeby pogodzić te potrzeby? Może kupilibyśmy taki piszczący breloczek, może mielibyśmy zwyczaj, że wieczorem podczas mycia zębów trzeba sprawdzić, czy są klucze i przez kilka miesięcy byłaby przypominajka na lustrze?
                    • igge Re: Granice wytrzymałości 30.08.20, 22:29
                      U nas mojemu mężowi potrzebny jest wyższy poziom porządku niż mnie i dzieciom. Ogarniamy chałupę jak jego nie ma, wyjeżdża. Ale kiedy wraca robi to w zasadzie tylko on i nie oczekuje że my się włączymy do pucowania.
                      Staram się tylko nie generować syfu. Doceniam wyszorowane powierzchnie, wyczyszczone kuwety, naczynia poukładane w kosteczkę itd. Nawet zlew wycieram do sucha, dla niegowink
                      Bo kto bogatemu zabroni? Niech chlopak czuje się dobrze.
                      Kiedyś ten myty i wycierany z każdej kropelki wody zlew kuchenny wydawał mi się przesadą. Bo ciągle tę wodę w kółko po coś się odkręca i od nowu mokro.
                      A teraz nawet lubię tę niewidzialną rękę w domu.
                      Fajnie nie musieć sprzątać.
                      Pranie też robi. Ubrania w idealną kosteczkę składa w szafie, nawet szuflada ze skarpetkami jest inna kiedy on zarządza domem.
                      Ale on by nie czepiał się Ciebie Turzyca o klucze w przedpokoju.
                      Rozumie, że ludzie są różni.
                      Z verdaną też by się dogadał, ona, zdaje się nie lubi dbać o dom.
                    • pade Re: Granice wytrzymałości 30.08.20, 23:28
                      Syfienie - aha.
                      A ja sądziłam, że w pedantyzmie dzierżę palmę pierwszeństwabig_grin
                      Lata temu co prawda i dawno mi przeszło. Chociaż... na klucze i smycz jest półeczka zaraz przy drzwiach oraz dodatkowo haczyki w kuchnibig_grin No bo jednak fajnie jest (mnie przede wszystkim) jak rzeczy mają swoje miejsce.

                      "I to czego różne związki i mieszkanie z różnymi ludźmi mnie nauczyły, to że jeśli chcę, żeby ktoś zmienił swoje zachowanie, które jemu nie przeszkadza, a mnie przeszkadza, to że muszę mu tę zmianę ułatwić, musimy znaleźć kompromis między naszymi pozycjami."

                      A mnie doświadczenie nauczyło, że oby ludzie mieli takie problemy jak Twój z kluczamismile Nie, żebym bagatelizowała, chociaż dla mnie to naprawdę pikuś. Bardzo łatwo w takiej sprawie znaleźć rozwiązanie. Rozwiązanie a nie kompromis. Tu nawet nie potrzeba czyichś specjalnych chęci.
                      Natomiast z tym co wymieniłaś "podejście do czasu, sposób spędzania weekendów, sposób prowadzenia kłótni, sposób godzenia się, ilość czasu spędzanego wspólnie, proporcja w podziale obowiązków, stopień integracji z rodzinami pochodzenia" jest dużo trudniej. Bo tu jednak potrzebna jest chęć, pójście na ustępstwa, zmiana nawyków, generalnie praca nad sobą a to jest dużo trudniejsze niż "kupmy breloczek, zamontujmy półkę, pomalujmy ścianę".
                      Piszesz "kłótnia to kłótnia, różne głupoty się gada"... Czy ja wiem? Piataziuta za wiele nie napisała, to po pierwsze, a po drugie, moim zdaniem pewnych granic nie należy przekraczać (chyba, że w domyśle masz, że to oczywista oczywistość). Tak więc trudno powiedzieć, czy by po Tobie to spłynęło czy nie, albo po mnie. Niekontrolowana mowa nienawiści mówi w sumie wszystko i nic. Niespersonalizowana. Hmm, a w starterze było "zwala winę na mnie".
                • igge Re: Granice wytrzymałości 30.08.20, 16:21
                  Podejście pt "Dorosły człowiek ma odkładać klucze na miejsce, naucz się" , moim zdaniem, jest trochę zabójcą miłości.
                  Co innego podejście własne pt " Dorosły czlowiek, rzeczywiście, ma odkładać klucze na miejsce, nauczę się, spróbuję". ( w domyśle: dla partnera/ partnerki bo jest to dla niej/ dla niego ważne. I dla siebie też.)
                  A wszelkie drogi/ ułatwienia, typu ten gwóźdź jako etap do celu. Czemu nie?

                  Jeśli chodzi o gwoździe, to po dziesiątkach próśb o gwóźdź jak miałam niemowlę na stanie i sama w nieceglamą ścianę nie potrafiłam wbić, żeby coś powiesić chyba, pewnego dnia wściekłam się i mąż po pracy w planowanym miejscu gwoździa znalazł wielki napis flamastrem "gwóźdź!!!!" na ścianie w salonie.
                  Tego samego wieczoru mogłam powiesić lustro czy obraz nie pamiętam, gwóźdź wreszcie wbity, bez proszenia. Bez czekania.
                  Potem tylko przy odnawianiu mieszkania malarz zapowiedział teściowej, że jak synowa coś jeszcze napisze na ścianie flamastrem lub będzie nadal pozwalać dziecku (starszemu ciut) rysować po ścianie - to on za żadne pieniądze nie będzie malować naszego mieszkania i koniec
            • triss_merigold6 Re: Granice wytrzymałości 29.08.20, 16:02
              Podejście typu "ok, jesteś roztargniony, więc umieszczamy klucze na widoku i w zasięgu ręki po przyjściu do domu" zamiast "musisz się nauczyć odkładać klucze zawsze na miejsce", bo się nie nauczy.

              to trening czystości psa lub trzylatka
              kompletnie nie zgadzam się z koncepcją bycia terapeutą czy innym psychokołczem partnera/partnerki
              • igge Re: Granice wytrzymałości 29.08.20, 15:01
                Dla mnie wyjaśnia jednak. Są ludzie, których usta w kłótni to, delikatnie i zgrabnie nazywając, są puszką pandory właśnie.
                Moja matula to idealny przykład.
                Choć jakiś umiarkowany margines do względnie trwałej poprawy egzemplarza takiego istnieje. Tylko musi mu bardzo mocno zależeć.
                A i tak, tylko po dłuższym np czasie. - Skucha!
                • igge Re: Granice wytrzymałości 29.08.20, 15:11
                  Aha, i taka puszka pandory z paszczy - bardzo, bardzo bolesne dla najbliższych. Ale i nad tym, tzn nad ignorowaniem, olewaniem szamba można popracować i nie akceptując, mieć świadomość, że bliska osoba świadomie nie chce zranić. Tak ma i już. Powody, źródło nieistotne. Ale nie wiem, nie sądzę czy w przypadku życiowego partnera/ partnerki jest sens taką, nazwijmy to dużą wadę tolerować lub nie tolerując trwać przy nim. Stawiając granice - czekać, liczyć, nie liczyć na poprawę.
                  Moja matka nie mieszka ze mną, nie bywa za często, jak często okresami bywa- to krótko, pracuje nad sobą też i jest dużo lepiej niż kiedyś.
                  Jak kontakty są z nią za częste, za długie i tak w końcu pęka kiedyś i jest ta puszka pandory właśnie, nawet 2 slowa, zdanie itd.
                  Przemyśl sobie piaziuta czy u Ciebie jest/ nie jest podobnie i jaka Twoja decyzja. Przyszłość. Relacja.
                  • igge Re: Granice wytrzymałości 29.08.20, 15:15
                    Możliwe też, że moje porównanie/ przykład matuli mojej - jest zupełnie nieadekwatny i nieusprawiedliwiony i nie pomocny wcale.
                    Ponieważ ja matki swojej nie kocham już lub nie wiem czy kocham. A jak kogoś kochasz to wiele zmienia. I niekoniecznie na korzyść.
                  • pade Re: Granice wytrzymałości 29.08.20, 17:42
                    igge napisał:

                    > Aha, i taka puszka pandory z paszczy - bardzo, bardzo bolesne dla najbliższych.
                    > Ale i nad tym, tzn nad ignorowaniem, olewaniem szamba można popracować i nie a
                    > kceptując, mieć świadomość, że bliska osoba świadomie nie chce zranić. Tak ma i
                    > już. Powody, źródło nieistotne
                    . Ale nie wiem, nie sądzę czy w przypadku życiow
                    > ego partnera/ partnerki jest sens taką, nazwijmy to dużą wadę tolerować lub nie
                    > tolerując trwać przy nim. Stawiając granice - czekać, liczyć, nie liczyć na po
                    > prawę.

                    Że co??
                    Jeśli komuś coś nie wyszło i wylewa na mnie z tego powodu steki bluzg albo wyzwisk to jest furiatem do leczenia i wypad ze związku, a nie "on tak ma".
                    To samo w przypadku Twojej matki. Co to znaczy, że ona tak ma? NIKT nie ma prawa Cię obrażać, czy wylewać gnój na Ciebie. NIKT, włącznie z matką. W takiej sytuacji pokazuję gdzie są drzwi i tyle.
                    • turzyca Re: Granice wytrzymałości 29.08.20, 22:57
                      >Jeśli komuś coś nie wyszło i wylewa na mnie z tego powodu steki bluzg albo wyzwisk to jest furiatem do leczenia i wypad ze związku, a nie "on tak ma".

                      Ale to nie muszą być bluzgi czy wyzwiska tylko staranne wyliczenie wszystkich błędów z ostatnich trzech miesiecy, które się tolerowało bez słowa uwagi, a teraz się przypomina, że do jasnej anielci, ale mogłabyś przestać w końcu, znowu robisz, ile razy można przypominać, że umawialiśmy się i w ogóle dlaczego znowu przez Ciebie ja jestem spóźniona.
                    • igge Re: Granice wytrzymałości 30.08.20, 16:33
                      Czyli zostaje zerwać na zawsze relacje z matką, serio. Ja tam to mogę zrobić, no problem. Bo jakaś forma rezydywy zawsze w końcu zaistnieje u takiego człowieka. Mimo poprawy.
                      Ale dla niej to będzie bardziej bolesne ( koniec relacji, zerwanie na zawsze kontaktów).
                      Dla mnie pewnie ulga i już.
                      Pytanie czy chcę tego?
                      Bo bez najmniejszego poczucia winy mogę to zrobić w każdej chwili.
                      Matka, nie zrozumie, serio, dlaczego jest na zawsze odcięta ode mnie. Nie przeprosi, nie zmieni się TRWALE i na zawsze zupelnie.
                      Musiałaby całą swoją emocjonalność przebudować. Chcieć najpierw. Zrozumieć. Nie wypierać.
                      Ma 75 lat.
                      Wiem, że mogę zerwać kontakty w każdej chwili.
                      Z facetem pewnie, w analogicznej sytuacji, zerwałabym.
          • igge Re: Granice wytrzymałości 29.08.20, 14:58
            Wg mnie, nawet jak piataziuta uchyli rąbka tajemnicy, to my czy całe forum może i tak ocenić faceta nieadekwatnie, niesprawiedliwie i po prostu błędnie.
            Ona lepiej wie i tyle.
            Choć czasem kubeł zimnej wody od zupełnie obcych osób też może chyba być czymś w rodzaju małej korzyści, suma sumarum.
            Lub przynajmniej skłonić do refleksji, urealnienia swojej własnej oceny partnera i siebie w związku.
        • pade Re: Granice wytrzymałości 29.08.20, 11:33
          A stawiałaś mu ultimatum? Tylko takie sensowne i do faktycznego wdrożenia?
          A może kilka spotkań z terapeutą wchodziłoby u Was w grę? Czasem, gdy ktoś obcy i zupełnie niezaangażowany zwróci na coś uwagę dociera natychmiastowo, mimo, że bliska osoba powtarzała to tysiąc razy.
            • igge Re: Granice wytrzymałości 29.08.20, 14:33
              Życiewink generalnie bardzo ok.
              Czego nie lubię i co tępię to jak w trakcie zjebki/ delikatnej dyskusji/ krótkiego konfliktu/ kłótni/ rozzłoszczenia się mojego/zwracania mu w łagodny i cywilizowany sposób uwagi - on zaczyna wymieniać, co ja nie tak zrobiłam/ robię/ tak samo źle/ irytująco/ uciążliwie/ robię lub przed chwilą zrobiłam. Rzeczywiście bywa, że zwracam mu uwagę z powodu pierdoły/ którą identyczną identycznie 9 sekund wcześniej sama popełniłambig_grin . I jemu się wydaje, że zachodzi wielka niesprawiedliwość i lub podwójne standardy. Ja stoję na stanowisku ( i on zasadniczo się z tym zgadza po refleksji), że nieistotne jest co ja robię lub zrobiłam ( nawet nie tak i źle) skoro i ponieważ w danym momencie rozmawiamy o JEGO aktualnym nieodpowiednim zachowaniu i powinien trzymać się tego konkretnego tematu i swojej konktetnej osoby w tym temacie teraz.
              Jak ktoś inny ( tutaj ja, partnerka) źle coś robi/ zrobił, to nie oznacza to, że daje to prawo komuś innemu źle zrobić. To nawet nie jest żadne usprawiedliwienie. Po prostu każdy w związku ma pracować nad sobątongue_out i starać się eliminować swoje hmmm błędy i niedoskonałościwink
              • turzyca Re: Granice wytrzymałości 29.08.20, 23:01
                >Rzeczywiście bywa, że zwracam mu uwagę z powodu pierdoły/ którą identyczną identycznie 9 sekund wcześniej sama popełniłam

                Zatłuc taką suchą bułką to za mało! Daj adres, podeślę Twojemu męzowi poręczny młotek i dywan.
                Jest na takie sytuacje taka magiczna formułka "myślę, że powinniśmy obydwoje starać się, żeby nie robić X". Serio, działa cuda.
                  • turzyca Re: Granice wytrzymałości 29.08.20, 23:24
                    >twoja magiczna formulka nie wyklucza racji igge

                    No i wracamy do podstawowego pytania, czy w związku chodzi o to, żeby mieć rację, czy żeby było nam jako parze lepiej.
                    Bo jeśli chodzi o to, żeby mieć rację, to zazwyczaj skończy się tym, że nie będzie taryfy ulgowej na błędy.
                    Powiedzmy, że Igge nakruszyła jedząc bez talerzyka, mąż to zobaczył, westchnął do siebie i zakonotował, że trzeba będzie pod wieczór odkurzyć. Tak więc sam zjadł nie sięgając po talerzyk, skoro zaplanował odkurzanie, bo Igge nakruszyła. I w tym momencie Igge zaczyna go ochrzaniać, że je bez talerzyka i kruszy. I facet nie może odpowiedzieć "przecież sama właśnie zjadłaś krusząc", bo to jest wyraźnie zakazane przez Igge, nie?
                    Możliwe, że facet ma cierpliwość nieziemską i jest zupełnie nietypowy, ale ja jeszcze nie widziałam związku, w którym w końcu nie nastąpiłoby ochrzanianie partnera od razu, zamiast tolerowania błędów. A potem to już koniec związku następuje w przewidywalnej przyszłości.
                    • boogiecat Re: Granice wytrzymałości 29.08.20, 23:41
                      oczywiscie, ze nikomu rozsadnemu nie chodzi w zwiazku o udowodnienie swojej racji, ale czlowiek ma potrzebe sprawiedliwosci
                      ja rozumiem, ze igge wcale nie zakazuje stwierdzenia, ze ona tez nakruszyla- przyznaje sama ze to prawda, no problemo, jej sie nie podoba, ze ten fakt jest wykorzystywany jako kontratak i pretekst/argument do niepracowania nad soba - a to jest problem faceta Ziuty
                      • turzyca Re: Granice wytrzymałości 30.08.20, 00:05
                        > igge wcale nie zakazuje stwierdzenia, ze ona tez nakruszyla

                        "Czego nie lubię i co tępię to jak w trakcie zjebki/ delikatnej dyskusji/ krótkiego konfliktu/ kłótni/ rozzłoszczenia się mojego/zwracania mu w łagodny i cywilizowany sposób uwagi - on zaczyna wymieniać, co ja nie tak zrobiłam/ robię/ tak samo źle/ irytująco/ uciążliwie/ robię lub przed chwilą zrobiłam"

                        No ja tu widzę zakazywanie.


                        >pretekst/argument do niepracowania nad soba - a to jest problem faceta Ziuty

                        I właśnie dlatego sugeruję, że Igge przydałaby się magiczna formułka, zamiast wytykania facetowi błędu, bo skoro on to odbiera jako podwójne standardy, gdy mu okruszki pod stopami chrzęszczą, a dostaje ochrzan za kruszenie, to raczej związkowi dotychczasowa strategia nie służy. Zmiana sposobu komunikacji z "przecież miałeś nie kruszyć" na "musimy bardziej starać się nie kruszyć" może skutecznie zlikwidować i okruszki i kłótnie.

                        Inne pytanie, czy trzeba zawsze nad sobą pracować, czy można powiedzieć "chrzan, nie lubimy okruszków na podłodze, ale bardzo lubimy jeść na stojąco i bez talerzyka, więc kupujemy odkurzacz samobieżny".
                        • boogiecat Re: Granice wytrzymałości 30.08.20, 00:20
                          no dobra, nie wiem jak tam jest u igge, ale podejrzewam, ze od czasu do czasu robi magiczna formulke bo komu by sie chcialo ciagle walczyc o sprawiedliwosc tongue_out mozliwe jest tez, ze wraca do boju bo widzi, ze hojna magiczna formulka wcale nie dziala

                          trzecia opcja jest ok w wielu sytuacjach i wogole pelen olewczy komfort, ale trzeba byc pewnym gdzie nie wolno odpuszczac- nielatwe

                          przypomnialas mi zreszta, ze musze sobie kupic ten odkurzaczyk tongue_out
                          • turzyca Re: Granice wytrzymałości 30.08.20, 00:46
                            >przypomnialas mi zreszta, ze musze sobie kupic ten odkurzaczyk

                            Zrób risercz i podziel się, co? Bo nastąpiło to coś, od czego mój chłop uzależniał nabycie, a przekonuję go od października. Tylko teraz muszę wybrać i mi się nie chce dłubać... wiem, że chcę mopujący. I na tyle niegłupi, żeby nie płakał przy progach, bo niestety mamy takie w mieszkaniu. Mogę puszczać oddzielnie w każdym pomieszczeniu, tylko niech on nie robi jakichś głupot, jak trafi na próg.


                            > podejrzewam, ze od czasu do czasu robi magiczna formulke bo komu by sie chcialo ciagle walczyc o sprawiedliwosc

                            No miałam takiego faceta. big_grin
                            Po czym się wściekał, że się z nim kłócę, zamiast w pokorze przyjmować zachęte do rozwoju i wejścia na wyższy poziom. Sam był na poziomie idealnym, a ja się czepiałam jakichś nieistotnych bzdetów.
              • black.emma Re: Granice wytrzymałości 30.08.20, 00:02
                >Rzeczywiście bywa, że zwracam mu uwagę z powodu pierdoły/ którą identyczną identycznie 9 sekund wcześniej sama popełniłambig_grin . I jemu się wydaje, że zachodzi wielka niesprawiedliwość i lub podwójne standardy. Ja stoję na stanowisku ( i on zasadniczo się z tym zgadza po refleksji), że nieistotne jest co ja robię lub zrobiłam ( nawet nie tak i źle) skoro i ponieważ w danym momencie rozmawiamy o JEGO aktualnym nieodpowiednim zachowaniu i powinien trzymać się tego konkretnego tematu i swojej konktetnej osoby w tym temacie teraz.

                Rany, to jest tak pretensjonalne, że od razu by mi się otworzyła ustna puszka pandory big_grin
                Z ciekawości, w drugą stronę też to działa, czy tylko i wyłącznie TY zgłaszasz pretensje?
                • triss_merigold6 Re: Granice wytrzymałości 30.08.20, 11:06
                  Ja też.
                  >Rzeczywiście bywa, że zwracam mu uwagę z powodu pierdoły/ którą identyczną identycznie 9 sekund wcześniej sama popełniłam big_grin . I jemu się wydaje, że zachodzi wielka niesprawiedliwość i lub podwójne standardy. Ja stoję na stanowisku ( i on zasadniczo się z tym zgadza po refleksji), że nieistotne jest co ja robię lub zrobiłam ( nawet nie tak i źle) skoro i ponieważ w danym momencie rozmawiamy o JEGO aktualnym nieodpowiednim zachowaniu i powinien trzymać się tego konkretnego tematu i swojej konktetnej osoby w tym temacie teraz.

                  potraktowana tak słodko pretensjonalnie agresywnym podejściem, strzeliłabym z otwartej w ów łagodnie tłumaczący coś dziubek
          • igge Re: Granice wytrzymałości 29.08.20, 14:36
            Ale chyba ja też trochę w kółko wracam do swoich zachowań, nad poprawą których staram się sama ( czy pod wpływem jego krytyki czy żalu) pracować.
            Dobra wola z dwóch stron jest i każdy robi co może i ma dobre intencje, a wychodzibig_grin czasami jak zwykle
    • nuclearwinter Re: Granice wytrzymałości 29.08.20, 11:02
      Nie tolerowałabym zdrady, uzależnienia od alkoholu czy narkotyków, przemocy (wobec mnie ale też i wobec słabszych, np. zwierząt), na dłuższą metę braku seksu (chyba że problemem byłaby chorobą czy jakieś długotrwałe stresy). Jakieś dziwactwa, głupie odzywki, wkurzanie mnie, toleruję bez problemu, choć mam ochotę nieraz męża udusić, tak mi działa na nerwy. Ale wiem, że ja jemu również, więc od czasu do czasu się kłócimy i tak to się kręci.
    • igge Re: Granice wytrzymałości 29.08.20, 14:01
      Teoretycznie. Wszystko może się zdarzyć i nigdy nie powiem dość i nie pożegnam, z własnej inicjatywy partnera. Teoretycznie bo w praktyce mogę szybko zmienić zdanie. Przymykam oko na pierdoły i drobiazgi, choć zawsze sygnalizuję dobitnie, co mi się w nim lub w jego zachowaniu, w tym w zachowaniu w stosunku do mnie czasem - nie podoba.
    • pingus Re: Granice wytrzymałości 29.08.20, 14:16
      Rękoczyny, powtarzające się zdrady, brak szacunku do mnie, nieliczenie się z moim zdaniem. Wkurzają mnie też wiecznie marudzący faceci, widzę takich i jak mam z nimi rozmawiać, a oni ciągle się użalają, ciągle narzekają to mnie szlag trafia.
    • 1matka-polka Re: Granice wytrzymałości 29.08.20, 15:14
      To teraz przypomnij sobie wątek o glutaminianie sodu i jak szlas w zaparte. I dziesuec innych watkow, w ktorej twierdzilas, ze czarne jest biale🙄 Czesto atakujesz bezpodstawnie, tylko dlatego, ze cos zle zrozumialas a emocje natychmiast zalewaja ci mozg. Lepiej popracuj nad sobą, zanim znowu zmienisz chłopa. Pinc zlotych sie nalezy.
          • 1matka-polka Re: Granice wytrzymałości 29.08.20, 15:59
            Nie jestem facetem i zasadniczo mam w dudzie twoje posty, co jest do sprawdzenia. Poza tym jestes borderka i chyba jeszcze o tym nie wiesz, polecam sprawdzic ten trop. Dwa zlote za dodatkowa porade. Teraz sobie mozesz jeszcze pobelkotac na moj temat i na temat innych zlych ludzi, ktorzy sie na ciebie uwzieli😌 papa.
      • igge Re: Granice wytrzymałości 29.08.20, 15:33
        Jeśli chodzi o częstotliwość zmiany partnera, to ostatnio z mężem wspominaliśmy zero namysłów nad wyborem któregokolwiek z naszych 3 kotów.wink
        Były to szybkie i bez zastanawiania się nad wiekiem/ kolorem/ charakterem itd decyzje plus TRWANIE przy takich, z pozoru lekkomyślnych, nieprzemyślanych decyzjach. Wiedzieliśmy po prostu, że obojętnie jakiego kota ( wzieliśmy 1 wynik z wyszukiwarki) adoptujemy - pokochamy go/ je i poznamy i będziemy czerpać z życia/ codzienności z nimi sporo szczęścia.
        Tak dokładnie jest od lat.
        Zwierzaki zdarza się miewają problemy behawioralne, zdrowotne. Dilujemy z tym.
        Szczęście płynące z nich przeważa.
        Zastanawiam się, czy z wyborem męża/ konkubenta TROCHĘ nie jest podobnie. Trochę szczęścia, good luck i trafia się Ci się ktoś, zestaw zalet i wad, i jest jakaś podświadoma decyzja. Że trwasz i będziesz trwać z nim. I że jesteś zadowolona.
        Tzw praca nad związkiem, nie wiem, jest czy nie jest obecna zawsze. Może podświadomie jest. Jakieś, u nas przynajmniej, w naszym związku, skupienie na sobie nawzajem zawsze. Na potrzebach, na osobie partnera, na jego charakterze, wyglądzie, preferencjach. Człowiek prawie nie zauważa w tej sferze zmian, które po prostu zachodzą.
        Na lepsze zawsze.
        Choć czasem z córką zarzucamy ojcu jej, że wrednie się starzejewink
    • feliz_madre Re: Granice wytrzymałości 29.08.20, 15:22
      Nie wiem. Między nami jest od zawsze bardzo dobrze, więc mogę tylko gdybać. Pewnie gdyby użył jakiejkolwiek przemocy, gdyby zdradził, gdyby pojawiły się ciągle kłótnie, albo zwyczajnie przestało mu zależeć i zniknęłyby emocje a została obojętność...
    • malia Re: Granice wytrzymałości 29.08.20, 15:34
      Masz dosyć, bo małe upierdliwośći powtarzają się ciągle i wciąż, a teraz nastąpiło zmęczenie materiału?
      Cy masz dosyć, bo to co zrobił/powiedział mocno zabolało i też często występuje?
      Jak to drugie to idę jak najdalej, jak pierwsze, to zależy
    • triss_merigold6 Re: Granice wytrzymałości 29.08.20, 16:08
      Jesteś dorosła, bezdzietna, jakąś [pracę masz, nic Cię przy typie nie trzyma.
      Nie pasuje Ci to odejdź.

      Co musiałoby się wydarzyć?
      - niebezpieczny stosunek do finansów, wydatków, pozycjonowania potrzeb
      - niechęć do znalezienia pracy za akceptowalne pieniądze, zwisanie na mnie
      - dominacja hobby nad życiem rodzinnym, to samo dotyczy życia towarzyskiego, jakichś imprez, spotkań, męskich wyjazdów
      - przemoc, wiadomo
      - niskie libido
      - trwałe malkontenctwo, życiowa bierność
      - ogólny bilans na minus
    • raadhiyah2020 Re: Granice wytrzymałości 29.08.20, 16:20
      Przemoc fizyczna- od razu.
      Reszta do pewnego czasu i w zaleznosci jak czesto, w jakim natezeniu. Klamstwo- to jest problem z ktorym nie potrafie sobie poradzic chyba najbardziej. Gaslighting to wlasnie te klamstwa, kiedy sie wie ze ta osoba klamie, mowi sie jej o tym, lapie na tym a druga strona zaprzecza przytaczajac absurdalne argumenty i tworzac ze swojej ofiary paranoika. Ofiara traci kontakt z rzeczywistoscia, zaczyna wierzyc w swoja paranoje i swoja wine. To jest bardzo niebezpieczne. To jest rodzaj powtarzajacych sie nieakceptowalnych zachowan. Tak, to jest zachowanie typowe dla socjopatow, nie wynosi sie tego z domu ale relacje w domu moga to wykreowac. Mozna odejsc albo mozna nie poddac sie i kontrowac co czasem prowadzi do zmiany zachowania takiego partnera. Granice kazdy ma inne.
      • hamerykanka Re: Granice wytrzymałości 30.08.20, 16:55
        No dokladnie.
        Np kiedy moj maz wyjechal w delegacje do innego stanu, kolo polnocy zadzwonil do mnie ze jest kolo godziny od miasta.
        Zapomnial, ze moj pickup ma wbudowany GPS, ktory moge sprawdzic na komorce. Okazalo sie ze samochod stoi na parkingu Hooters. Wyslalam mu o tym wiadomosc, a on wmawial mi ze GPS klamie (!) i ze jest w drodze do domu. Taaaa....
        To wlasnie takie absurdalne klamstwo, a ty myslisz jak nisko Cie ktos ocenia myslac ze lykniesz taka glupote.
    • agrypina6 Re: Granice wytrzymałości 29.08.20, 20:40
      Facet na Ciebie bluzga w kłótniach? Czy nawet bez powodu, ot, tak? Jak tu już ktoś napisał nie macie dzieci, masz pracę, nie mecz się, nie warto. Szkoda życia żeby je marnować w towarzystwie chama.
        • m_incubo Re: Granice wytrzymałości 30.08.20, 16:53
          No cóż.
          Widocznie granicę, kiedy można bluzgać, a kiedy jednak nie, macie ustawioną w różnych miejscach i facet niekoniecznie jest zdania, że twoje miejsce jest lepsze.
          Bluzgi to jakiś kosmos.
        • igge Re: Granice wytrzymałości 30.08.20, 19:32
          Przestań bluzgać sama i wymagaj nie bluzgania od niego. Inaczej nie da rady.

          Dla mnie bluzgi są nieakceptowalne i sama nie bluzgam też bo mam złe doświadczenia z dzieciństwa, które sprawiają, że po pierwszym bluzgu do mnie jakikolwiek pan dostałby kopa na księżyc i won z mojego świata na zawsze. Bez możliwości poprawy, drugiej szansy, czegokolwiek, nie mówiąc też o fanaberyjnej terapii.
          Ostatni raz kiedy rozstałam się z kimś od razu bo nawet nie bluzgnął na mnie ale podniósł niemiło głos na mnie i miał pretensje, że wiosłuję nieodpowiednio ( nie umiałam ale chciałam wiosłować) na kajaku, w czasie burzy, bylo to jak miałam 17 lat.
          Pierwszy długoletni chlopak raz nieodpowiednio się zachował w czasie Sylwestra ( akurat nie o bluzg chodziło, bluzgów nie było). Nieważne, że miesiąc dwa wcześniej ja też miałam raz za uszami.
          Wolałam kogoś bez takich historii.
          Mężowi ulubionemu wybaczyłabym dużo dużo więcej. Rozumiem, że ma prawo do złości, do zniecierpliwienia, do niezadowolenia, do żalu, itd w stosunku do mnie.
          Nie musi być 100% czasu milutki i ciepły, czuły, uśmiechnięty.
          Możemy się kłócić. Możemy nawet krzyczeć, on też. Itd
          Słucham bardzo uważnie co mu się nie podoba, co go męczy, co go denerwuje, smuci, wytrąca z równowagi. Bo emocje i w emocjach wyraźniej widać, co jest dla niego ważne. Także, co ja robię źle. Ale nigdy przez 30 lat nie bluzgnął na mnie. Jest to niewyobrażalne nawet. Nigdy żadnej inwektywy itp.
          Jego nerwy dotyczą jakiegoś konkretnego mojego zachowania, a nie mnie jako osoby.
          Wiem, że bywam męcząca. Nierozsądna. Wymagająca. Nieprzewidywalna. Nadmiernie spontaniczna. Zmieniam plany. Coraz to nowe pomysły miewam. Bywam niekonsekwentna.
          Teraz gdyby pierwszy raz bluzgnął coś, nie wiem, nie umiem wyobrazić sobie, co bym zrobiła. Mamy niemal całe życie za sobą i ze sobą, na dobre i na złe.
          W początkowych latach związku zmieniłabym pana na milszego i tyle. Dla mnie jak ktoś jest cierpliwy, wyrozumiały, spokojny, łagodny, miły w obejściu - to jest to ważna, podstawowa zaleta, kręci mnie to.
          Moja matka bywała i rzadko ale nadal bywa bluzgaczem i jest to dla mnie akurat subiektywnie cecha nie do zaakceptowania w partnerze. Nienawidzę agresji. Won i do widzenia jak facet nie jest miły czuły 99.9% czasu.