arista80
30.11.20, 12:15
Jest sobiemałżeństwo. Po około roku od ślubu decydują się na dziecko. Niestety starania nie odnoszą skutku, więc zaczynają szukać pomocy lekarskiej. Po wielu badaniach wychodzi, że przyczyna jest po stronie męża. Postanawiają więc podejść do in vitro. Niestety kolejne podejścia kończą się zawsze źle - albo brak zapłodnienia jajeczka, albo poronienie w pierwszych tygodniach od zapłodnienia. Próbują również za granicą - również bez skutku. Ta całą sytuacja trwa około 5 lat, zważywszy, że na początku starań mieli około 35 lat, po kolejnych 5 lat ciągłych badań, hormonów i invitro oboje dobiegają już do 40 i lekarze zaczynają już im dawać do zrozumienia, że nie ma sensu męczyć się dalej, bo po prostu tracą czas i pieniądze. Oboje więc odpuścić sobie i zastanowić się co dalej. I wtedy mąż proponuje adopcję. Ona, bez większego zachwytu, ale zgadza się, nie oponuje. Razem podejmują się tej całej procedury. Chodzą na spotkania z psychologiem, sędzią, załatwiają wszystkie potrzebne dokumenty, biurokracji i innych spraw do ogarnięcia jest ogrom, ale udaje się im przez towszystko przejść i w końcu otrzymują dekret, że mogą zostać rodzicami adopcyjnymi. Żona od razu zaznacza, że ona chce tylko adopcji narodowej (nie zagranicznej), bo ona nie ma czasu by jeździć po innych krajach. Mąż na to przystaje. Po jakiś dwóch latach zaczynają dostawać jakieś propozycje dotyczące adopcji, ale szczególnie żona ma zawsze jakieś obiekcje i w końcu nigdy do niczego nie dochodzi. W końcu dostają telefon, że jest możliwość adopcji dziewczynki, około 3 lat, zdrowa fizycznie, rozwój również w normie. Oboje jadą do ośrodka by poznać tę dziewczynkę. Mąż zachwycony, dziewczynka od razu nawiązuje z nim kontakt, jest bardzo łładna, promienna, chętnie interaguje, widać, że spragniona miłości bo ok. 15 minutach zaczyna mówić do niego tato, wspólnie się bawią. Jest taki "feeling". Również żona interaguje z dziewczynką, bawi się z nią, rozmawia. Kiedy wychodzą on jest przkonany że to ich przyszła córka, natomiast żona oświadcza mu że....nie poczuła nic do dziecka, dziecko fajne, ale to wszystko, a tak naprawde, to ona zdała sobie sprawę z tego, że ona nie chce adoptować, zgodziła się tylko dlatego, bo on chciał, ale ona wie, że albo zostanie matką w sposób naturalny albo wogóle.
Oczywiście w małżeństwie kryzys, właściwie cały ich związek zostaje poddany w wątpliwość, facet jest załamany, zarówno "stratą" dziewczynki, którą już oczyma wyobraźni widział jako ich córeczkę, jak i tym, że właściwie nie ma szansy zostać ojcem nawet poprzez adopcję. Oboje obwiniają się nawzajem, każde z nich ma zarzuty dla tej drugiej strony i każde z nich czuje się niezrozumiane.
Według was kto zawinił, że doszło do takiej sytuacji?