Dodaj do ulubionych

Nie dowieziemy jej żywej do szpitala

28.12.20, 22:11
Powiedział lekarz z pogotowia.

Mama (90+) przeszła niedawno zapalenie oskrzeli - przynajmniej tak stwierdziła lekarka z przychodni via teleporada. No bo przecież wizyt domowych nie ma, a mama porusza się ledwo ledwo po
domu, z balkonikiem.
Antybiotyk, potem osłabienie - po antybiotyku to normalne.
No dobrze, pomyślałam. Wezmę mamę na święta, nowy rok i ile będzie trzeba, to ją jakoś podkarmię, podreperuję...

Wigilię przesiedziała przy stole, mówiła że wygodnie jej w wózku inwalidzkim. Około północy poczuła się bardzo śpiąca, położyłam do łóżka, ale źle spała, słyszałam, że kaszle od czasu do czasu.
Przed południem spała spokojnie, nie kaszlała już, więc pomyśleliśmy - nie budzimy, niech się wyśpi. Ale sen się
pogorszył, zaczęła oddychać z trudnością, chrapliwie i okazało się, że dobudzić się nie daje. Posadziliśmy, żeby mogła łatwiej odkrztusić, zmierzyłam saturację - ok 70. Poprzedniego dnia miała 97.
Telefon, pogotowie przyjeżdża po 20 minutach (rzecz się dzieje na mazowieckiej małej wsi).
Karetka wypasiona, pownosili aparaty przeróżne, podłączyli tlen, lekarz wypytał, na co mama się leczy, zajrzał do pudła z lekarstwami.
Saturacja się poprawiła, ale wciąż była nieprzytomna. Podłączali te różne aparaty, jak się potem dowiedziałam, poziom cukru był drastycznie niski, stąd ta śpiączka.
Ekipa zastanawiała się głośno, do którego szpitala powiatowego jechać a lekarz wziął mnie na bok i oznajmił, że mama umiera i nie wie, czy zdążą ją dowieźć do szpitala. I czy ja chcę, żeby ją
zabierali, bo to raczej nic nie da.

Zbaraniałam na moment, bo nie wyobrażałam sobie zostawić mamę w
łóżku w takim stanie, żeby sobie "doszła", walcząc o każdy oddech. Nie jestem zwolenniczką uporczywej terapii za wszelką cenę, ale tu chodziło też o ulgę w cierpieniu, w czym nie umiałabym pomóc.
Powiedziałam, że mają jechać. Spakowali mamę, sprzet i pojechali.
Wszystko to trwało jakieś 30 minut.
Sprawdziłam numery telefonów do najbliższego (ok 15 km) szpitala powiatowego i zastanawiałam się, ile dać czasu na dojazd.
Pamietam te obrazki jak z horroru, gdzie karetki z pacjentami czekają na podjeździe, bo trzeba przeprowadzić test.
W końcu zadzwoniłam na izbę przyjęć i po kilku próbach ktoś odebrał. Miły pan powiedział, że tak, przywieźli mamę do nich, teraz czeka na wynik testu, ale jest na izbie, zajmują się nią lekarz i pielęgniarka. Stan jest ciężki, ale jest zaopiekowana.

Żeby nie przedłużać - przyjęli na wewnętrzny. Następnego dnia lekarz dyżurny powiedział, że jest przytomna, po transfuzji, stan ustabilizowany. Zawieźliśmy do szpitala wodę, coś do ubrania itp
oraz telefon. Oczywiście wejść nie można, przekazuje się w drzwiach. Jeszcze nie zdążyliśmy dojechać do domu, kiedy mama zadzwoniła. Nie bardzo wiedziała co się stało, pytała co z nami,
może myslała, że był jakiś wypadek. Ale potem paplała przez 10 minut, opowiadała co na oddziale, że salowe są z Ukrainy - dwie siostry...

Mają ją wypisać za parę dni, raczej przed pierwszym stycznia.

Mimo pandemii, świąt BN i państwa z dykty służby ratujące życie
spisały się nieźle, prawda?
Obserwuj wątek
    • triss_merigold6 Re: Nie dowieziemy jej żywej do szpitala 28.12.20, 22:19
      lekarz wziął mnie na bok i oznajmił, że mama umiera i nie wie, czy zdążą ją dowieźć do szpitala. I czy ja chcę, żeby ją zabierali, bo to raczej nic nie da.

      przepraszam, ale to typowe dla lekarzy w Polsce, obrzydliwe i wygodnickie zwalanie decyzji i odpowiedzialności na rodzinę
      niedobrze mi się zrobiło
        • triss_merigold6 Re: Nie dowieziemy jej żywej do szpitala 28.12.20, 22:57
          I słusznie Cię trzepie. To lekarz został wykształcony na koszt podatnika i bierze pieniądze za ocenę stanu pacjenta i podjęcie decyzji o zastosowaniu konkretnych procedur, on też odpowiada przed prokuratorem <ach, jakże rzadko, niestety> za błędy w sztuce, zaniedbania i zaniechania.
          Zwalanie na rodzinę decyzji jest qrewsko nieetyczne.
        • turzyca Re: Nie dowieziemy jej żywej do szpitala 29.12.20, 00:10
          Z trzeciej jakby im umarła w karetce, a Ty byś dojechała do szpitala tylko po to, żeby tam wzywać zakład pogrzebowy, to też byś miała żal, że Cię nie ostrzegł, że mama może w ciągu transportu umrzeć.
          Miałam w rodzinie taką tragedię, ciocię przewożono do szpitala po ustabilizowaniu w domu, wujek jechał za karetką, na ogonie, jak dojechali, a to tylko 10 minut drogi, to okazało się, że ciocia nie żyje. Do końca życia nie mógł sobie wybaczyć, że go przy niej w tym momencie nie było, przecież jej obiecał, że jej nie opuści aż do śmierci.

          Część osób panicznie boi się, że bliski im umrze w domu, część woli dom i trzymanie za rękę. Nie da się przewidzieć, jak rodzina woli, trzeba się spytać.
    • alfa36 Re: Nie dowieziemy jej żywej do szpitala 28.12.20, 22:20
      Ufff, dobrze, że tak to się potoczyło. Co Mamie jest/było?
      Bo tak czytałam i pomyślałam o starości, o rodzicach. Moja mama sporo młodsza, ale prawie nie chodzi (zdeformowane kolana), brakło jej/mi odwagi, siły, żeby odpowiednio wcześnie zorganizować operację kolan.
      • wipsania Re: Nie dowieziemy jej żywej do szpitala 28.12.20, 22:41
        Problem z mamą jest taki, że się nie zgadza (nie zgadzała się) na kogoś do opieki na stałe. Przychodziła pani dochodząca trzy razy w tygodniu i jak zdrowie mamie dopisywało, to dawała radę. Ja przyjeżdżałam co tydzień z zakupami i jedzeniem do odgrzania i jakoś to szło. Ale teraz najpierw mama zachorowała i nie miała siły, żeby coś robić i zaraz potem ta pani. Przyjechałam na kilka dni, było lepiej i kazała mi wracać do siebie, szykować dla niej pokój na święta i takie tam. Okazało się, że przez cztery dni mało co jadła, bo nie miała siły sobie zagrzać, ale się nie przyznała. Po prostu była zagłodzona - niski cukier, cholesterol i trójglicerydy. No i hemoglobina fatalna, dlatego miała dwie transfuzje.
        Teraz już nie wróci do siebie zanim nie znajdę kogoś na stałe.
        • turzyca Re: Nie dowieziemy jej żywej do szpitala 29.12.20, 00:00
          A masz zacięcie, żeby umieścić ją na geriatrii? Nie wiem wprawdzie, jakie są geriatrie w Polsce, ale jedna z zaprzyjaźnionych niemieckich babć tak właśnie się zagłodziła, nie była w stanie praktycznie chodzić, wstać z fotela. Po kilku tygodniach na geriatrii zaokrągliła się, ale jednocześnie dzięki rehabilitacji nabrała mięśni, trochę ją rozruszano również intelektualnie, przez następne dwa lata mieszkała sama (z ciepłym obiadem dowożonym codziennie i taką kontrolną wizytą kogoś z rodziny) i sobie śwetnie radziła, aż do dnia śmierci, miała rozległy zawał.
          • wipsania Re: Nie dowieziemy jej żywej do szpitala 29.12.20, 00:11
            Ja też nie wiem, jak jest na geriatrii, ale myślę, że przyjemniej jej jednak będzie we własnym domu z kimś, kto poda jedzenie i przypilnuje, żeby zjadła. Oczywiście pomoże też w innych problemach - mycie, ubieranie. Intelektualnie stymulować nie trzeba, jest naprawdę rozgarnięta, jak na swój wiek. Wiadomo - powtarza kilka razy to samo, zapomina, czasami też myli jej się, które leki wzięła, co może być groźne. Ale dzięki za sugestię, zbadam temat
            • turzyca Re: Nie dowieziemy jej żywej do szpitala 29.12.20, 01:56
              Wiesz, ja też tak myślałam, dopóki nie zobaczyłam efektów, ta codzienna rehabilitacja sporo zmieniła, po prostu dała mięśnie do sprawnego funkcjonowania. I dieta zbilansowana pod potrzeby starszego organizmu też miała wpływ. Tylko w polskich szpitalach wiadomo jak jest z żywieniem, nie wiem, czy geriatria się wyróżnia. Dlatego polecam z wahaniem.
              Może poszukaj rehabilitacji ukierunkowanej na starsze osoby? Ona potrzebuje masy mięśniowej.
      • wipsania Re: Nie dowieziemy jej żywej do szpitala 28.12.20, 23:27
        Może jednak pomyślcie o tej operacji. Moja miała endoprotezę stawu biodrowego w wieku 78 lat - po tym, jak się przewróciła i strzaskała kość. Długo dochodziła do siebie i właściwie nie wróciła do sprawności sprzed, ale pamiętam babeczki w podobnym wieku, które leżały z nią na sali i po planowych operacjach kolan śmigały po dwóch dniach jak nowe.
    • wipsania Re: Nie dowieziemy jej żywej do szpitala 29.12.20, 00:52
      Myślałam o opcji trzymania za rękę, ale raczej w sytuacji, kiedy jest stwierdzona choroba, opanowany ból itp. Tutaj było dynamicznie, nic nie zapowiadało końca ot tak. Mam nie chciała umierać, sama mi to mówiła nawet niedawno "Wiesz, nie mogę jeszcze umrzeć, bo bym ci narobiła kłopotu, tyle załatwiania byś miała...."
      A na poważnie, to wystarczyłoby powiedzieć - jedziemy, albo nie może być za późno. I tyle. Widział przecież, że zachowuję się racjonalnie, nie histeryzuję. Na żadnym ogonie nie jechałam, szpitale są zamknięte.
      Współczuję tragedii z ciocią, ale do mnie nie przemawiają takie "zobowiązania" , że się będzie z kimś w tej ostatniej chwili. Jak to mówią, nie wiadomo komu z brzega. Mąż mojej teściowej był okropnie obrażony, że umarła przed nim, bo przecież on starszy. Co prawda ona zmarła na nowotwór i wiadomo było, że to kwestia czasu, ale doszedł drugi powód do obrazy - podobno obiecała mu, że będzie się nim opiekować z zaświatów, a tu nic, żadnego znaku. Zmarł półtora roku po niej i przez cały ten czas był głęboko zawiedziony, e nie dotrzymała obietnicy (sic!)
    • wipsania Re: Nie dowieziemy jej żywej do szpitala 29.12.20, 12:43
      Update
      Rozmawiałam z lekarką, jest niby ok, ogólna poprawa. Zaproponowali na jutro gastroskopię, bo mówią, że taka niska hemoglobina mogła być spowodowana jakimiś krwawieniami wewnętrznymi. Usg jamy brzusznej nic nie wykazało. Matka ma zdecydować dzisiaj do 15. Nie mogę się dodzwonić, nie odbiera komórki, ale nawet nie wiem, co doradzać. Mama miała kilka razy gastroskopię, kilkanaście lat temu dorobiła się wrzodów żołądka po nadużywaniu leków przeciwbólowych, ale po wyleczeniu już było dobrze.
      Może lepiej zrobić, niż miałaby się wykrwawiać, ale z drugiej strony krwi w kale nie stwierdzono.
      Dzięki dziewczyny za porady i dobre słowa.
    • wipsania Re: Nie dowieziemy jej żywej do szpitala 31.12.20, 23:38
      Wyciągam wątek, żeby donieść, że mieli mamę wypisać dzisiaj, ale nie wyrobili się. Wychodzi jutro, tak - 1 stycznia, ale raczej papierów nie będzie, tylko recepty, a po wypis będę musiała pojechać w poniedziałek.
      Była zrobiona gastroskopia, znaleźli mały, owrzodzony polip w żołądku, może to on nabroił. Pobrano wycinek, ale wynik za 3 tygodnie. Na razie będzie u nas, ale jest umówiona pani na stałe, za kilkanaście dni. Czeka mnie ciężka rozmowa - po co mi ktoś, przecież sobie poradzę. A nawet nie ma siły utrzymać kubka w dłoni.
      Lepszego Nowego Roku wszystkim!
    • kiddy Re: Nie dowieziemy jej żywej do szpitala 01.01.21, 00:35
      Nie wiem, czy tak dobrze się to państwo spisuje. Teść od 10 dni ma koronawirusa. Od trzech dni saturacja 90-91%, a lekarz rodzinny i ratownicy medyczni nie uznali tego za objaw specjalnie groźny. Rodzinny dał kolejny antybiotyk, pogotowie namówiło teścia, żeby nie jechał do szpitala. Dzisiaj nie chciał jeść, czuje się gorzej. Jutro pewnie skończy się karetką i szpitalem.
      • wipsania Re: Nie dowieziemy jej żywej do szpitala 01.01.21, 01:02
        Kiddy, ja wcale nie pisałam, że państwo dobrze się spisuje - napisałam, że z jest dykty a właściwie pierza i guana. Pochwaliłam tylko w pierwszym poście służby ratunkowe w sensie, że pogotowie przyjechało w mniej niż pół godziny zamiast trzech, a w szpitalu zajęli się od razu, zamiast kazać kilka godzin kiblować w karetce na podjeździe, Później nie rozpisywałam sie o rzeczywistości szpitalnej, bo to raczej wszyscy wiedzą.
        Nie wolno wejść do szpitala, nie można zająć się chorym - nakarmić, podać coś do picia, no w ogóle.
        Mama skarżyła się, że lekarze mało komunikatywni, pielęgniarki obcesowe... Przez całą niedzielę w dyzurce pielęgniarek była odłożona słuchawka - niemożliwe, żeby ktoś gadał przez cały dzień.

        Życzę zdrowia teściowi i żeby mu się poprawiło jak najszybciej, bez szpitala. Ja osobiście przy takiej saturacji też bym nie naciskała jeszcze. Trzymajcie się

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka