Dodaj do ulubionych

Konkurs na najbardziej "odjechane" przydasie.

04.03.21, 19:01
W propos wątku o zbieractwie, które w zasadzie zbieractwem nie jest, tylko właśnie niechęcią do pozbywania się rzeczy, które kiedyś mogą się przydać.

Moja kuzynka warszawianka wyszła za mąż za chłopaka ze starej warszawskiej rodziny, zamieszkali z teściami w starej, pięknej kamienicy, w mieszkaniu pięknymi meblami, cudem ocalałymi z Powstania. Czysto, porządek.
Nikt by się nie domyślił, że z teściami jest coś nie OK.

Kuzynka, dowiedziawszy się, że do mieszkania przynależy duża piwnica, zawalona rzeczami, ofiarowała się, że razem z młodym mężem tę piwnicę wysprzątają.
Teściowie niespodziewanie nie wyrazili zgody, " bo tam są pamiątki, sami się tym zajmiemy".
Nie, to nie, jeszcze lepiej.

Mijały lata, teściowie nie palili się do porządków w piwnicy, potem po kolei zmarli.
Wtedy kuzynka zaproponowała mężowi, żeby wreszcie wysprzątali piwnicę.
Ale mąż niespodziewanie nie wyraził zgody, "bo tam są pamiątki po rodzicach, kiedyś się tym zajmę".
Bo trochę leniwy on był.

Mijały lata, mąż się trochę postarzał, i nagle umarł.
Kuzynka z zadziwiającym brakiem sentymentu (mimo gorącej miłości do męża) szybko pozbyła się jego rzeczy i zbiorów kolekcjonerskich.
Przyszedł czas na piwnicę.
Zabrali się do tego z synem, już dorosłym.

I wiecie, co tam było?
Węgiel, chyba ze 2 tony!
I koza!
(Jakby ktoś nie wiedział, koza to taki żelazny piecyk).

Teściowa przeżyła okupację w Warszawie, z malutkim dzieckiem, więc zrozumiałe, że bardzo bała się zimna.

PS. Kuzynka węgiel i kozę sprzedała.
Kilka miesięcy później przyszła pandemia, lockdown, i wielki strach.
Kuzynka się przeraziła, i zaczęła żałować, że się kozy i węgla pozbyła...
Obserwuj wątek