Dodaj do ulubionych

problemy naukowe z dorosłym dzieckiem (długie)

11.05.21, 14:09
Od jakiegoś czasu przeżywam ciągłe konflikty z moim dzieckiem, przy czym moja pierwsza reakcja jest niezmiennie taka sama, a potem przeżywam falę refleksji na gruncie której żałuję swojej pierwszej reakcji. Już nie wiem, co mam o tym wszystkim myśleć.

Problem wynika najprawdopodobniej z moich zaniedbań na wcześniejszym etapie, tj. mój syn dostał się (sam się o to starał) do dobrego liceum, w którym szło mu tak sobie. Teraz zdaje matury (z różnych przedmiotów) i ma ambicję pójść na dobre studia (najlepiej na dobrą państwową uczelnię). Za naukę do matury wziął się trochę późno, a ja nie robiłam mu w porę karczemnych awantur o to, że powinien się więcej uczyć (na etapie liceum i na etapie matury). Niestety mam chyba przykre reakcje, bo najpierw syn w niedzielę mówi, że potrzebuje odprężenia i wychodzi na 6 godzin, a potem w poniedziałek z 15 zadań nie wystarczyło mu czasu na rozwiązanie 4 i (przy założeniu, że te 11 napisał poprawnie) uzyska siedemdziesiąt parę procent. Wtedy ja mu wypominam, że mógł nie wychodzić w niedzielę, tylko się uczyć, wtedy następuje przykra wymiana zdań, itp.

Potem ogarniają mnie refleksje, że to wszystko jest niewczesne, że niestety nie potrafi się uczyć tak wielu godzin, ile by należało, aby poszło mu lepiej, stąd robi sobie w nauce przerwy na wyjście na rower itp. i to już wówczas, gdy wiadomo, że powinien nadrabiać zaległości i że niestety sama do tego dopuściłam, bo o wytrwałość w nauce należało się martwić na wcześniejszych etapach edukacji, a teraz jest to dorosły człowiek i on nie rozumie, że chcę dla niego jak najlepiej.
Z drugiej strony ogarniają mnie refleksje, że niezależnie od tego, że niestety jest jak jest, nie należy słuchać spokojnie bez komentarza, jak oczywiście winą, że nie starczyło mu czasu na rozwiązanie wszystkich zadań jest to, że zaświadczenie o dysleksji nie działa na maturze z matmy i w ogóle często padają takie stwierdzenia, które mnie denerwują, np. "nie da się nauczyć wszystkiego".
U podstaw tego wszystkiego leżą moje obawy, że mimo, że wystarcza mu zdolności, to nie dostanie się i nie skończy kierunku/uczelni, które mu zapewnią dobrą stopę życiową i że będzie mu ciężko w życiu, co do niego dotrze np. za 10-15 lat, a wtedy będzie już za późno na zmiany.

Generalnie pytanie jest takie, czy - mimo, że wywołuje to konflikty i nie czuję się z tym dobrze - handryczyć się z nim o czas poświęcony na naukę, czy machnąć ręką. Mogłabym łatwo machnąć ręką, gdyby dziecię na własnej skórze odczuwało skutki swoich decyzji. Ja u niego nie widzę świadomości, że jak nie zda na tę uczelnię, tylko na gorszą, to jego perspektywy i możliwości się zmienią. To jest raczej korygowanie własnych celów w zależności od osiągnięć. Z własnego doświadczenia wiem, że nic tak nie motywuje do wysiłku (w tym nauki) jak natychmiastowe i bezpośrednie odczucie konsekwencji własnych zaniechań. Wtedy z przeświadczenia, że "nie da się inaczej" nagle w cudowny sposób wiele rzeczy okazuje się możliwe. Sęk w tym, że żeby dziecię odczuło skutki własnych decyzji teraz, a nie za 15 lat, to musiałabym mu wystawić walizki za drzwi (do czego nie czuję się zdolna), a i tak nie wiadomo, czy nie podejmie wtedy decyzji, że zostanie np. taksówkarzem lub kelnerem i też wyciągnie te 150% średniej krajowej, więc o co chodzi?
Obserwuj wątek

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka