Dodaj do ulubionych

Wzajemna nienawiść (b. smutne)

06.07.21, 13:22
Ostrzegam - historia jest naprawdę smutna, bez happy endu. Po prostu chcę się tym podzielić, gdzieś publicznie wygadać. Małżeństwo z 8-letnim stażem, oboje trochę po czterdziestce, syn w wieku 6 lat. Nie wiadomo do końca czemu się pobrali i czemu byli w związku. Ewidentnie do siebie nie pasują. Najpierw on. Po roku od ślubu stracił pracę w korpo. Redukcja etatów. Nie mógł przez pół roku znaleźć drugą lub oferowali mu stawki poniżej 3 tys. netto (wcześniej zarabiał 2,5 raza tyle). Wpadł w depresję, był na lekach, psychoterapia. Żona go nie wspierała, przeciwnie, docinała, że jest nieudacznikiem, że inaczej sobie to wyobrażała, że jest dla niej ciężarem i że lepiej by było, gdy odszedł od nich. W międzyczasie nawiązała romans z kolegą w pracy. Planowała rozwód i namawiała męża do szybkiego załatwienia sprawy. On się mimo wszystko podźwignął. Leki i terapia zadziałały. Po półtora roku znalazł nową dobrą pracę, ogarnął się, zaczął bardziej dbać o siebie, odżywianie, sport itp. Na rozwód się nie zgodził. Żona zakończyła relację z kolegą z pracy, ale w domu atmosfera nadal była napięta. W zasadzie żyli obok siebie. I tak przez prawie dwa lata. Któregoś dnia ona zasłabła w pracy, pogotowie, diagnostyka, zaawansowany nowotwór rozsiany jamy brzusznej. Rokowania bardzo złe. Szybka ścieżka onkologiczna, chemia, próba operacji (nieskuteczna). W tym czasie on jej wielokrotnie daje jasno odczuć, że bardzo się cieszy z tego stanu rzeczy, że chciałby, aby już umarła (np. powiedział jej, że rozwód nie ma teraz żadnego sensu, bo i tak za maksymalnie parę miesięcy ona umrze, więc po co komplikować sprawy dziedziczenia, koszty itp. oraz narażać dziecko na dodatkowy stres). I faktycznie widać po nim wściekłą satysfakcję, że spotkało ją to, co spotkało. Całkiem jawnie układa już sobie życie po jej odejściu, np. planuje remont, wypełniał kwestionariusz biura matrymonialnego wpisując „wdowiec”. W tym wszystkim jest jeszcze dziecko, które w zasadzie od zawsze żyje wśród tej nienawiści rodziców. Ojciec mówi synowi, że mama jest bardzo chora, ale niedługo będzie miał już nową mamę i wszystko będzie o wiele lepiej niż do tej pory. Czemu to opisuję? Pomagałam im od początku z dzieckiem, jestem jej siostrą przyrodnią. Nie usprawiedliwiam jej zachowania wcześniej (wiem, że miała ciężki charakter), nie usprawiedliwiam jego. Wczoraj ona odeszła. Jesteśmy w trakcie formalności. Jest mi koszmarnie smutno. Nie tylko przede wszystkim ze względu na dziecko, ale na nich oboje, teraz już tylko na niego. A to wszystko przecież wykształceni ludzi z dobrych, inteligenckich rodzin. Przepraszam, chciałam to z siebie wyrzucić. Jak straszna między nimi musiała być nienawiść od samego początku. Czemu ludzie skazują sami siebie dobrowolnie na bycie ze sobą, gdy tak bardzo się nienawidzą?
Obserwuj wątek