Dodaj do ulubionych

Awantura o samochód - wątek wyżalny.

21.07.21, 14:08
Jeżdżę starym samochodem, 16 letnią renóweczką. Jestem do niej bardzo przywiązana, jest mała, oszczędna, wciśnie się wszędzie, na gaz (ale obciach), nie psuje się. Wystarczą przeglądy raz na jakiś czas, u wiejskiego mechanika - płacę grosze. Jeżdżę nią z synem, z tyłu zazwyczaj siedzi psisko, a jak na wakacje to z tyłu bagaże. Na rodzinne wakacje jeździmy w dwa samochody - wielkim samochodem męża jadą bagaże. Zarabiam bardzo dobrze, mam swoją działalność, bez problemu mogłabym kupić sobie nowy, wypasiony samochód. Ale nie widzę takiej potrzeby. Nowy samochód zaraz traci na wartości, serwisy, paliwo - wszystko kosztuje. Mąż ma nowy i żałuje. A ja jestem zadowolona - byłam teraz renią w Bieszczadach i dała radę. Bieszczadzkie pętle zaliczone bez specjalnego kłopotu. Ale do czego zmierzam: moja mamunia za każdym razem, kiedy do niej podjeżdżam - a to z zakupami, a to zawieźć ją do lekarza- prosi, żebym parkowała z drugiej strony ulicy, bo jej wstyd przed sąsiadami. Że córka takim złomem jeździ. Dobra, jej wybór, parkowałam z drugiej strony, chociaż tam ciężko o miejsce. Wsiada tak szybko, że mało się nie zabije, prosi o szybki odjazd, bo jeszcze ktoś znajomy ją zobaczy. Za tydzień rodzicielka wybiera się do sanatorium. Psiapsióły matki jadą pociągiem, ja zaoferowałam się zawieźć ją na miejsce. I wczoraj odbieram telefon od matki - mam ją zawieźć samochodem męża. Tłumaczę, że mężowi samochód potrzebny, pracuje. No to jak tak, to albo wykombinuję lepszy samochód, pożyczę albo co, albo ona nie jedzie. Bo jej wstyd będzie przed koleżankami. Poza tym mam się ubrać elegancko, uczesać a najlepiej to iść do fryzjera, żeby jak człowiek wyglądać, a nie w koszulce i dżinsach z włosami w kucyk. No i wreszcie szlag mnie trafił. Naprawdę, staram się być w stosunku do matki miła, chociaż zafundowała mnie i siostrze koszmarne dzieciństwo, nigdy nie mogłam na nią liczyć, nigdy w życiu w niczym mi nie pomogła. Jest okropną, toksyczną osobą, rodzina jej nie znosi, wszyscy są według niej źli, niedobrzy, głupi i brzydcy. Przez 13 lat widziała swojego (JEDYNEGO!) wnuka może kilka razy, zawsze się do czegoś dowalając. Mieszka sama, w centrum Warszawy, po sprzedaży domu, który był dla niej za duży. Jest zdrowa jak koń, bardzo energiczna, ma mnóstwo znajomych, bo potrafi doskonale się maskować, ma pieniądze. Generalnie daje radę. Ale ja uważam, że mam obowiązek pomagać jej, kiedy tego potrzebuje. Na wspomniany wyżej wyjazd kupiłam jej walizkę, bo żaliła się, że nie może dostać ładnej, jakieś drobiazgi, zaoferowałam podwózkę i odwózkę. No i powiedziałam jej, że albo jedzie moim starym samochodem, albo niech jedzie pociągiem albo wcale. Mam to wreszcie gdzieś. Na to ona, że jak nie mam pieniędzy, to ona mi pożyczy. Na procent. Na to ja, że w ciągu tygodnia samochodu nie kupię, a poza tym nie mam takiej potrzeby. I tyle. Na to ona, że w takim razie się zastanowi i strzeliła focha. Dziś telefonu nie odbiera. Naprawdę, historia może wydać się Wam nieprawdopodobna, ale jest prawdziwa. Takie mam żyćko z moją rodzicielką od lat, jakbym opisała niektóre sytuacje z życia, na przykład jak zrobiła awanturę na moim weselu a potem uciekła (do wesela grosza nie dołożyła, złamanego kwiatka od niej nie dostałam, chociaż bardzo ją stać) to zostałabym dyżurnym trollem forum. Przepraszam, musiałam się wyżalić.
Obserwuj wątek

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka