Dodaj do ulubionych

Pierwsza randka zrujnowana ulewą - opinie?

09.08.21, 23:24
Proszę o głosy, gdzie tu został popełniony błąd, co można było zrobić inaczej i jak się teraz zachować.

Pierwsza randka. Trzeba było przesunąć, bo ulewa stulecia. Tak bardzo leje, że nie widać domów po drugiej stronie ulicy. Gdy kobieta chce napisać, że jednak będzie lepiej jutro albo pojutrze, on daje znać, że już jedzie taksówką (z daleka, bo spod miasta). Chcąc nie chcąc, kobieta zakłada więc kalosze i idzie 300 m do umówionej knajpki (totalnie po drodze moknąć mimo parasola). W knajpce dość sympatycznie, wrażenie dobre. Z powodu pogody i awarii prądu obsługa jednak szybko ogłasza, że zamykają wcześniej i trzeba iść. Randkowicze wchodzą pod parasol i w gigantycznej ulewie lecą do innej knajpy, która okazuje się też zamknięta. Stoją w bramie i nie wiedzą co zrobić. Dojście do kolejnej knajpy bez przemoczenia się do majtek nierealne, więc zapada decyzja, że pani do domu (parę domów dalej) pan taxi i też do domu. I tutaj zonk, bo ani uber, ani bolt ani absolutnie żadna korporacja nie przyjmuje zgłoszeń, a jak już ktoś gdzieś odbiera, to nie wybiorą się pod miasto, bo nawet w mieście ulice są zalane, a co dopiero pod. Jest już po 22, więc nie ma szans na autobusy czy tramwaje, nawet we względne pobliże domu pana. Pani stoi więc z Panem zmarznięta w bramie i może:
1. iść do domu i pana zostawić, wiedząc, że chyba zostanie mu wynajęcie hotelu,
2. czekać z nim na cud w postaci jakiejś litościwej taxi,
3. odwieźć go swoim samochodem,.
Pani najpierw wybiera 2 i stoi tak z 20 minut dzwoniąc razem z panem, ale w końcu irytuje się i decyduje jechać. Pan bardzo się cieszy, wiadomo. Sam tego wcześniej nie proponował, ale rozmawiali o tym, że pani w ulewie jeździć nienawidzi, boi się i autko też nie jest pewne na 100 proc, bo przed przeglądem, a coś tam piszczy.

I teraz: jadą do niego 30 min, momentami prawie po podwozie w wodzie, bez oświetlenia na tej wsi. Pan cała drogę radośnie szczebiocze, pani w ekstremalnym stresie. Pan wysiada pod domem, dziękuje i każe się pani odezwać, jak ta dojedzie do siebie. Pani wraca 40 minut, ledwo żywa ze strachu, bo jest jedynym autem na tym zadupiu, pada jej komórka (już w mieście na szczęście) i gdy wreszcie dojeżdża do domu i podłącza się do ładowania, widzi kilka połączeń od pana. Pisze więc, że jest już w domu.
Pan nie odczytuje, odpisuje dopiero następnego dnia rano.
Dziękuje za podwózkę i docenia, że się pani "chciało" go uratować.

Pani po przemyśleniu (i odczekaniu pierwszego wkurwa) pisze, że to, ze go wiozła taki kawał, to jej decyzja, nie ma żalu, ale że on poszedł spać nie wiedząc, co się z nią dzieje, to draństwo, brak elementarnego wychowania i totalna dyskwalifikacja. Pan się dopiero wtedy zaczyna kajać - niby wziął prysznic, usiadł z lapkiem, dzwonił kilka razy, ale w końcu zasnął z wyczerpania i stresu i spędził noc na kanapie. I że prosi, żeby go nie przekreślać.


Pani postanawia nie być zołzą i daje szansę. Drugie spotkanie po kilku dniach - bardzo standardowe, jakaś kolacja, wino, pan zapraszał. Po kolacji pani się żegna i idzie do domu.
Pan chętny na trzecie spotkanie, pani - w ogóle nie. Mimo poprawnego drugiego spotkania. Coś ją jednak gryzie, coś dla niej zostało niedokończone, złe wrażenie nie zostało w żaden sposób zmazane. Czy słusznie czuje się źle z tą sytuacją?

Co Wy byście zrobiły na jej miejscu pierwszego dnia (odwiozły? zostawiły?) i czego spodziewały się po panu w takiej sytuacji?
Obserwuj wątek