Dodaj do ulubionych

Czy to tak powinno wyglądać? (szpital) - długie...

27.08.21, 07:01
Przepraszam, że jestem monotematyczna, ale jestem w sytuacji, gdzie myśli krążą głównie wokół jednego tematu.
Ostatnie dni były ( nadal są) dla mnie wyczerpjące, zarówno fizycznie, jak i psychicznie. O ile fizycznie lekko się "ogarnęłam", o tyle psychicznie to średniawo jest...
Zaczęłam trochę myśleć i analizowac sytuację (bezsenna noc uncertain. Tak bardziej logicznie, bo do tej pory, ze wzgledu na nawał zdarzeń, analize odsuwałam na bok.
I teraz tak:
Zastanawiam się, czy szpital postąpił prawidłowo. Zarys sytuacji w punktach:

1.We wtorek rano mąż trafił ze złamaniem kości udowej do szpitala.
2. Jak się dowiedziałam (zadzwonili ze szpitala, żeby zrobic wywiad zdrowotny), do którego szpitala trafił - pojechałam tam. Widziałam sie z mężem, który zeznał, ze będzie miał miec operację prawdopodobnie po południu. Leżał z noga na wyciągu (przyśrubowana)
3. Rozmawiałam z lekarzem internistą wezwanym na konsultacje - względy chorób towarzyszących (ortopeda prowadzący był niedostępny - operował). Internista powiedział, że złamanie niewieloodłamowe, ale coś sie nie podoba lekarzom w stawach i prawdopodobnie będzie tomografia.
4.Sroda - byłam w kontakcie telefonicznym z mężem. Powiedział, że prawdopodobnie po południu będzie operacja. Wieczorem zadzwonił i powiedział , że już po. Tylko tyle, bo był jeszcze średnio przytomny i nie chciałam go męczyć.
5. Czwartek - straciłam kontakt telefoniczny z mężem. Dzwoniłam do pielegniarek (nie dodzwoniłam sie do lekarzy, no ale wiadomo jak trudno jest złalpac lekarza telefonicznie, przedpołudniem...). Dowedziałam się, że "szalał w nocy" i dostał środki uspokajające oraz znowu został unieruchomiony w łóżku.
Pojechałam do szpitala - nie wpuscili mnie na oddział. Jena pielęgniarka mówiła, że nie ma odwiedzin, druga - ze już sa max. 15 min. Nie mogły sie dogadac i nie weszłam. Widziąłm się z lekarzem za to. Który powiedział, że operacja przebiegła pomyślnie, w nocy mąż uysiłował wstawać więc go (moje słowa) "spacyfikowali: No i że będa toczyć mu zaraz krew. O krew nie dopytałam, bo w jednym zdaniu powiedział, że jutro (w piątek) wypis i mam go odebrac.. Zabił mnie tym i moje myśli skupiły sie na organizowaniu transportu/ Oczywiście nie było mowy o transporcie karetką, czy co...
Jedyne co usaliłam, to, że odbiore męża po południu - bo nie mam innej możliwości. Powiedział, że nie ma sprawy - moge nawet wieczorem.
5. w piątek rano nadal brak kontaktu z męzem, dzwoniłam do pielegniarek, które mi powiedział, że już nie dostał srodków uspokajających i że jedna z nich nakarmiła go na śniadanie.
6 Ok 16:30 byłam w szpitalu. Wpuścili mnie bo przywiozłam ubranie do transportu musiałam zabrać inne rzeczy. Wypis leżal na stoliku. Mąż był mocno otumaniony. Pielegniarka (?) i salowa przygpotowały męża - odpięcie od cewnika, wyciągu, ubranie - tyle zdążyłam zauważyć, bo miałam czekac na zewnątrz.
Próbowałm złapac lekarza - był tylko dyżurny - chwilowo niedostępny. Jakimś cudem udało sie mi go ściągnąc - uzyskałam informację, że wszystko Ok.
6. Przetransportowaliśmy z kolegą męża do domu. I zostałam z nim do wtorku, do momentu ponownego wezwania karetki, ze względu na osłabienie i utracenie logicznego kontaktu.

Wcześniej przeczytałam wypis, w którym niepokoiły mnie słabe wyniki krwi - np niska hemoglobina. Nic nie było w wypisie o "toczeniu krwi" Za to opisany stan był jako ogólnie dobry, z niewielkim bólem i ciągnieciem operowanej nogi.
Mąż uskarzal si ena ból - a on raczej z tych odpornych, więc naprawdę musiała go ta noga boleć. Dodatkowo - kolano zaczęło lecieć do wewnątrz. Obawiając się o to, dzwoniłam do szpitala w którym był operowany i uzyskałam informacje od lekarza, który wystawiał mi zwolnienie (n=inny, nie prowadzący, ale i tak cud, że się dodzwoniłam!), że to lecenie kolana, to prawopodobnie mózg wyłączył mięśnie z bólu...

We wtorek - (w poniedziałek było super - mąż sie nawet spionizował na króciutką chwilę)
We wtorek - załamanie i ponownie szpital - inny.

z tego co wiem:
niedokrwistość
kliniczne objawy zatoru płucnego
niedotlenienie.
Wczoraj nie miałam kontaktu z lekarką (nie udało mi sie jej złapać. Tylko telefon, do szpitala zakaz wstępu). Miał wczoraj tomografie pod kątem zatoru (miał). Do południa miałam kontakt z mężem (nie do końca podobał mi sie,: sposób mówienia ) potem sie urwał sad
W kazdym razie, lekarka prowadząca, w rozmowie w środę powiedział, że niedokrwistość spowodowana ogromną utratą krwi podczas operacji i w pierwszym szpitalu miał podawaną krew. Nie wiem skąd wie - bo nie znalazłam tek informacji na wypisie - ale może ona odczytała to z wyników badań.Albo sie kontaktowała z pierwszym szpitalem?

Kuźwa, nic nie wiem. Właściwie to zaraz zacznę wisiec na telefonie by dorwac lekarkę prowadząćą - bo w sumie, to co dyżurny mi powie...

Ale moje pytanie jest taki:
Czy z tego pierwszego szpitala nie wypisali męża za wcześnie? Czy po prostu pozbyli sie kłpotliwego pacjenta? Czy podając mu krew dzień wcześniej, niecałe dni po operacji, mąjąć słabe wyniki krwi, wiedząc, że częstym powikłaniem jest zator płucny nie powinni go poobserwować? Lub przewieźć do innego, wielospecjalistyczneho szpitala - jezeli obawiali się o brak możliwości we własnym szpitalu (o specjalizacji ortopedycznej)
Tak - jest kłopotliwy - jest po resekcji jelita grubego, co wiąże się z częstym wypróżnianiem.
Z relacji męża wynika, że wołał o basen w nocy - nie miał dostepu do dzwonka) oraz nie mógł siegnąć po kaczkę - stała na krześle za daleko odsuniętym od łóżka. I to było jego szaleństwo.
Z drugiej strony, wiem, że miał jakieś majaki - więc do wszelkich relacji podchodze ostrożnie. Zarówno z jednaj, jak i z drugiej strony. Pewnie prawdy nie poznam nigdy.

Takie myśli tłuką mi sie po głowie...



Obserwuj wątek

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka