Dodaj do ulubionych

Mieszkanie - kupić czy nie. Walka serca i rozumu

18.09.21, 12:03
Będzie trochę przydługo, ale mam nadzieję, ze wytrwacie do końca…

Mam koszmarny dylemat dot ew zmiany mieszkania. Taki, że budzę się w nocy z kołaczącym sercem. Ale najpierw wprowadzenie.

Jestem 40+, syn 12 lat. Mieszkamy sami. To mieszkanie (nazwijmy je A), kupili mi rodzice, gdy po rozwodzie, z półrocznym dzieckiem na ręce wróciłam w rodzinne strony. To jedyne mieszkanie, poza domem rodzinnym, o którym czułam, ze to DOM.
Gdy syn miał 5 lat, poznałam kogoś. Zamieszkaliśmy razem u niego, w jego mieszkaniu. Fajnym, dużym. Ale nigdy się tam jakoś super nie czułam, choć było ok. Mieszkanie A wówczas wynajmowałam. Po 4 latach powiedział mi „wiesz, już cię nie kocham”. Rozstaliśmy się, w sumie bez traum. Wyremontowałam z grubsza mieszkanie A i z synem wróciliśmy do siebie. Od 3 lat znów mieszkamy tutaj w mieszkaniu A.

Obije je uwielbiamy, lokalizacyjnie bajka. Ma tylko jedną wadę: robi się nieco za małe (49 m2), a właściwie to chodzi o pokój syna. Nawet nie, że mały (ok 9 m2), ale ma fatalny kształt: 202 cm na 435 cm. Wagon kolejowy, długa wąska kicha. Choć syn nie narzeka, ale ja widzę, że nawet trudno tam posprzątać. Syn uwielbia lego i sporo budowli stoi na wierzchu. Jak przyjdzie jakiś kolega to raczej bawią się w salonie, bo u Młodego za mało miejsca. Pokój urządzany przy pomocy architekta wnętrz, ale z takiej kichy to nawet architekt cudu nie zrobi.

I teraz: miesiąc temu zupełnie przez przypadek wyhaczyłam ogłoszenie o sprzedaży mieszkania…. W tym samym bloku!!! Nazwijmy je mieszkanie B. Mieszkanie 63 m2, na 1 piętrze, 3 pokoje, garderoba, osobna kuchnia, łazienka z wanną (2 ostatnie elementy są dla mnie absolutną koniecznością – prysznic i salon z aneksem to opcje po moim trupie). Ewentualny pokój syna piękny, słoneczny, z balkonem, 4 x 4,5 m2. Mieszkanie nie wymaga nakładów, czyli wystarczy przemalować ściany i wnieść meble. Cena bardzo ok. Obejrzałam i zaczęły się wątpliwości…. Kupić…nie kupić…kupić…nie kupic…

Na kupno mnie stać. Tzn wkład własny pomoże mi ogarnąć (bezzwrotnie) rodzina (jestem nauczycielką, samotną matką… aż takich oszczędności nie mam), a resztę kredytu spłaciłabym z wynajmu mieszkania A oraz drugiego mieszkania po babci, które już od dawna wynajmuję. Czyli kredyt nie obniży mi standardu życia. (Na teraz rata kredytu wynosiłaby ok 50% tego, co będę miała z wynajmu dwóch mieszkań, więc mogę nadpłacać)

Czyli… rozum mówi kupić i się przeprowadzać. A w mieszkaniu A trzymają nas chyba emocje. Bo z kwestii realnych to mieszkanie A przewagę nad mieszkaniem B ma tylko jedną: jest na 6 piętrze i ma piękny widok z okna (w salonie, kuchni i jadalni – u syna w pokoju już fatalnie: widok na dach kamienic). Z tym, że w mieszkaniu B też nie jest że: za oknem zielono, widok na drzewa, mieszkanie na 1 piętrze. Ponadto mieszkanie a zaczyna wymagać remontu: gdy tu wróciliśmy 3 lata temu zrobiłam pokoje (to była wyższa konieczność), na łazienkę i kuchnię nie było mnie stać. Teraz natomiast coraz bardziej widzę, ze i kuchnia i łazienka zaczynają wołać o remont. Dramatu nie ma, ale kuchnia i łazienka mają po naście lat.

Ale emocje trzepią mi mózg: mieszkanie A to nasz ukochany dom, tu się Młody wychował, to jego dzieciństwo, tu jesteśmy u siebie. No i ile razy można się przeprowadzać… Boję się, że się przeprowadzimy i będziemy tęsknić za naszym szóstym piętrem, ze na dole w mieszakniu A nie będziemy czuć się u siebie.

Czekam na decyzję kredytową z banku… I zaczynam się modlić, żebym nie dostała kredytu, to problem sam się rozwiąże.

Boję się, że cokolwiek zrobię, to będę tego żałowała… Widzę, że syn ma podobne wątpliwości, w ogóle odziedziczył po mnie tę męczącą cechę, ze trudno mu podejmować decyzje. Oczywiście ja wiem, że to ja jestem ta jestem dorosła i to ja podejmę decyzję o ew przeprowadzce, a Młody to mój syn a nie partner i nie mogę na niego zwalać decyzyjności. Ale powiedzmy, ze pytam go o zdanie i je szanuję. Rozmawiamy o tym nowym mieszkaniu i też widzę, że on ma takie same rozterki jak ja (choć ostatnio mi powiedział „wiesz mamo, jakby Henry Ford się bał, to by nie wymyślił samochodu”).

Kupno tego mieszkania tak naprawdę doprowadziłoby też do sytuacji, ze na stare lata miałbym komfortowa sytuaję: jedno mieszkanie dla mnie, drugie dla syna, trzecie jako zabezpieczenie emerytalne.

Ech…. Osiołkowi w żłoby dano… Wiem, ze to problemy pierwszego świata i ktoś kto wynajmuje bo go nie stać na żaden kredyt na żadne mieszkanie, zabiłby mnie śmiechem. Ale mnie naprawdę nie jest do śmiechu……………

Wiem, ze nikt (no, może poza bankiem wink ) decyzji za mnie nie podejmie. Ale kurła naparwdę nie wiem, co mam zrobić.
Obserwuj wątek

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka