Dodaj do ulubionych

Do tych, ktore mowią: to niczego nie zmieni

26.10.21, 09:50
Jesli wyrzygam im (doroslym) swoj punkt widzenia i odczuwania w dzieciństwie
Zmieni. Zmieni jesli okreslicie ten punkt widzenia beznamiętnie i stanowczo, bez żebrania o zrozumienie/ przyznanie sie do bledu. Po prostu.
Zmieni sie uklad sil w rodzinie, a to, imo, jest jakas rekompensata za spieprzone dziecinstwo.
Obserwuj wątek
      • arthwen Re: Do tych, ktore mowią: to niczego nie zmieni 26.10.21, 11:52
        W taki, że często te osoby wypierają to co zrobiły. Uważają, że nic się nie stało, nikt nie pamięta, nikt tego nie brał do siebie.
        Uświadomienie im, że ty to pamiętasz i tak to odbierałaś może być (nie musi, nie zawsze zadziała) impulsem, który te relacje trochę wyprostuje. Albo i nie, ale na pewno uświadomi, że inni mają świadomość tego jak było i nie da się tego pominąć milczeniem i uznać za niebyłe.
      • 152kk Re: Do tych, ktore mowią: to niczego nie zmieni 26.10.21, 12:05
        Hmm, to zależy. Jeśli ktoś ma wywalone co myślą jego krewni - to nic nie zmieni. Ale jednak wiele osób nie ma wywalone i potrzebuje różne rzeczy wyjaśniać metodą przez otwór gębowy (a nie tylko przez domyślanie się). Oczywiście metoda przez otwór gębowy nie zawsze działa - bo często bywa - że gadał dziad do obrazu. Ale jednak zdarzają się przypadki, że działa - tj. do drugiej strony dociera, co pierwsza mówi - ergo: co myśli. Najlepiej jeśli obie strony są otwarte, ale i w przypadku zamkniętych bywa, że dociera z czasem (o ile mimo wszystko jest w tym związku miłość, życzliwość). Takie rozmowy mogą wbrew pozorom dużo zmienić - tj. nie zmienią przeszłości, ale wpływają na teraźniejszość i przyszłość.
        Przykład: jeśli powiem matce, która mnie zaniedbywała (zwykle nie z powodu nienawiści do mnie tylko trudów życia, nieświadomości itp.) i z którą mam bardzo trudną więź, żeby nie liczyła na osobistą opiekę na starość - to mamy kilka opcji: 1. matka uda, że nie słyszy, 2. matka usłyszy i się obrazi i dalej będzie oczekiwać tego, czego na pewno nie zrobię (i co jej próbowałam uświadomić), 3. matka usłyszy, obrazi się, ale zrozumie i pogodzi się z tym, co będzie, 4. matka usłyszy, zrozumie i ułożymy sobie relacje na nowo - tj. ja dam wsparcie jakie dam radę np. finansowe, a matka - zaakceptuje, że na nic więcej liczyć nie może. No zdaję sobie sprawę, że opcja 3 jest mało prawdopodobna, a 4 - prawie nierealna, ale jednak czasami się zdarza.
        Podobnie w mniej skrajnych sytuacjach - np. gdy rodzice robili błędy wychowawcze, których my nie chcemy powielać albo próbują nam wmówić, że powinniśmy powielić ich wybory życiowe (które nam akurat nie pasują). Wtedy czasami wystarczy powiedzieć, jakie mankamenty widzimy w ich podejściu, radach, jakie negatywne skutki miało ich działanie. Wtedy ten "najmądrzejszy" rodzin zaczyna czasami widzieć, że pouczane "dziecko" wcale nie jest takie głupie i ma prawo do własnych decyzji/wyborów. W mojej rodzinie to działa (chociaż oczywiście nie od razu i takie rozmowy są trudne i gorzkie, ale moim zdaniem potrzebne).
        Czasami nawet jak druga strona nie chce słuchać - to kropla drąży skałę. A nawet jeśli nie - to warto próbować - dla samych siebie, żeby wiedzieć, że zrobiło się wszystko co się dało żeby relacje, jeśli już muszą jakieś być, były tak dobre, jak się da (dla nas, a często - i dla drugiej strony)
        • gryzelda71 Re: Do tych, ktore mowią: to niczego nie zmieni 26.10.21, 12:27
          Moja potrzeba wyjaśnienia zakończyła się po jednym razie. Ta osoba i tak w swoim mniemaniu jest pokrzywdzona przez życie, nie będę się do tego dokładać. I nie znaczy to, ze nie chcę robić jej przykrości, po prostu nie będę bawić się w to nieprawda, wydawało ci się, niemożliwe na zmyślasz kończąc. Ochłodzenie kontaktów było doskonałym wyjściem. Ale jak u innych kropla drąży skałę, maja na to energię to do dzieła.
        • kosmos_pierzasty Re: Do tych, ktore mowią: to niczego nie zmieni 26.10.21, 13:25
          Zwrot "dla samych siebie" w tym kontekście też bywa pułapką i zasłoną dymną. Bo niby robię coś "dla siebie", by nie doświadczać wyrzutów sumienia... ale w ten sposób, robię jednocześnie coś co jest sprzeczne z moim interesem, poświęcam na to czas i energię...
          A dlaczego? Bo nie umiem dogadać się sama ze sobą. I sumienie, które de facto jest echem norm narzuconych nam z zewnątrz, rozstrzyga o moich decyzjach.
          IMO lepszą metodą jest rozprawienie się z własnym "sumieniem", osiągnięcie takiego etapu, kiedy nie będzie produkować "wyrzutów", jeśli postępujesz w zgodzie ze sobą i podejmujesz decyzje dobre dla siebie, a nie dla kogoś innego.
    • kosmos_pierzasty Re: Do tych, ktore mowią: to niczego nie zmieni 26.10.21, 09:54
      IMO bardziej istotne jest przepracowanie problemu. Bo "wyrzygać" krzywdzicielowi to chyba nie zawsze jest sens jednak. I nie zawsze jest to możliwe - może np. już nie żyć. Natomiast jeśli podejście "to nic nie da, po co do tego wracać" rozciąga się na całokształt problemu, to może być dramat. Wtedy samoświadomość może być na tyle niska, że jak taka osoba np. jest rodzicem, to w podobny sposób (lub idąc w drugą skrajność) może zaszkodzić dzieciom. Do tego można nie mieć świadomości, jak te mechanizmy, nakręcone w dzieciństwie, działają tu i teraz w różnych sferach życia.
      Czyli rozmawiać należy bezwzględnie, choć raz a porządnie smile, ale niekoniecznie z rodzicem. Tu już uważam, że pewna elastyczność jak najbardziej jest na miejscu.
      • ximeca Re: Do tych, ktore mowią: to niczego nie zmieni 26.10.21, 10:08
        Taki sens, że po to jest roztrząsanie, żeby właśnie wyciągnąć z niego naukę. Roztrząsanie to taka pogardliwa nazwa analizowania i przepracowywania itp. problemów. Tłumiąc w sobie negatywne uczucia typu "mam żal do matki o to i to; za każdym razem gdy ojciec mnie krytykuje czyje się ja wtedy gdy upokarzał..." nie dajesz sobie przestrzeni do tej analizy bo skoro ignorujesz problem to po co szukać rozwiązania.
    • cegehana Re: Do tych, ktore mowią: to niczego nie zmieni 26.10.21, 10:00
      Zmieni, ale nie to co by się chciało zmienić. Dalsza eskalacja konfliktu nie rekompensuje spieprzonego dzieciństwa tylko utrudnia leczenie traum. Lepiej pracować nad sobą, żeby odpepnic się samą od patologicznego układu a nie go kontynuować takim czy innym układzie sił. Nasuwa mi się określenie: rzeźba w gównie.
      • stephanie.plum Re: Do tych, ktore mowią: to niczego nie zmieni 26.10.21, 11:49
        też tak myślę - sama nigdy bym nie chciała gadać o trudnych sprawach z dzieciństwa z bliskimi, którzy coś tam w swoim czasie sknocili.

        ale ludzie są różni, moja przyjaciółka bardzo potrzebowała wygarnąć rodzicom. długo zbierała się na odwagę, bo sądziła, że ta rozmowa skończy się zerwaniem relacji.

        jakież było jej zdziwienie, kiedy rodzice jej wysłuchali, przyznali rację, przeprosili.
        okazało się, że ta rozmowa pomogła obu "stronom"...
        • 152kk Re: Do tych, ktore mowią: to niczego nie zmieni 26.10.21, 12:09
          A no właśnie - i to jest ten optymistyczny przykład. Wyżej piszą o rzeźbieniu w gównie. Czasami tak bywa - oczywiście - i wtedy nie warto. Ale często to nie jest rzeźbienie w gównie (bo ci krzywdzący ludzie nie są całkiem bez serca, tylko po prostu poranieni sami byli to i mądrej miłości dawać nie potrafili). Tylko przecinanie obrzydliwego wrzodu. Na początku ohyda i ból, ale z czasem - gojenie i zdrowie.
        • sanciasancia Re: Do tych, ktore mowią: to niczego nie zmieni 26.10.21, 13:11
          To jest oczywiście super, jak rodzice tak się zachowają. Ale bywa i zupełnie inaczej, jak wygarnęłam moim, to mi powiedzieli: "Musisz nas zrozumieć, nie potrafiliśmy inaczej" i skupili się na tym, jak im było ciężko. I przyjęłam to do wiadomości razem z informacją, że nie mam na co liczyć w kwestii jakichkolwiek zmian i muszę sobie zbudować życie w oparciu o mojego męża i córkę, bo to właśnie jest moja najbliższa rodzina.
    • swinka-morska Re: Do tych, ktore mowią: to niczego nie zmieni 26.10.21, 10:01
      Podejście "to niczego nie zmieni, nic nie można zrobić" brzmi jak brak poczucia sprawstwa i totalna bezradność. Nie ma nic bardziej niszczącego.
      Choćby dla budowania przekonania "jednak mogę coś z tym zrobić, jest coś co zależy od moich decyzji" - warto odbyć taką rozmowę i wyłożyć swoje racje.
      Od razu z założeniem, że nie ma co oczekiwać jakichś konkretnych reakcji drugiej strony. Nie mamy wpływu na to co zrobią inni ludzie, mamy wpływ na to co zrobimy sami i na to jak reagujemy na to co robią inni).
    • spanish_fly Re: Do tych, ktore mowią: to niczego nie zmieni 26.10.21, 10:03
      Moim zdaniem, to nie jest kwestia wyrzygania swojej opinii, ale zmiany Twojego podejścia. Wyrzyganie może pomóc, o ile uznasz je za jakiś punkt graniczny, przestaniesz sama siebie oszukiwać, stwierdzisz, że nie ma powrotu do pozycji podległości, przepraszania, złudzeń. Zmieniasz swoje reakcje i to wystarczy, żeby oni też zmienili swoje, chociaż to może przybrać różne formy. Mogą np. oni zerwać relacje z Tobą, jeśli przestaniesz karmić ich ego.

      Samo usłyszenie czegoś niekorzystnego, ale prawdziwego na swój temat zostanie przez toksyczne osoby szybko zneutralizowane. Pewnie nie raz już mieli okazje tego doświadczyć.
    • solejrolia Re: Do tych, ktore mowią: to niczego nie zmieni 26.10.21, 10:10
      Zmieni, ale chyba na gorsze, nastąpi nakręcanie spirali wypominań, wyciągania różnych bolesnych spraw, a tym bardziej, że ja inaczej to pamietam, rodzic inaczej, ja czuję z tym teraz tak , a rodzic nawet nie próbuje zrozumieć czy zaakceptować tych odczuć. Jeśli ogólnie relacja z rodzicem należy do trudnych, to wraz z wyrzyganiem to w zasadzie następuje koniec porozumienia, jakiegokolwiek.
      A w dudzie z tym.
      Dzieciństwo było.
      Dorosłość jest.
      Lepiej skupić na tym co aktualne, plus planować przyszłość a nie rozpamietywać jakieś fakty sprzed 2 dekad i więcej.
    • lilia.z.doliny Re: Do tych, ktore mowią: to niczego nie zmieni 26.10.21, 10:18
      No to inaczej powiem- duzo zmienilo.
      Nie jestem swirem, nie wierze w cofniecie czasu. Nie widzę tylko ani pół powodu by do konca zycia tkwic w klamstwie. Tak- krzywdziles mnie okropnie. Nie- juz jnigdy nie pozwole tego zbagatelizowac ("no, takie byly czasy"). Tylko dzieki sobie i swojej pracy wiem, ze moje cialo jest moja wlasnoscia i pozwolenie na jego bicie jest zalezne tylko od stopnia pokrewienstwa ( dlaczego by w koncu nie mogl maż, skoro mogl ojciec? Przeciez to dla mojego dobra)
    • ximeca Re: Do tych, ktore mowią: to niczego nie zmieni 26.10.21, 10:19
      Powiedziałabym, że to zależy od sytuacji, tego układu sił itp. Taka konfrontacja generuje duże ryzyko konfliktu i pogorszenia relacji. Jeśli Ci na tej relacji nie zależy, to może to być dobre, bo rozluźni ten kontakt albo go nawet utnie i będzie ok. Ale jeśli chcesz/musisz tę relację utrzymywać na tym samym poziomie częstotliwości, zażyłości itp. (powody mogą być różne typu niedołężność rodziców czy to że są świetnym dziadkami twoich dzieci) to może skutkować jej większą toksycznością ("jak możesz być taka okrutna i starej chorej matce takie rzeczy..." a znam przypadek gdy babcia żaliła się swojej sześcioletniej wnuczce jako te jej matka jest podła)
    • kobietazpolnocy Re: Do tych, ktore mowią: to niczego nie zmieni 26.10.21, 10:44
      Brak wyrzygania to niekoniecznie zamiatanie pod dywan.
      Myślę, że to naprawdę zależy od sytuacji. Pisałam w wyjściowym wątku, że u mnie w rodzinie tego wyrzygiwania jest naprawdę sporo. Właściwie przez całe życie przy niektórych osobach obserwuję niekończącą się litanię żali i wyrzutów, z powodów zarówno błahich jak i bardziej poważnych. Myślisz, że to coś daje (poza chwilową ulgą dla strony żalącej się) albo coś naprawia? To są dekady beznadziejnie nerwowej sytuacji, w której pewne osoby kręcą się w kółko. Powiem nawet, że jest to swego rodzaju uzależnienie, moim zdaniem - właśnie od tych żali i poczucia krzywdy.

      Ale zgodzę się, że zamiatanie pod dywan też nie jest wyjściem. Chyba trzeba zacząć od siebie i próby przejęcia kontroli nad doznanymi krzywdami i tym, jak na nas wpływają.
      Wydaje mi się też, że, jak już dojrzejemy do tego, łatwiej jest przeprowadzić taką konfrontację wobec czynów zdecydowanie złych, jak przemoc, znęcanie się... W przypadku choćby rodziców nieudolnych i szkodliwych, ale chcących, koniec końców dobrze, trudniej rozwiązać takie żale bezpośrednią rozmową.
        • kobietazpolnocy Re: Do tych, ktore mowią: to niczego nie zmieni 26.10.21, 12:59
          lilia.z.doliny napisała:

          > poza chwilową ulgą dla strony żalącej się) albo coś naprawia?
          > Jako stara migreniczka, odpowiem: chwilowa ulga to czasami strzal endorfin i mo
          > ment lapania wiatru w zagle
          >

          To naprawdę nie jest porównywalna sytuacja. Uwierz mi na słowo, ja te wyrzygiwanie obserwowałam od dzieciństwa.. Nic nie naprawia, psuje wszystkim wokół humor i wprowadza nieustanną atmosferę roztrzęsienia.

          A tak naprawdę piłeczka jest po stronie żalącej się i tego, czego ona naprawdę chcę i co ma zrobić, jeśli tego nie dostanie (zrozumienia, zadośćuczynienia, whatever). A tu niektórzy zatrzymali się w pół kroku i jak dzieci domagają się niemożliwego.
          • pade Re: Do tych, ktore mowią: to niczego nie zmieni 26.10.21, 13:14
            Nie naprawia, bo druga strona nie chce usłyszeć czego żalący się potrzebuje.
            Pamiętam taką sytuację z dzieciństwa: moja mama żali się tacie na kłopoty w pracy, miała naprawdę trudną sytuację, a mój tato się wkurzył i zaczął krzyczeć na mamę, że "powinna jej powiedzieć, powinna coś zrobić". Nie wytrzymałam, wtrąciłam się w rozmowę i powiedziałam ojcu, że mama potrzebuje tylko współczucia i pocieszenia a nie "dobrych" rad. Kurczę, to było widać z kosmosusad
            • kobietazpolnocy Re: Do tych, ktore mowią: to niczego nie zmieni 26.10.21, 13:34
              To też nie to, nie w naszym przypadku. U mnie strona to strona żaląca się wybucha i krzyczy, czasem pozornie striggerowana czymś zupełnie randomowym.
              A druga strona siedzi ze spuszczoną głową i bolesnym wyrazem twarzy, starając się załagodzić sytuację, co żalącego się tylko rozsierdza.
              Masz rację, że tego żalącego się nie słuchają. Raczej traktują jak osobę chorą, która ma atak i który to atak trzeba przeczekać.
              I tak to się w kółko kręci, a końca nie widać.
              • pade Re: Do tych, ktore mowią: to niczego nie zmieni 26.10.21, 13:59
                kobietazpolnocy napisał(a):

                > To też nie to, nie w naszym przypadku. U mnie strona to strona żaląca się wybuc
                > ha i krzyczy, czasem pozornie striggerowana czymś zupełnie randomowym.
                > A druga strona siedzi ze spuszczoną głową i bolesnym wyrazem twarzy, starając s
                > ię załagodzić sytuację, co żalącego się tylko rozsierdza.

                To jest strasznie przykre, że ludzie nie mają pojęcia jakie potrzeby stoją za ich emocjami, za frustracją, nie potrafią ich werbalizować a ci, do których kierowane są żale są głusi i nie chce im się zobaczyć oczywistości. Czasami jak na dłoni widać czego ktoś potrzebuje, a czasami wystarczy zapytać.

                > Masz rację, że tego żalącego się nie słuchają. Raczej traktują jak osobę chorą,
                > która ma atak i który to atak trzeba przeczekać.

                No to nic dziwnego, że wpada w furię. Ta "chora" jest zwyczajnie potrzebująca, a robi się z niej wariata.
                Z kolei zwykle ten "łagodzący" też ma potrzeby, ale ich w ogóle nie wyraża, bo nie liczy na ich zaspokojenie.

                > I tak to się w kółko kręci, a końca nie widać.

                Strasznesad
                Tyle, że ... mnóstwo ludzi tak właśnie "ze sobą" żyje.
                • kobietazpolnocy Re: Do tych, ktore mowią: to niczego nie zmieni 26.10.21, 14:20
                  Zgadzam się z tobą, to jest straszne i w zasadzie nie widzę wyjścia z tej sytuacji.
                  Ta milcząca strona (pewnie domyślasz się, że to rodzice) tylko zaciskają zęby i chcą atak furii przetrwać, tak jak robili przez całe swoje życie. To ludzie urodzeni tuż przed wojną, jedyne, czego chcą to święty spokój.
                  Zaś strona żaląca się nie potrafi ani zakomunikować tego, co naprawdę ją boli w sposób wyraźny ani zrobić tego następnego kroku. Bo wiesz, w tych atakach i furii nie wychodzą żadne naprawdę ciężkie sprawy (typu molestowanie, itd.), raczej żal na to, że druga strona była taka a nie inna (np. pasywna i wycofana zamiast aktywna i odważna), że czegoś kiedyś nie zrobiła a mogła, itd.
                  Myślę, że ani jedna ani druga strona nie jest ze sobą szczera i chodzi wokół tego, co naprawdę boli.

                  Tak z ręką na sercu, słuchając tego od lat przestaje się już czuć współczucie, już prędzej zażenowanie, bo się odnosi wrażenie, że to zachowanie małego dziecka, które pragnie niemożliwego (coś w stylu - urodzić się w innej rodzinie, w innym miejscu, itd.).
                  Dlatego właśnie traktuje się ją jak chorą.

                  Czy muszę dodawać, że obie strony uważają terapię, depresję, itd. za bzdury i mżonki?
                  • pade Re: Do tych, ktore mowią: to niczego nie zmieni 26.10.21, 14:32
                    Czyli "dziecko" się miota, bo pewnie liczy, że w końcu ktoś zrozumie, potwierdzi, ukoi, a rodzice zaciskają zęby bo trzeba nieść swój krzyż i jakoś to będzie.
                    Okropnesad
                    "Dziecko" to już w tych swoich żalach chyba na amen ugrzęzło i "wygodnie" mu się systematycznie "opróżniać", zamiast cokolwiek zadziałać.
                    Współczuję całej rodzinie.
      • 152kk Re: Do tych, ktore mowią: to niczego nie zmieni 26.10.21, 12:31
        Ja ze swojego doświadczenia widzę to całkiem na odwrót (nie znaczy, że neguję, co piszesz - po prostu ja doświadczyłam inaczej)
        Moim zdaniem łatwiej jest przeprowadzić taką konfrontację wobec rodziców nieudolnych i szkodliwych, ale chcących, koniec końców dobrze. Ja ze swoją mamą od lat załatwiam takie właśnie "sprawki" rozmową. I mam poczucie, że o tyle wcześniej - kiedy rozmów unikałam, bałam się - było znacznie gorzej, pretensje nabrzmiewały. A odkąd mówię wprost co myślę - jest sporo krótkich spięć, ale miłość między nami się umocniła i dogadujemy się znacznie lepiej. I ja jestem bardziej wyrozumiała wobec tego co było (bo sama jestem już w mocno dojrzałym wieku i popełniłam wiele strasznych błędów w życiu) i mama jest bardziej powściągliwa (wcześniej krzywdziła mnie nieświadomie - teraz wie i stara się hamować).
        A o takiej strasznej krzywdzie - jak np. molestowanie, przemoc fizyczna - tobym chyba ze sprawcą nie potrafiła rozmawiać, wolałabym po prostu zerwać kontakty bez tego "wyrzucenia z siebie" (tj. reszcie rodziny bym chciała powiedzieć dlaczego, ale nie samemu sprawcy). Ale trudno powiedzieć - bo nie byłam w takiej sytuacji.
        • kobietazpolnocy Re: Do tych, ktore mowią: to niczego nie zmieni 26.10.21, 13:04
          152kk napisała:

          > Ja ze swojego doświadczenia widzę to całkiem na odwrót (nie znaczy, że neguję,
          > co piszesz - po prostu ja doświadczyłam inaczej)
          > Moim zdaniem łatwiej jest przeprowadzić taką konfrontację wobec rodziców nieudo
          > lnych i szkodliwych, ale chcących, koniec końców dobrze. Ja ze swoją mamą od la
          > t załatwiam takie właśnie "sprawki" rozmową. I mam poczucie, że o tyle wcześnie
          > j - kiedy rozmów unikałam, bałam się - było znacznie gorzej, pretensje nabrzmie
          > wały. A odkąd mówię wprost co myślę - jest sporo krótkich spięć, ale miłość mię
          > dzy nami się umocniła i dogadujemy się znacznie lepiej. I ja jestem bardziej wy
          > rozumiała wobec tego co było (bo sama jestem już w mocno dojrzałym wieku i pope
          > łniłam wiele strasznych błędów w życiu) i mama jest bardziej powściągliwa (wcze
          > śniej krzywdziła mnie nieświadomie - teraz wie i stara się hamować).

          Myślę, że tu dużo zależy i od ciebie (czy naprawdę szczerze rozmawiasz, czy też raczej "wyrzygujesz", co dla mnie oznacza często histeryczną litanię żali bez związku z sytuacją) i od matki (czy naprawdę słucha, czy tylko zbywa, itd.).
          To co się dzieje w mojej rodzinie to nie jest rozmowa.

          > A o takiej strasznej krzywdzie - jak np. molestowanie, przemoc fizyczna - tobym
          > chyba ze sprawcą nie potrafiła rozmawiać, wolałabym po prostu zerwać kontakty
          > bez tego "wyrzucenia z siebie" (tj. reszcie rodziny bym chciała powiedzieć dlac
          > zego, ale nie samemu sprawcy). Ale trudno powiedzieć - bo nie byłam w takiej sy
          > tuacji.

          Mam wrażenie, że jak już się dojdzie do tego punktu samoświadomości, łatwiej jest podejmować decyzje, choćby zerwania kontaktów, w przypadku krzywd naprawdę oczywistych. Przy świadomości, że ktoś chciał dobrze, ale był za słaby/za głupi/zbyt niedojrzały, by nie krzywdzić, znacznie łatwiej o wątpliwości i tkwienie w stanie zawieszenia między własnym niezaspokojeniem i pytaniami, czy aby nie przesadzam, itd.
    • nevertheless123 Re: Do tych, ktore mowią: to niczego nie zmieni 26.10.21, 11:07
      Z perspektywy osoby, która ma konfrontację z rodzicami za sobą: niestety, niewiele się zmieniło. Właściwie tylko to, że coś zostało wypowiedziane.
      Natomiast nie zmieniło się podejście rodzica. Usłyszałam, że skoro matka mnie karała, no to widocznie musiał być powód wink. Później nastąpiła tradycyjna amnezja, czyli ona nic nie pamięta, albo pamięta inaczej. Następnie wypominanie moich błędów.
      Stanęło na tym, że każdy trwa przy swojej wersji zdarzeń. Relacje ograniczają się do rozmów telefonicznych mniej więcej raz w miesiącu i do składania życzeń urodzinowych.
      • nevertheless123 Re: Do tych, ktore mowią: to niczego nie zmieni 26.10.21, 11:14
        Swoją drogą, ten powtarzający się tutaj wątek "amnezji" jest naprawdę intrygujący! Ciekawi mnie, o co chodzi, czy te osoby po prostu wyparły pewne zdarzenia i prawdy o sobie, że rzeczywiście tego nie pamiętają? Czy po prostu perfidnie i z premedytacją kłamią? Zupełnie tego nie rozumiem...
          • nevertheless123 Re: Do tych, ktore mowią: to niczego nie zmieni 26.10.21, 11:42
            To jednak fascynujące, że ów aspekt zdaje się dotyczyć pokolenia naszych matek i babć, bo w naszym pokoleniu gotowość do wglądu w "strefę cienia" jest jednak o wiele większa. Jestem ciekawa, dlaczego tak jest. Czy wiąże się to np. z dobrobytem, dzięki któremu nasze pokolenie ma możliwość wywlekania brudów, bo jesteśmy zazwyczaj materialnie niezależni od rodziny w naszych czasach? A kiedyś było się często całkowicie zależnym od bliskich , stąd korzystniej było wmieść problemy pod dywan i udawać, że nic nie było, "zapominać", aby nie wylądować na bruku?
            Moje wrażenie o mojej matce jest takie, że ona swoją opinię o samej sobie opiera nie na faktach, ale na wyobrażeniach, jakie ma na swój temat. Tak jak w tym powiedzonku o złapaniu za rękę. Myślę, że gdyby istniały jakieś nagrania z tego, jak zachowywała się wobec swoich dzieci to uznałaby, że to deep fake lub że wynająto sobowtóra.