marcosa_rainera
13.11.21, 12:39
Może jestem już starą babą, ale kompletnie obojętna mi jest siedemdziesiąta ósma opowieść o gimnazjaliście, który okazuje się Wybrańcem Losu, jednak żeby to potwierdzić, musi przejść Próby. Luke, Frodo, Harry, Rey (płeć nie ma tu znaczenia), Simba (gatunek też), Bruce, Peter, Zenek z "Tego obcego" Ireny Jurgielewiczowej, wielu innych i wreszcie Paul Atryda wyciągnięty z Instagrama albo jakiejś współczesnej wersji "Beverly Hills 90210".
Znudziła mnie "Diuna" Villeneuve'a, może nie śmiertelnie, ale znudziła. Te same wątki, te same postaci pod innymi imionami i w innych kostiumach, te same motywy przerabiane po raz kolejny w innej scenografii przez dwie i pół godziny. Psychologia postaci ledwo liźnięta, polityka nieco lepiej, ale też słabo; brak tajemnic, twistów, mało co trzyma w napięciu, nawet przy ornitopterze kręcącym się w nieskończoność w burzy piaskowej raczej chce się patrzeć na zegarek.
Na niewielki plus wizualia - stonowane, bez tandety (jak słusznie zauważa Piotr Kobus). A tak - to zawracanie głowy, jak większość superprodukcji ostatnich lat. Marvele, Batmany, Incepcje. Puste to w środku, biega po powierzchni, nie uderza w serce. Faktycznie mamy czas, w którym seriale są lepsze od pełnometrażówek (co mówił niedawno Lynch po nakręceniu "Twin Peaks III" i za co go niesłusznie obśmiano).
Co innego pan Lebowski. Ale to było parę ładnych lat temu i nie była to superprodukcja.