zatanna777
21.11.21, 20:30
Mam problem z 13-letnim synem-jedynakiem, który uzależnił się od gier komputerowych. Nie wykazuje zainteresowania niczym innym, ani obowiązkami domowymi, ani nauką. Pomijam kwestię, że zadań i klasówek jest niesamowicie dużo (za dużo). Syn zwyczajnie „olewa” naukę, często odkłada ją na późne godziny wieczorne, kiedy też przypomina sobie o zadaniach i obowiązkach. Uczę się razem z nim i przygotowuję mu pomoce naukowe (streszczenia, najważniejsze zagadnienia z podręczników), bo boję się, że zostawiony sam sobie zwyczajnie położyłby lagę (nawet jeśli sam narzeka na moją pomoc).
W stosunku do mnie, męża i reszty rodziny jest wulgarny, chamski, opryskliwy i lekceważący. Zawsze musi postawić na swoim. Wyzywa nas od najgorszych, czasem szantażuje emocjonalnie. Mówi, że ma dość życia, w którym trzeba tylko pracować. Nie umie sobie znaleźć innych zainteresowań, na co też sam narzeka (podsuwaliśmy mu książki, gry planszowe, komiksy…). Swego czasu fascynował się czołgami, pociągami i statkami albo filmami, ale teraz to już praktycznie minęło. To samo tyczy się sztuk walki, na które go zapisaliśmy kilka lat temu, żeby miał jakiś ruch i umiał się obronić.
Czasem zabieramy mu komputer aż nie odrobi zadań czy nie przygotuje się do sprawdzianów, ale ostatecznie oddajemy – główny powód jest taki, że gra to dla niego także okazja do kontaktu z rówieśnikami (on sam mówi, że „oni [koledzy i koleżanki] siedzą tam [na czacie?] i grają”). Poza tym nawet bez komputera zostaje z komórką, na której też często gra. W szkole, gdy denerwuje się lekcjami, zasypuje mnie SMS-ami. Jest też strasznie egzaltowany, wszystko bardzo przeżywa, krzyczy i płacze. Ostatnio zaczęły się u niego problemy z nadciśnieniem. Nie docierają do niego żadne argumenty, prośby ani groźby, żadne przykłady (rodziny, kolegów…) czy rozmowy. Jakakolwiek poprawa jest chwilowa. Praktycznie każdy dzień zaczyna się lub kończy awanturą. Jestem w kropce.
Wiem, że może trochę za bardzo naciskam na oceny, ale zależy mi na tym, żeby mógł sobie pójść do takiej szkoły, do jakiej chce, a do tego są niestety potrzebne są dobre wyniki. Wiem, że trochę też za bardzo przyzwyczaiłam go do bycia ciągle przy nim i spełniania jego zachcianek. Dostaję sugestię udania się do psychiatry lub psychoterapeuty, ale boję się, że nic to nie da – z jednej strony widzę u niego chęć poprawy, z drugiej odnoszę wrażenie, że nie będzie sam chciał pracować nad sobą.
Zdaje sobie sprawę, że to również kwestia wieku dojrzewania i że to nie jest złe dziecko (on sam mówi, że nie wie, dlaczego chce nam robić na złość), jednak zwyczajnie ani ja, ani mąż już nie dajemy rady. Sami jesteśmy przybici całą sytuacją, którą widzimy jako zamknięte koło. Nie umiem też ugryźć sytuacji w szkole, która zwyczajnie dokłada problemów przez tonę lekcji, zadań i sprawdzianów każdego tygodnia. Będę wdzięczna za każdą sugestię. Może ktoś tutaj miał podobne doświadczenia i może doradzić, jak można do takiego nastolatka dotrzeć?