reinadelafiesta
16.01.22, 23:09
Wczoraj pisałam o znajomej, która bardzo stresuje się pierwszą wizytą u koleżanki z byłej pracy. Dzisiaj przysłała mi maila, w którym owo spotkanie opisuje, była ciekawa mojej i Waszej opinii. Sama zaproponowała, żeby przytoczyć jej opis na e-matce, spytać Was, co sądzicie o takiej pierwszej wizycie. Zatem spełniam jej życzenie.
"Czekała na mnie na przystanku, pokazała całe mieszkanie. Stół był już nakryty, rozstawione talerze i sztućce, masło, pieczywo w kilku rodzajach i przyprawy (sól i pieprz do pomidora). Dołożyła jeszcze tę moją pastę, ale tej nie ruszałam, bo połowa została u mnie w lodówce i nie chciałam uszczuplać jej porcji. Był talerzyk z pokrojonym 1 pomidorem i talerzyk z plastrami mielonki. Ta ostatnia trochę mnie zdziwiła, bo ewidentnie była wyjęta z puszki z galaretką po brzegach (coś w rodzaju mielonki konserwowej czy konserwy turystycznej - chyba wiesz, jaka). Nie powiedziałam oczywiście ani słowa na ten temat, ale fakt - ja bym nie podała tego zaproszonemu 2 dni wcześniej gościowi. Nie to, że nie lubię, ale taka niewymyślna taniocha najmniejszym wysiłkiem. Zjadłam pół kromki chleba z mielonką i pomidorem, żeby nie wyglądało, że gardzę. Podała jeszcze podgrzany bigos ze świąt wyjęty ze słoika (tak o nim mówiła). Zjadłam 1 łyżkę i pochwaliłam.
Zaproponowała drinka i pokazała zawartość barku - 3 słodkie malutkie nalewki od kogoś i butelka białej wódki. Ja właściwie nie piję mocnego alkoholu, chyba, że na wypasionych przyjęciach z górą różnorodnego żarcia, ale też w tej sytuacji zgodziłam się na drinka (wódka z sokiem). Poszłyśmy do kuchni i szukała soku, ale znalazła tylko syrop malinowy i colę. Słodkiego nie piję, a coli nienawidzę (ona o tym wie), ale grzecznie zgodziłam się na tę colę, żeby nie robić kłopotu i nie wybrzydzać. Wódka ciepła z barku nagrzanego mieszkania. W sumie męczyłam przez 3 godziny 50 ml wódki z colą (bez dolewek). Ona sobie zrobiła to samo, ale po wypiciu swojego powiedziała, że właściwie, to ona woli czystą wódkę bez dodatków i nalała ją sobie do kieliszka. Mnie nie, bo wciąż miałam swoją mieszankę.
Tak więc do jedzenia był chleb, mielonka, pomidor świeży (1) i troszkę bigosu.
Oceniam, że to gastronomiczna porażka, bo takie coś, to jada się na kempingu, a nie podaje zaproszonym wcześniej gościom.
Wielokrotnie przyjmowałam u siebie rodzinę i osoby różnej płci z forum dekoratorskiego z całej Polski - po kilka dni ze spaniem (głównie obiadokolacje na ciepło i śniadania) - (fakt, że też stresowałam się, przemyśliwałam, kupowałam i szykowałam) i jakoś do jedzenia szykowałam dużo potraw - kilka rodzajów wędlin, serów, warzywa, pasty, jajka, pasztet, rybki, sałatki, soki, herbata do wyboru - jednocześnie, bo każdy lubi co innego i sobie wybiera. Podobnie byłam goszczona u nich.
Na kolację też obficie, choć może niezbyt wyszukanie - leczo z mięsem, ryba z warzywami, jakieś mięso w sosie, kotlety mielone z warzywami, makaron z dobrym sosem - to, co mi dobrze wychodzi i jest sprawdzone i smaczne. Schłodzone wino, a na deser coś słodkiego i moja nalewka.
Może przeginałam, ale chciałam dobrze ugościć. Goście zawsze byli zadowoleni i chwalili, choć nie jestem mistrzem kuchennym, ale to było sprawdzone i pewne
Niby Zosia uważała, że to sobotnia wizyta na wcześniejsze zaproszenie (nie z ulicy nagle) i chciała podać jedzenie, ale też nie wysiliła się. Oczywiście - nie powiedziałam ani słowa na ten temat, tylko dziękowałam. Albo bardziej nieobyta niż ja albo olała sprawę.
No, ponarzekałam sobie, oceniłam i skrytykowałam takie przyjmowanie zaproszonego gościa 😆😆😆
Do domu wróciłam mocno głodna (byłam ok. godz. 20, bo to daleko i autobus jedzie 40 minut), bo wcześniej zjadłam tylko 2 małe kromeczki chleba, a u niej tylko łyżkę bigosu i pół kromki chleba z mielonką.
Mimo klęski jedzeniowej wizytę oceniam pozytywnie, bo towarzysko udała się.
Było na luzie, nie wymądrzałam się i raczej zachowywałam się miło, że podoba mi się i nic mi nie przeszkadza.
Cały czas gadałyśmy. Głównie jej nie zamykała się buzia. Nie przerywałam, bo ona nie lubi. Słuchałam opowieści o jej rodzinie, czasem (kiedy przerwała i o coś pytała) - odpowiadałam.
O godz. 18 powiedziałam, że pora na mnie (po 2 godzinach), ale protestowała i chciała, bym została do 22 lub nawet, bym spała u niej, bo ma drugi pokój z kanapą.
Bardziej dla niej niż dla siebie, zostałam jeszcze godzinę dłużej (do 19) i zaczęłam się zbierać. Odprowadziła mnie kawałeczek, bo ciemno i nieznany mi teren. Wracając, doszłyśmy do wniosku, że nawet nie oplotkowałyśmy ludzi z byłej pracy i trzeba będzie to powtórzyć, bo dobrze czujemy się ze sobą. Zadzwoniłam do niej po powrocie do domu, bo prosiła i dziękowałam za wizytę.
I co myślisz?"