Dodaj do ulubionych

Impreza, namawianie do picia, jak odmawiac

05.04.22, 21:07
No właśnie. Z powodu leków, które biorę nie pije alkoholu..nie mam ochoty tłumaczyć co za leki, na co choruje. To moja sprawa.
Mówienie...nie pije, nie skutkuje. Jak skutecznie uciąć wszystkie...weź, no jeden drink ci nie zaszkodzi. Jak odmawiać żeby się odpier...dosyć już mam, a w planach kilka imprez niestety z alkoholem.
Obserwuj wątek
    • kaki11 Re: Impreza, namawianie do picia, jak odmawiac 05.04.22, 21:22
      Najczęściej działa zwyczajnie "nie, dziękuję"/ "nie, dziś serio nie piję" serio chyba się nie zdarza aby pytali więcej niż 3 razy. Jeśli towarzystwo nie przyjmuje do wiadomości i potrzebujesz powodu, to może przyjechać samochodem i "będę prowadzić"?
    • ichi51e Re: Impreza, namawianie do picia, jak odmawiac 05.04.22, 21:37
      biore leki nie mogę. Do skutku.

      pozwolę sobie tez zacytować Jacka Fedorowicza
      "JAK ŻYĆ NIE PIJĄC
      Ściślej mówiąc: jak żyć nie pijąc alkoholu.
      Na wstępie serdecznie przepraszam za to, że mam zamiar zająć się wyrzutkami społeczeństwa, nielicznymi ekscentrykami i zamiast poradzić zdecydowanej większości co robić na kaca, poświęcam cenny papier już nie dla mniejszości, ale wręcz dla garstki Czytelników. Powiecie, że zamiast omawiać tematy interesujące abstynentów za pośrednictwem wielonakładowego wydawnictwa, powinienem raczej zebrać adresy tych kilkunastu niepijących i wysłać im porady listownie. Niestety. Nie mogę tego uczynić, bo abstynenci ukrywają się, nie chcąc się narażać opinii publicznej.
      Abstynencja jest chorobą wstydliwą i dopóki nie wyjdą odpowiednie ustawy, takie jak w przypadku chorób, na przykład, wenerycznych, zebranie adresów abstynentów nie będzie możliwe.
      Nie zapominajmy jednak, że istnieje wielu abstynentów przymusowych to jest takich, którzy nie mogą pić ze względów zdrowotnych. Abstynenci z wyboru nie są godni naszej litości, bo skoro mogą pić a nie piją, to sami sobie winni. Ale abstynenci przymusowi? Czyż można pozwolić na to, aby choroba
      wyeliminowała ich ze społeczeństwa? Podajmy im również pomocną dłoń.
      1. TEZA WYJŚCIOWA
      Do żadnego chyba rozdziału niniejszej pracy nie przygotowałem się tak pieczołowicie jak do tego, który właśnie z przerażeniem czytacie. Bo też teza, którą chcę udowodnić brzmi jak bluźnierstwo, jak najoczywistszy paradoks lub niemądry żart. Chcę przekonać państwa, że można żyć w naszym kraju nie pijąc w ogóle alkoholu.
      Ponieważ z równym powodzeniem można by udowadniać, że Ziemia jest płaska, zmuszony byłem zastosować metodę pewnego dziennikarza amerykańskiego, który chcąc poznać życie Murzynów sam przefarbował się na czarno i żył kilka miesięcy jako Murzyn.
      Moje badania jako znacznie trudniejsze trwały dziewięć lat i niestety, trwają do dziś. Dziennikarz amerykański po kuku miesiącach zmył jednak farbę i wrócił do świata białych, a mnie się to nie udało. Nie wróciłem na łono społeczeństwa, pozostałem wśród abstynentów.
      Z ciężkim sercem przyznaję się do tego publicznie, dalsze ukrywanie nie ma zresztą sensu, bo już zbyt wielu ludzi przekonało się, że od dziesięciu lat nie piję.
      W ogóle. Ani wódki, ani wina, ani nawet piwa.
      Dla celów badawczych musiałem się zdecydować: albo, albo. Początkowo doświadczenie szło mi z szalonym trudem, potem jednak stopniowo zdobywałem umiejętności, uczyłem się różnych wybiegów, ba, po jakimś czasie zacząłem nawet czerpać pewne korzyści i doświadczać - to zabrzmi nieprawdopodobnie, ale to prawda - pewnych radości, płynących z faktu niepicia.
      Jedno mogę stwierdzić z całą pewnością, że po dziesięciu latach jestem autorytetem w dziedzinie abstynencji. Sam fakt zresztą, że żyję, prosperuję i to zupełnie nieźle, jest najlepszym dowodem tego, że jednak można żyć nie pijąc. Oczywiście, pijąc żyłbym i prosperował nieporównanie lepiej, ale przypominam Czytelnikom, że tytuł rozdziału brzmi: „jak żyć nie pijąc”. Nie ma tam sformułowania: „jak dobrze żyć”.
      2. PROFITKI
      Profity płynące z abstynencji są niestety tak niewielkie, że nie można ich było nazwać profitami całą gębą, odpowiedniejsza była tu nazwa „profitki”.
      Wyliczając je, nie będę zaczynał od korzyści finansowych, bo choć wódka kosztuje, to jednak każde postawienie komuś wódki zawsze gdzieś, jakoś się zwraca z nawiązką i słusznie jest traktowane jako dobra inwestycja. Z abstynencji płyną korzyści natury moralnej, a więc przede wszystkim poczucie własnej oryginalności. Ludzie czasem stają na głowie, podpalają świątynie, aby się wybić, zadziwić czymś otoczenie, a my - wystarczy, że nie pijemy, a już odbijamy zdecydowanie od ogółu.
      Druga korzyść, to drobne satysfakcje polibacyjne.
      Idziesz z przyjaciółmi do nocnego lokalu. Wychodzicie nad ranem. Demonstracyjnie wyciągasz z kieszeni kluczyki, jeżeli masz samochód, jeżeli nie masz, to bierzesz od kogoś z towarzystwa lub
      wsiadasz na motor i ruszasz na oczach załogi radiowozu. Radiowóz cię zatrzymuje, a ty dmuchasz ochoczo w balonik, uśmiechając się przy tym serdecznie. A balonik nic. Załoga radiowozu jest zdenerwowana, podsuwa ci następne baloniki, uważając że tamten był wybrakowany, a ty dalej dmuchasz sobie wesoło, wprowadzając w radiowozie zrozumiałe zamieszanie.
      Inna sytuacja. Podchodzi do ciebie ktoś zupełnie nieznajomy, zupełnie nieinteresujący, z kim nie chcesz w ogóle gadać, a on chce i to bardzo. Klepie cię po ramieniu.
      - Nie poznajesz mnie stary?
      - Nie - mówisz.
      - No masz! Piliśmy razem w Bristolu!
      Nieznajomy kłamie, ale uważa, że jest zupełnie bezkarny, jedzie na pewniaka. Statystycznie rzecz biorąc jego szanse pomyłki są równe zeru, ponieważ każdy kiedyś pił aż do utraty pamięci w Bristolu lub innej knajpie danego miasta. Nieznajomy spodziewa się, że powiesz: „aaa tak, rzeczywiście. No i co u ciebie stary?”, a tymczasem słyszy:
      - Nie, proszę pana. Nie piliśmy w Bristolu. Nie piliśmy razem nigdy i nigdzie. Pan kłamie. Won.
      Na tym, niestety, wyczerpuje się rejestr profitków. Można by co prawda dodać, że niepijący ma więcej czasu dla siebie, jest sprawniejszy zawodowo, ogólnie zdrowszy, ale na takie drobiazgi nikt nie zwraca uwagi i słusznie.
      Dalej następują już tylko ciemne strony abstynencji: abstynent jest samotny, nie ma przyjaciół, nie ma silnej grupy, która stoi za nim i w razie czego obroni, zaświadczy przed sądem, pożyczy pieniędzy na pokrycie manka, ukryje przed gniewem zwierzchnika, wystawi nienaganną opinię. I wreszcie coś co wszyscy uważacie za dno klęski: abstynent nie może załatwiać przez bufet.
      Czy istotnie nie może?
      Drodzy koledzy abstynenci, zamieńcie się w słuch, albowiem odpowiedź na to fundamentalne pytanie jest przecząca.
      3. ABSTYNENT W ŻYCIU ZAWODOWYM I PUBLICZNYM
      Aby zgłębić zagadnienie, trzeba sięgnąć do prakorzeni systemu załatwiania przez bufet. Mylnie na ogół się uważa, że postawienie pół litra jest łapówką. Gdyby tak było, można by postawić i wyjść. A tu nie: trzeba usiąść i wypić wspólnie. Bo półlitrówka jest - uwaga, podaję definicję: półlitrówka jest przyspieszaczem procesu zaprzyjaźniania.
      Uważniejsi Czytelnicy zorientowali się, być może, że w kolejnych rozdziałach niniejszej pracy staram się wprowadzać Państwa w skomplikowane i trudne problemy, obracające się dookoła załatwiania, życia administracyjnego i życia w ogóle. Dowiedzieliście się, że kryterium pieniądza zostało zastąpione „sumą zasług”. Następnie dowiedzieliście się, że pieniądz nie został wyrugowany całkowicie, poznaliście prawo podkładki i nauczyliście się załatwiać sprawy kompleksowe. A teraz musicie się pogodzić z istnieniem jeszcze jednego kryterium, według którego będziecie oceniani i od którego zależeć będzie wielokrotnie załatwienie lub niezałatwienie waszej sprawy. Jest to kryterium przyjaźni.
      Zdarza się wielokrotnie, że zgodnie z prawem podkładki dostarczyliście taką ilość podkładek, która
      wystarcza urzędnikowi do wydania pozytywnej decyzji i która odtąd będzie stanowić trwałą tarczę ochronną (dopełnieniem tych zasad, niejako ostatnim akordem będzie rozdział następny). Ale ktoś inny przyszedł z podobnym kompletem podkładek. Komu da urzędnik, a komu odmówi? Da przyjacielowi.
      Inny przykład. Reżyser telewizyjny, któremu z jakichś tam względów zależy na tym, aby jego program był dobry (zdarzają się tacy dziwni maniacy), zaczyna wymagać od ekipy telewizyjnej tego wszystkiego co ekipa zrobić może, ale nie musi. Działalność takiego reżysera zakończy się klęską, ponieważ ekipa absolutnie nic nie musi. Na wszystkie działania negatywne znajdzie zawsze odpowiednie umotywowanie, nierzadko na piśmie. Kostiumy nie uszyte? Nie było materiału. Oto zaświadczenie ze sklepu. Aktor nie zawiadomiony? Owszem, bo nie posiada telefonu. Nie polecę panie reżyserze piechotą na Sadybę. Pistolet nie strzela? Bo się zepsuł. Ja jestem tylko rekwizytorem, a nie rusznikarzem. Ponadto dwie kamery się zepsuły, bo były przegrzane, a jedna eksplodowała, bo

      już dawno musiała. Jakikolwiek program telewizyjny może
      • ichi51e Re: Impreza, namawianie do picia, jak odmawiac 05.04.22, 21:40
        w ogóle dojść do skutku tylko wtedy, gdy reżyser zaprzyjaźni się z ekipą i ekipa zrobi mu po przyjacielsku to wszystko, czego - powtarzam - zrobić nie musi.
        Co ma wobec tego robić notoryczny abstynent?
        Musi pamiętać nie o pozorach, tylko o prawdziwych celach picia podczas całej akcji przeprowadzania sprawy przez bufet i błyskawicznie się zaprzyjaźniać. Przy kawie, w biurze, na spacerze, czy nawet w restauracji przy pustym własnym kieliszku. Za wszelką cenę należy dążyć do bruderszaftu. Często całować, także w usta. Kipieć chęcią braterstwa. I w ogóle nie jest ważne, kto stawia przy zaprzyjaźnianiu zaprzyjaźniający czy zaprzyjaźniany! Ważna jest szczerość doprowadzona do zenitu. Bo co się dzieje zazwyczaj przy kieliszku? Obie strony opowiadają rzeczy, których nigdy nie powiedziałyby sobie na trzeźwo. Trzeba się przełamać i mówić na trzeźwo to wszystko, czego nie powiedziałoby się nawet własnej matce. Osoba, której się zwierzamy nabiera stopniowo przekonania, że nie mamy przed nią nic do ukrycia. Oczywiście, przy alkoholu byłaby święcie przekonana, że mówimy najszczerszą prawdę, że zwierzamy się najserdeczniejszemu przyjacielowi, bez alkoholu
        może mieć przez chwilę wątpliwości, ale za moment sama zacznie się zwierzać. Obie strony zaczynają być coraz ściślej związane wspólnymi tajemnicami?! zdaniami, które można powiedzieć tylko zaprzyjaźnionej osobie. Mówisz: „Stary! Zdradzam żonę w każdy piątek po południu, tylko nie mów nikomu!...” Oczywiście lepiej brzmiałoby, gdybyś mówił czkając i śliniąc się, przytulony do piersi tamtego, ale nie martw się! Podana wyżej metoda również prowadzi do skutecznego zaprzyjaźnienia i stosując ją, kolego abstynencie, możesz zajść daleko jak każdy normalny członek społeczeństwa.
        4. ABSTYNENT W ŻYCIU RODZINNO-TOWARZYSKIM
        Abstynent obracający się w środowisku ludzi zdrowych stwarza wiele sytuacji konfliktowych, nieporozumień towarzyskich, jego choroba - przy całym zrozumieniu dla ludzi chorych - jednak drażni i przeszkadza, szczególnie gdy abstynencja nie jest wynikiem żadnych dolegliwości fizycznych, a po prostu chorobą psychiczną, jak na przykład w moim przypadku.
        W pełni rozumiejąc kłopoty pijących, spieszę z dalszą porcją porad dla abstynentów, którzy nie chcą lub nie mogą odizolować się od życia towarzyskiego, a są na tyle taktowni, że podejmą pewien drobny wysiłek dla wspólnego dobra pijących i niepijących.
        Pierwszym działaniem abstynenta dobrowolnego w towarzystwie jest wyrobienie sobie opinii abstynenta z konieczności.
        - Wiecie moi złoci... ja swoje w życiu wypiłem... - mówimy sugerując, że mamy za sobą chwalebną przeszłość, a gdy to nie wystarcza dodajemy:
        - Ostatni raz popłynąłem z chłopakami w Gostyniu...
        - Co to jest Gostyń?
        - Nie wiesz? Odwykówka.
        Odwykówka jest czymś w rodzaju aureoli i zamyka usta co natarczywszym namawiaczom do picia.
        Tu uwaga. Używając argumentu zdrowotnego należy korzystać wyłącznie z odwykówki lub esperalu. Esperal jest dla wszystkich słowem magicznym, bo ogólnie wiadomo, że osoba, która zaaplikowała
        sobie esperal, może dostać ataku serca po wypiciu kieliszka. Nie należy natomiast wykręcać się innymi chorobami. „Lekarz mi zabronił” czy „mam bardzo chorą wątrobę” nie prowadzi do niczego, a nawet jeszcze pogarsza sytuację, ponieważ nie ma takiej wątroby, której nie można by poświęcić dla przyjemności napicia się z serdecznym druhem.
        Kiedy więc już na początku libacji daliśmy do zrozumienia, że alkohol mógłby nas co najmniej zabić, dajemy dowody swego przywiązania do alkoholu, swej bezbrzeżnej tęsknoty za nim i wszystkimi sposobami wyrażamy swój żal, że nie możemy pić. Wzdychamy, bierzemy co chwila swój kieliszek, przyglądamy się miłośnie nalanemu płynowi i wąchamy z lubością; bo mimo, że nie pijemy, obyczaj pijacki naszego towarzystwa nakazuje jednak nam nalać, jest to niepodważalna zasada savoir vivre'u. Krwawa walka o ten kieliszek rozgorzeje dopiero po wypiciu ostatniej ćwiartki (wody kolońskiej). Więc wyrażamy swą tęsknotę, a w towarzystwie rodzi się coś na kształt współczucia, ale niestety nie trwa to długo.

        Gdybyśmy ograniczyli się do wyżej wymienionych czynności, już po kilku kolejkach wśród pijących zaczęłoby dominować uczucie coraz większej nienawiści do tego ponuraka, co to siedzi, nie pije i wzdycha.
        Należy czujnie obserwować towarzystwo i stopniowo dostosowywać się do jego zachowania, a ponieważ do pewnego czasu pijący zachowują świadomość należy pamiętać, że oni przecież widzą, że abstynent nie pije. Trzeba ich więc przelicytować w objawach dobrego nastroju. Ot, wywrócić stolik, przystrzyc ulubionego kaktusa pani domu, rąbnąć butelką w telewizor. Każde przelicytowanie wzbudza wśród współbiesiadników uczucia satysfakcji, bo dopóki jeszcze myślą, pomyślą sobie: taki pijany to ja nie jestem.
        Nie wolno zapominać o tym, że każdy pijący targany jest wewnętrzną sprzecznością: z jednej strony pije, żeby się spić, z drugiej jednak stara się zachować trzeźwość, ponieważ picie w Polsce jest w gruncie rzeczy grą, turniejem rycerskim, współzawodnictwem. Kto wypije więcej, zanim padnie.
        Tu oczywiście nie należy się dziwić pijącym, ani tym bardziej ganić ich za to. Jest rzeczą ogólnie wiadomą, że ilość wypitego alkoholu jest najlepszym a często jedynym sprawdzianem wartości
        człowieka.
        Ktoś może być wątły, słaby, głupi, ale jeżeli potrafi wypić sam pół litra i przejść kilka kroków w miarę prosto, to jest osobą godną zaufania, cenną, wartościową. Dlatego każdy, kto pije, za każdym razem jednocześnie próbuje: może tym razem uda mi się osiągnąć to właśnie najwyższe uznanie, zdobyć mir i poważanie wśród współbiesiadników, i nie tylko wśród nich, bo wieść o ewentualnym sukcesie rozniesie się lotem błyskawicy.
        Abstynent nie bierze udziału w turnieju. Czyż nie ma więc szans na to, aby kiedykolwiek stać się człowiekiem wartościowym? Czy nie ma na to rady? Są dwie, ale niestety obie są zaledwie półśrodkami. Można opowiadać o swych sukcesach sprzed lat, a można też udawać, że się jest narkomanem. Narkomania nie jest u nas na szczęście rozpowszechniona i człowiek, który by się narkotyzował, miałby szanse na osiągnięcie przynajmniej części poważania należnego osobnikom o tzw. mocnej głowie. Mocna głowa, to określenie oddające idealnie sens takiego poważania. Bałwan, który może dużo wypić, przestaje być bałwanem, bo ma przecież mocną głowę. Okazuje się, że jego bałwaństwo jest pozorne. Alkohol odkrywa prawdę o jego głowie. Jest wiele warta, bo mocna. Potwierdzeniem tych słów jest polski obyczaj picia tzw. kolejek, czyli równych ilości alkoholu na hasło lub toast. Wszyscy muszą pić na komendę, bo reguły gry zakładają fair play. Wszyscy mają równe szanse i dopiero po kilkunastu toastach okazuje się, kto tu jest człowiekiem, a kto nic nie wartą szmatą, o słabej głowie.
        Skoro doszliśmy już do momentu libacji, w którym wartości ludzkie uczestników zaczynają się coraz bardziej określać, spieszę Was pocieszyć, drodzy abstynenci, że powoli zbliża się kres Waszych cierpień. Połowa pijących już leży pod stołem, druga połowa bełkocze, kilku prawdziwych mężczyzn jeszcze się trzyma, ale i oni są już na wykończeniu. Zbliża się wasza godzina.
        Rozluźniacie się i przestajecie udawać. Teraz udawanie jest już niepotrzebne, bo większość pijących przekroczyła próg zwany potocznie urwaniem filmu. Cokolwiek byście zrobili, nie będą pamiętać.
        Na stole zasnął niesympatyczny kolega. W ucho go. Pod stołem leży złośliwy szwagier, spacerujecie sobie po nim krzynę, a potem mówicie żonie kolegi, co o niej myślicie. Czka ze zrozumieniem.
        Ktoś z kąta słabym głosem prosi o odprowadzenie do domu. Jeżeli macie już dosyć - odprowadzacie. Wdychacie z uczuciem bezbrzeżnej radości świeże powietrze, a następnego dnia budzicie się z jedną radosną myślą: nie mam kaca! Oni mają a ja nie!
        Oczywiście, w naszym abstynenckim interesie leży, aby każda libacja została doprowadzona do opisanego wyżej momentu, inaczej tylko się zmęczycie, znudzicie i nie otrzymacie nic w zamian. W tym celu należy dbać o to, aby wódka była zawsze w nieograniczonych
        • ichi51e Re: Impreza, namawianie do picia, jak odmawiac 05.04.22, 21:41
          ilościach, aby była pita z małą ilością jedzenia, małymi kieliszkami. Nalewacie, wznosicie toasty, nawet skaczecie po wódkę, jeżeli zabraknie. To wszystko odbijecie sobie przecież potem. Dodatkowym profitem jest to, że zapamiętają was jako duszę towarzystwa. Donosząc wódkę należy pamiętać o tym, aby dostarczać pijącym różne gatunki. Mieszanie potęguje efekt.
          I wreszcie: nie bądźcie nigdy altruistami! Jako jedyni trzeźwi w towarzystwie na pewno poczujecie w pewnym momencie ogromny ciężar odpowiedzialności i być może wyzwolą się w was instynkty

          opiekuńcze. Wyzbądźcie się ich! Kazio wyłazi przez okno na dach? Niech wyłazi. Zosia telefonuje dla kawału po straż pożarną? Niech telefonuje. Maniuś wali w drzwi sąsiadów? Niech wali. Niech Stasia, Zenek i Franio idą sobie ulicą, głośno rycząc. Nic im nie będzie. Zawsze się znajdzie jakaś litościwa dusza, która poda im pomocną dłoń, nawet gdyby to było naprawdę potrzebne. Wy się nie wtrącajcie, bo prawdziwe kłopoty może mieć tylko trzeźwy.
          Pamiętajcie też, że zabawa nie kończy się nad ranem. Następnego dnia należy dodać jeszcze ostatnie pociągnięcie, jakim będą telefony lub wizyty u wszystkich uczestników wczorajszej libacji. Współczujemy z powodu kaca, mówimy protekcjonalnie, że sami odczuwamy coś na kształt łupania w głowie, co będzie dowodem naszej organicznej wręcz solidarności i zapewniamy żarliwie, że jeszcze nigdy tak nie ubawiliśmy się, co zresztą czasem może być prawdą. Ale wspominając nie wolno nam się zdradzić, że pamiętamy znacznie więcej niż oni. U podstaw nienawiści pijących do trzeźwego leży stała myśl: „on mnie obserwuje”. Należy dać dowody, że się nie obserwowało; wręcz przeciwnie, trzeba wyrazić szczery żal z powodu rozbitego telewizora i zwalić to na karb naszego zabawowego rozhukania. Skacowany współbiesiadnik poczuje się wtedy kimś lepszym i nie należy wyprowadzać go
          z błędu, ale za to można się pożegnać, poprawić skacowanemu kompres, wyjść na paluszkach a potem, niby przypadkiem, z całej siły zatrzasnąć za sobą drzwi
    • rosapulchra-0 Re: Impreza, namawianie do picia, jak odmawiac 05.04.22, 22:14
      Powiedz, że jesteś alkoholiczką w trakcie leczenia i picie alkoholu jest dla ciebie zabronione. Ludzie na ogół robią głupie miny i szybko się wycofują z jakichkolwiek komentarzy. Oczywiście tak możesz zrobić pod warunkiem, że całkowicie ich opinie o sobie w dudzie, ni wszelkie plotki o tobie też.

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka