riki_i
10.07.22, 19:20
Najpierw historia.
Pan, urodzony końcówka lat 50-tych (to jest ważne, dlaczego - wyjaśniam dalej). Pana nie widziałem na oczy, całość opowieści od osoby z dalszej rodziny żony.
Pan był draniem, nikt nie przekazał szczegółów, w każdym razie ponoć zachowywał się wielce nagannie względem swej żony i córki (córek? nie wiem dokładnie). Raczej nie przemocowo-alkoholowo, tylko bzykająco-utracjuszowsko-romansująco.
Pan był stosunkowo wysoko ustawionym człowiekiem w korpo hierarchii, żaden prezes, ale też nie szeregowy wyrobnik (kierował sporym zespołem ludzi). Zarabiał dużo pieniędzy, miał willę w najlepszej części tzw. linii otwockiej (pas dzielnicowy od Anina aż do Falenicy w Warszawie).
Punktem zwrotnym w życiu Pana był krwawy rozwód, w trakcie którego prawie całe jego otoczenie świadczyło przeciwko niemu. Rozwód zakończył się dotkliwą utratą majątku (stracił dom), stratą pracy wraz ze środowiskowym 'wilczym biletem' oraz przywaleniem ogromnych alimentów. Po tym wszystkim Pan został w swoim życiu bez pieniędzy i sam jak palec. Do tego zaczęły narastać niepłacone alimenty, sumujące się do ogromnej kwoty (plus odsetki).
Pan rychło okazał się niezatrudnialny, ponieważ w dość konserwatywnej branży Pana, pomijając jego złą opinię, nikt nie chciał zatrudnić gościa, któremu z racji komornika zostaje co miesiąc płaca minimalna. W tej branży trzeba się pokazać, a trudno założyć, że z tego co by zostało po wypłacie, Pan byłby w stanie kupić sobie choćby garnitur. Specyfika bardzo dużych korpo notowanych na giełdzie wykluczała ponadto jakiekolwiek płacenie pod stołem. No a PESEL Pana wykluczał przejście na emeryturę (jeszcze za młody, aby na nią przejść).
Przechodzimy do rzeczy. Pan, po długich i bezskutecznych próbach dalszego istnienia w zawodzie, zajął się sprzątaniem parkingu oraz oferowaniem resztce znajomych swoich usług jako malarz pokojowy i "przynieś - podaj - pozamiataj" (za niewielkim wynagrodzeniem). Wynajął pokój na poddaszu niedaleko swojej dawnej posiadłości. Zaczął chorować - zdiagnozowano zakrzepicę. Nie miał pieniędzy na leczenie. Była rodzina odmówiła wszelkiej pomocy, za to twardo egzekwowała alimenty, pilnując czy aby Panu nadal narasta stosowny dług i monitorując, czy przypadkiem nie zatrudnił się gdzieś, gdzie by zarobił ponad minimalną.
Panu w końcu napuchła noga, dostał gorączki, ludzie, u których wynajmował pokój wezwali pogotowie. Pojechał do szpitala, gdzie mu ucięli nogę do połowy uda (niezorientowanym wyjaśniam, że NFZ płaci najwyższą stawkę właśnie za ucięcie nogi, więc przy schorzeniach typu cukrzyca, zakrzepica, nowotwory itp. , należy bardzo uważać, aby szpital nie poszedł po linii najmniejszego oporu). W trakcie pobytu w szpitalu , wynajmujący wystawili Panu walizki, bo nie płacił czynszu.
Teraz szpital chce wypisać Pana donikąd, a Pan wydzwania po resztce znajomych i błaga o pomoc. Była rodzina tj. była żona i córka (córki?) nadal mają go w analu i nie zamierzają kiwnąć palcem. Jacyś dawni ludzie z pracy starają się załatwić DPS, co jak wiadomo proste i łatwe nie jest.
Mam pytanie do Pań z forum. Czy uważacie , że modus operandi ex-żony oraz potomstwa tego Pana jest ok? Ja niestety nie wiem, co ten Pan konkretnie im wywinął, tak jak napisałem prawdopodobnie chodziło o podwójne życie (przy czym po rozwodzie, gdy Pan został totalnie bez kasy, jego kochanica się szybko stleniła).
A już tak super konkretnie , to chodzi mi o to, czy sensowne było dociskanie Pana totalnie do ściany, czego efektem stało się to, że został osobą silnie niepełnosprawną, która już nigdy na pewno nie zarobi na te alimenty (a najprawdopodobniej w ogóle nie zarobi jakichkolwiek pieniędzy). Czy gdyby rodzina -w formie szczątkowej ofc- podała mu rękę, m.in. zgodziła się na jakąś spłatę długu w ustalonych ratach, umożliwiła mu lepszą pracę niż sprzątanie parkingu, wreszcie pomogła w chorobie dostarczając leki i umawiając płatnych lekarzy, wszystkie strony tej historii nie wyszłyby na tym lepiej?
Jednym słowem czy jest sens odgryzać się po starotestamentowemu?