lily_evans011
27.07.22, 13:49
Miało być spotkanko, w pracowni znajomej, od miesięcy umówione, dwa lata temu wypadło bosko, wszyscy przynieśli żarcie i napitki. Później nawet były chętne do zmywania, żeby nie było że syf został.
Atmosfera swobodna, wokół ogród, ławeczki i dom główny, duża działka, więc można było zachowywać się na luzie.
No i co?
Na 3 dni przed laska stwierdza, że będzie nas mniej, że ona nie chce jednak siedzieć w pracowni o może by tak na miasto. Z drugiej strony ją rozumiem, pewnie nie chce jej się szykować miejsca, chować rzeczy, a potem sprzątać i znowu szykować dla klientów.
Proponowane lokale, o jezusiczku, za głupią wodę minimum kilkanascie złotych, za sałatkę w rodzaju takich, jakie normalnie robię sobie w domu, około 50... Nazwy wymyślne, chyba tym klienta przyciągają

. Pić teraz nie mogę, więc dodatkowo nie dołuję się cenami drinków i wina

. No i ludzie wokół, więc tak swobodnie sobie nie pogadasz... Potem plany na jakiś lokal z tańcami, a kysz, tu już na pewno się odłączę.
Próbuję sama siebie namówić, żeby jednak iść. Choć strasznie nie lubię tzw. modnych miejsc, niepotrzebne mi to do szczęścia.
Ech. Wyżalić się chciałam, miała być klimatyczna impreza. No ale jak dziewczyna napisała, że jednak nie u niej, to co tu w sumie powiedzieć...