hrabina_niczyja
06.10.22, 14:38
Natchniona wątkami o chytrusach i dzisiejszym facecie z tindera popełniam wątek na rozluźnienie.
Dekadę temu, kiedy to byłam głupia w randkach i jedyne skąd czerpałam wiedzę to koleżanki i artykuły w necie poznałam pana bardzo zaangażowanego. Wydawało mi się wtedy, że Pana Boga za nogi złapałam. Przystojny, wysoki, zainteresowany, w kontakcie, chętny na spotkania i to nie takie na godzinę, a cały dzień, z jakimś planem. Na pierwszą randkę pojechaliśmy do parku krajobrazowego na rowery i nad jezioro. Niby wszystko ok, ale kiedy wybiła 16 zaciągnęłam go do jakiejś budy z tanim żarciem, bo sam by chyba na pomysł nie wpadł, zapłacił. Za to chwilę później na stacji siedział sobie popijając kawę, mi nie wziął, bo nie wiedział jaką piję, choć wcześniej mówiłam, że z mlekiem. Kupiłam sobie sama. Ale nic to, jedziemy dalej, widocznie tak teraz jest. Na drugą randkę zaprosił mnie do kina, a w zasadzie wyraził chęć pójścia, bo poprosił, żebym ogarnęła film, bo on nie bardzo ma jak. Ogarnęłam, a jakże, bilety też kupiłam. Przed kinem zaproponowałam kawę, bo byliśmy godzinę przed czasem, a chodzić po CH trochę lipa. Za kawę zapłaciłam licząc, że po kinie pewnie pójdziemy na jakąś kolacje czy coś i on zapłaci. Gdzie tam. Po kinie mnie zapytał co dalej robimy, bo on nie wie. Kazałam się odwieźć do domu. Już mi nie pasowało wszystko, ale przecież zaangażowany, w necie pisali, że to dobry znak. Pod domem zapytał mnie czy nie pojechałabym z nim na urlop. No kuźwa, zaangażowanie level hard. Nic tylko chłopa brać. Zadowolona poszłam spać. Na drugi dzień od rana już trąbił i on mnie zaprasza na piknik. No żyć nie umierać. Odwaliłam się na ten piknik, kieca w kwiaty, kapelusz, kocyk. Tylko zamiast pikniku był jedynie mój kocyk, bo ani jedzenia ani kocyka pan nie miał. Po drodze kupiłam wodę, bo picia też nie miał. Ale tak romantycznie na tym kocyku się zrobiło, że głupia idiotka zaprosiłam go do siebie na kolację. Nie muszę dodawać, że na tą kolacje nie kupił nawet wina? No, ale zaangażowany. Niedziela była nad jeziorem, ale ochota na wyjazd u pana jakby mniejsza, ale pojechał. Nawet jakieś owoce kupił po drodze. Nad tym jeziorem wpadł na pomysł, żebym może zarezerwowała nam jakiegiś nocleg na ten urlop. Se myślę jak qwa, toż to trzeba przy rezerwacji zapłacić. Nie zgodziłam się niczego szukać. W drodze powrotnej zajechaliśmy coś zjeść, kwoty rzędu 20 zł za danie. Nie wysiadał z samochodu, bo niby buty musi zmienić, więc czekam. Ale nie czekaj, weź idź zamów, będzie szybciej. Poszłam, zapłacić trzeba przy barze od razu, była kolejka, przyszedł i od razu musiał iść do toalety. Wylazł jak już było zamówione i opłacone. Oczywiście potem jechaliśmy do mnie, a że pod żabka parking zawalony to weź wyskocz, bo nie mogę stać na środku ulicy. Debilka wyskoczyła po piwko i winko.
Kolejny weekend już planował ze mną, więc jest dobrze. Tylko kolejny weekend był w delegacji, ja też, ale wcześniej wracałam, więc się dałam wrobić w ogarnięcie randki. Zamówiłam chińczyka, kupiłam alkohol na drinki. On tylko przyszedł, nie przyniósł nic. Na drugi dzień zabrał mnie do siostry, więc wow. Tylko wieczorem nie było co jeść i ja znowu zamówiłam chińczyka.
Do siebie mnie nie zaprosił, ale przecież wakacje, wizyty u rodziny, po co wymyślać. Tylko urlopu nie było, podobno nie dostał w pracy i musi jechać w delegacje. Podejrzewam, że pojechał sam, ale wtedy za głupia byłam, żeby na to wpaść. Zabrał mnie też na jakieś chrzciny. Kupiłam sukienkę, założyłam szpilki, rano zrobiłam śniadanie, zawsze robiłam tylko ja. Koleś wystroił się w za duży czarny garnitur, czarny krawat i nowa koszule, która kupił ze mną i się szarpnął na 250 zeta. W kopertę włożył kupę kasy i jeszcze dokupił złote kolczyki. Po kolczyki też byłam, ale na żarcie po zakupach już się nie szarpnął i wróciliśmy na moje mielone. Po drodze na chrzciny powiedział mi, że powinnam się cieszyć że jadę, bo nie muszę gotować. Dreptałam tak za nim pod kościołem, bo żeby mnie wziąć za rękę to nie nie. Wróciłam wqwiona i zniesmaczona, więc na drugi dzień jakieś święto to było siedzieliśmy do wieczora o suchym pysku, bo ja nie wstałam, a on nie zamówił nawet obiadu. Ale wycieczki trwały, on mi w chałupie każdy weekend siedział. Nie wychodziliśmy nigdzie, co najwyżej jezioro, rower, kino za które płaciłam ja. Czasami coś tam przyniósł, ale raczej resztki z lodówki, bo się zmarnują. Więc kiedyś przyjechała czerwona kapusta, pół masła i kilka kromek chleba. Jadł z mojego, co najwyżej jakieś drobne zakupy typu 3 pomidory i twarozek. Kiedy się rozchorowałam nie przyjechał nawet, nie przywiózł mi nic do jedzenia, za to zadzwonił i pochwalił się, że właśnie upiekl sobie kurczaczka. Wtedy mi rozum wrócił. Lato się skończyło, kierowca nad jezioro był już mi zbędny, a moje nerwy zszargane. Więc po kolejnym weekendzie kiedy siedział mi na kanapie w tej samej podkoszulce, a miał całe 3 i krótkich spodenkach powiedziałam sobie dość. Koleś żre za moje, pół miesiąca mieszka na krzywy ryj u mnie, drugi miesiąc chodzi w tych samych brudnych adidasach i piankowych sandałach, nie przyniósł mi nawet jednego kwiatka czy butelki wina. Leży mi na kanapie, a ja zasuwam od kuchni do salonu jak kelnerka i mu kawkę donoszę, kupiona za swoje. Obiadki gotuję, kolacje wymyślam. Nawet mi wina do kieliszka nigdy nie dolał. I tak jak pomyślałam i stałam kazałam mu natychmiast wpierd...ć. Nie muszę dodawać, że to jeden z tych co to zła żona do kochanka mu uciekła, a on biedny misiu. Do dziś podziwiam swój rozum wtedy, że mi wrócił.