vivi86
06.10.22, 18:33
Ludzie się zachwycają, że nie będzie kolejek. Nie będzie. Bo 90% nie będzie stać na leczenie.
Mała próbka by Andrzej Saromonowicz:
Też jesteście takimi frajerami, jak ja, którzy mają rodzinny abonament w Enel-Med? Ta firma to granda w biały dzień, interesuje ich wyłącznie drenaż kasy pacjenta, nic więcej. Dlaczego tak myślę? Posłuchajcie, co Wam opowiem. A opowiem o enelmedowych geszeftach, które wyglądają, jakby je Stanisław Bareja wymyślił do jakiegoś swojego filmu o komunie.
Otóż w firmie Enel-Med bardzo chętnie przyjmują od ludzi pieniądze na różnego rodzaju abonamenty. Zawsze to w końcu kilkaset złotych miesięcznie od tego czy innego frajera. Niech płacą i naiwnie myślą, że mają obsługę medyczną. Tymczasem my tak ustawimy grafik, że dla tych z abonamentem nie będzie w ogóle wolnych miejsc u lekarzy. Albo będą, ale z terminami jak w publicznej służbie zdrowia. A my - tak myślą enelmedowe cwaniaki - wizyty lekarskie będziemy jednocześnie sprzedawać nieabonamentowcom, bo płacą żywy szmal, przeszło 200 złotych za wizytę. I jest podwójna kasa, ma się ten łeb, nie?
A teraz przyjrzyjmy się, jak ten drenaż ludzi z kasy wygląda w praktyce.
Weźmy moją historię kardiologiczną w Enel-Medzie. Mam nadciśnienie i jestem pod kontrolą jednej i tej samej lekarki od 2006 roku. Wszystkie wizyty u niej oczywiście w Enel-Medzie. I wszystkie w ramach abonamentu. To daje 16 lat po średnio 500 złotych miesięcznie. Oczywiście w abonamencie są też inne usługi, ale tak czy inaczej przez 16 lat sam abonament to bagatela 96 tysięcy złotych.
Od kilku lat coraz trudniej mi się zapisać do mojej kardiolog ze względu na obstrukcję, którą chciwi szefowie Enel-Medu stosują wobec naiwniaków z abonamentem. Mają różne myki, by to zrobić. A to tak ustawią call-center, żebyś musiał wcisnąć pierdyliard przycisków, by dobić się do człowieka po drugiej stronie, a to aplikację czynią coraz mniej czytelną. No, szczerze przyznam, że inwencji w tym, byś jaki klient umarł z telefonem w ręku, a nie dostał się do lekarza, mają ci enelmedowi spryciarze mnóstwo. Ale i ja jestem zawzięty, poza tym mam problemy z ciśnieniem krwi (ach te stresy przedpremierowe!), więc naprawdę powód do kontaktu z lekarzem był poważny, więc koniecznie się chciałem zapisać.
Rzecz jasna, Enel-Med mnie już tak przyzwyczaił, że szybko do pani doktor nie trafię, że wiedziałem, że lekko nie będzie. No, ale na wolny termin w ciagu trzech tygodni jednak liczyłem, przyznam naiwnie. Niestety, aplikacja komputerowa uparcie pokazywała, że miejsc nie ma.
Nie było ich do końca października. Trudno. Nie było do końca listopada. Trudno. Nie było do końca roku, noż kurwa, myślę, że coś nie tak!
Dzwonię tedy na infolinię i wiedziony obojętnym głosem bota wciskam te wszystkie cholerne przyciski w internetowych zasiekach, którymi Enel Med odgradza się od tych, z których już wycisnął kasę. Wreszcie odbiera młoda dama zatrudniona w infolinii, uff. Więc mówię co i jak, a ona uprzejmie, że najbliższy termin mogę mieć w styczniu.
W styczniu. Jest początek października, a ja do stycznia za sam abonament zabulę Enel Medowi 1,5 tys. Nawet więcej, ale piszę dla uproszczenia.
Więc biorę głęboki wdech i tłumaczę grzecznie, że w styczniu to już może być kilka miesięcy po pogrzebie, jak mnie krew zaleje. I że leki mi przestały działać, zatem zasadne jest moje spotkanie z kardiolożką, która mnie prowadzi od 16 lat, a z którą widziałem się pół roku temu. Pół roku temu, czyli nawet wizyta kontrolna byłaby wskazana. Tak po prostu i bez fikołów, jakie moje ciśnienie odwala mi aktualnie w organizmie.
A ona, że styczeń.
Więc ja - ciągle grzecznie - że oboje dobrze wiemy, że są wolne terminy dla pacjentów nieabonamentowych. I że ja nie chcę przyjść do lekarki, by sobie poplotkować o pogodzie czy polityce, ale po to, by ustawić lepiej leki, bo się naprawdę kiepsko czuję. Równocześnie odwołuję się do jej rozsądku (o, święta naiwności!) tłumacząc, że ta rozmowa jest przecież nagrywana, zatem - jeśli trafi mnie szlag, a może! - to moja rozmówczyni będzie mieć kiepsko, wszak odmówiła pomocy osobie ludzkiej, w dodatku publicznej, i w dodatku przed premierą filmu. Siłą rzeczy zrobi się więc huczek, a po co komu huczek, zwłaszcza jej, bo ja już będę miał wyrąbane na medialne jazdy. I jednocześnie zmieniam temat i pytam podstępnie, kiedy są wolne terminy u mojej pani kardiolog dla pacjentów nieabonamentowych. A pani-głos na to, że jutro.
Jutro.
Kurwa.
Jutro.
Zbaraniałem. Znaczy się dla abonamentowego frajerstwa w styczniu, a dla lepszych - czyli tych, co wydadzą 230 złociszów - lekarz następnego dnia, wuala i ścielimy czerwony dywan?
No, przyznam, że ciśnienie mi deczko skoczyło. Wszelako poprosiłem je o uspokojenie, a sam mówię pani-głosowi: to niechże mnie pani zapisze uprzejmie na jutro, zapłacę pomimo abonamentu, zapłacę żywą gotówką, trudno.
Tak, wiem, że to frajerstwo, bo mam abonament, a w nim pakietową opiekę kardiologiczną, ale przecież chciałbym dożyć przynajmniej do premiery BEJBIS, zatem 230 zeta za takie marzenie to koszt, który mogę ponieść.
Więc powtarzam, by nie było wątpliwości, że się nie rozmyśliłem: ok, łaskawa pani, proszę mnie zapisać, płacę. Na to pani-głos (której głos się w okamgnieniu przemienia z obojętnego na wystraszony, bo najwyraźniej biedactwo sobie właśnie uświadomiło, że wypaplało mi wielką tajemnicę Enel-Medu na trzepanie kasiory) oznajmia, że tego nie zrobi. Dlaczego, pytam, a ona, że regulamin jej zabrania zapisywania pacjentów abonamentowych na płatne wizyty. To jest oczywista nieprawda, proszę tedy coraz mniej chętną do kontaktu rozmówczynię, by mi przytoczyła odpowiedni paragraf z regulaminu, a ona - w coraz większej panice! - a to zaczyna odpowiadać monosylabami, a to zdaniami nie powiązanymi najosobliwszą chociażby logiką, a to uporczywym milczeniem, a kiedy po raz trzeci - jak kur w opowieści o Piotrze, co się Chrystusa zaparł - ponawiam swoje żądanie, pani-głos po prostu się rozłącza.
A ja zostaję z tym swoim śmiesznym nadciśnieniem i z tym swoim jeszcze śmieszniejszym abonamentem, za który w ciągu 16 lat zapłaciłem 100 tysięcy złotych. Zostaję z nimi jak Himilsbach z angielskim w powszechnie znanej anegdocie.
"Nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi" - kołacze mi się po głowie cytat z "Misia" Barei, zapewne bez żadnego związku z rzeczywistością, prawdopodobnie to skutek uboczny nadciśnienia. I jeszcze fragment piosenki Kazika mi się przypomina: "Coście skurwysyny uczynili z tą krainą?"
Tę piosenkę dedykuję szefom Enel-Medu.
Wszelako, żeby im nie było zbyt muzycznie, to równocześnie wzywam ich, by mi publicznie odpowiedzieli, dlaczego traktują swoich klientów jak psie gówno.
A zanim to zrobią, oczekuję, że sobie posłuchają mojej rozmowy ze swoją przedstawicielką z 4 października 2022 z godziny 20:29.
To tylko 13 minut, dużo życia Państwo nie stracicie. 13 minut mojego proszenia o pomoc. Głupie 13 minut upokarzającego błagania pacjenta, by ktoś, kto bierze od niego kilka stów miesięcznie za zapisywanie do lekarzy, zechciał go łaskawie zapisać do lekarza.