marusia_ogoniok_102
12.02.23, 12:22
Jak powiedziałam, są pytania, przy których najlepszym wyjściem jest konsultacja z ematką. Lub psychologiem, ale na psychologa trzeba długo czekać, a ematka jest za darmo.
Ale może od psychologa zaczniemy. Opowiem wam anegdotkę, żebyście na pewno zrozumiały, z czym mamy do czynienia.
Kiedy chodziłam na terapię, tak się zgadało, że fajnie jest się w życiu nagradzać za małe sukcesy. Rozmawialiśmy o różnych formach nagradzania się, w sumie podobny temat do niedawnego wątku, że można herbatą, spacerem, ciastkiem jak najbardziej, itd. I tak też się zgadało, że stwierdziłam, że wielu ludzi lubi się nagradzać pójściem na piwo, albo wypiciem piwa przed telewizorem w piątek po robocie, ale ja tego nie chcę robić, bo nie chcę powiązać sobie alkoholu z nagrodą i w ten sposób wpaść w uzależnienie. Na co psycholog zapytał "A jak często ty pijesz?". No to odpowiedziałam, że tak średnio raz na pół roku, co jest prawdą. Następne pytanie brzmiało: "To czemu od razu myślisz, że miałabyś się uzależnić?" (nie mówiliśmy o regularnym, copiątkowym piwie, tylko piwie od czasu do czasu, żeby było jasne). Na co musiałam przyznać, że owszem, wszystko dla ludzi... ale jednak wolę nie, z ostrożności.
A teraz wracając do meritum - od czerwca zeszłam z 70 kilogramów do 54 kilogramów. Jak? Liczyłam kalorie. Policzyłam, ile mogę jeść, żeby schudnąć i się tego trzymałam, od czasu do czasu dopychając siłownią. Efekt jest... no, świetny. I powiem wam uczciwie, napatrzeć się na siebie nie mogę. Za każdym razem jak staję przed lustrem to mi się humor poprawia, bo o cholera, jak ja fajnie teraz wyglądam.
No i właśnie. I teraz mamy to połączenie między tym stanem i anegdotką, bo ostatnio to "podobanie się sobie" zaczęło mnie trochę niepokoić. Czy ja nie stoję przed tym lustrem za często, w sensie. Czy ja do tego nie przykładam za dużej, nomen omen, wagi. I czy właśnie nie hoduję sobie znacznie gorszego problemu niż nadwaga. Czyli - gdzie jest granica między dumą z osiągnięcia a początkiem zaburzeń odżywiania.
Trochę mnie nie było, więc przypomnę - mam całe spektrum zaburzeń, najsilniejsze są lękowe, zaleczone, ale jak to tego typu zaburzenia, tylko czekają, żeby wyskoczyć znowu. Moja głowa jest cholernie małoodporna i walnąć ją może byle co. A te jedzeniowe są mocno śmiertelne.
No i tak, z redukcji jeszcze do końca nie zeszłam, bo celem jest 50 kilo. Ale mimo to nie mam jeszcze aż takiej obsesji, żeby te kalorie liczyć zawsze i wszędzie (na przykład nie liczę teraz, jak odwiedzam dom rodzinny, no bo bez przesady, nie będę mamie liczyć oleju na patelni), więc chyba znak, że do zaburzeń jeszcze daleko... ale jednak rzucam temat na forum. Kiedy człowiek przegina i powinien się zastanowić, co jest czego warte? Kiedy to moja głowa a kiedy już faktyczny temat na kozetkę?