anna_maria5
17.11.04, 17:37
Jakiś czas temu zainicjowałam wątek o pijanej nauczycielce. Może ktoś pamięta? Kobieta pije sobie od kilkunastu lat, został jej rok do emerytury, a sytuacja się nie zmienia, choć ma za sobą rok leczenia.
Jak sytuacja ma się dzisiaj? Otóż moi uczniowie nadal narzekali,a dyrekcja zapewniała, że rozmawia z kobietą, że "coś" czyni w tej sprawie... Ale jak uwierzyć w to "coś", skoro następnego dnia po rozmowie nauczycielka znowu jest pod wpływem?
Bardzo się w tą sprawę zaangażowałam, środki podejmowane przez dyrekcję wydawały mi się słabe, oczekiwałam jakiegoś ostro postawionego zakazu. Porozmawiałam z młodzieżą i podpowiedziałam, że tę sprawę mogą poruszyć ich rodzice na zebraniu rodziców - aby nadać sprawie bieg oficjalny, aby porozmawiał z nimi dyrektor, zapewnił, że działa.
No i stało się: jestem spalona w środowisko, u rodziców uczniów, kórzy sie wyłamali, u dyrekcji.
W klasie był donosiciel, który informował nauczycielkę, o czym rozmawiamy na godzinie wychowawczej, którzy uczniowie są najbardziej niezadowoleni.
Na zebraniu rodziców, pod koniec spotkania, zapytałam rodziców, czy mają jeszcze jakieś sprawy. Cisza. Jakieś skrępowanie. Wiedziałam od dzieci, że rodzice obawiają się, że nauczycielka może się mścić na pociechach, że boją się dyskusji, wychylenia z tłumu. Sama więc delikatnie zainicjowałam temat, zaproponowałam rozmowę ogółu z szefostwem. Zaprosiłam dyeekcję, rozmowa przebiegła miło, rzeczowo. Usłyszeliśmy, co dyrektor zrobił w tej sprawie, i że jest czujny. Wypowiedź bardzo wiarygodna. Myslałam, że już prawie po sprawie, aż do dzisiaj...
Byłam na dywaniku u dyrekcji: ktoś z rodziców pojawił się po zebraniu z donosem, że to ja napuszczam młodzież, że działam na szkodę koleżanki z pracy i że zainicjowanie rozmowy przeze mnie było po prostu niesmaczne...
Cały dzień ryczę - z powodu własnej głupoty: że stanęłam od samego początku jak matka po stronie moich podopiecznych, że działałam emocjonalnie, że nie stanęłam po stronie nauczycielki jako koleżanka z pracy. Po co mi to było? Było puszczać uwagi uczniów mimo uszu... Było odetchnąć z ulgą, kiedy rodzice zamilkli po moim pytaniu, czy są jakieś problemy... Tak jest wygodnie i bezpiecznie.
Nie ufam już moim uczniom, nie ufam rodzicom. Nie ufam sobie - jestem kretynką, która zasłużyła sobie na ostrą krytykę. Nawet mąż powiedział: a nie mówiłem, że tak będzie? Nie wychylaj się przed szereg! Sama jesteś sobie winna!
Bardzo chciałabym usłyszeć, że może jednak nie jestem taka głupia, ale... przecież nie oszukujmy się, jestem... Zasłużyłam sobie na ten zapłakany dzień...
Ale czy ktoś mógłby mnie pocieszyć, że w jego życiu też zdarzały się takie chwile, że ze wstydu z powodu własnej głupoty tylko pozostawało ciągłe ryczenie...?