Dzieci nie do zniesienia...

20.11.04, 00:33
Takie mnie dzisiaj naszły wspomnienia. Pamietam, że zawsze lubiłam dzieci.
Bardzo. Kiedy byłam jeszcze nastolatką koleżanki mamy chętnie pozostawiały mi
swoje pociechy pod opieką (kilkugodzinną góra). Ja chętnie zajmowałam się
maluszkami. Jednak zdarzały się dzieci, których nieznosiłam. Nie tylko ja (z
tego co mi wiadomo). Nie zależało to szczególnie od sposobu wychowania
dziecka. To były taki dzieci do których po prostu czuło się niechęć. Od razu.
Pamiętam 7 letnią Marzenkę - zarozumiałą, wynisołą, wszystkowiedzącą pannicę
o baaaardzo małym rozumku. Albo 6 letniego Adasia - zabierającego zabawki
innym, upartego jak wszystcy diabli histeryka. Rodzice tych maluchów byli
wspaniałymi ludźmi. Te dzieci po prostu miały w sobie coś takiego... Niewielu
było poza bliską rodziną wielbicieli tych osobnikówsmile Zastanawiam mnie dziś
skąd to się bierze? Czy wy znacie takie dzieciaki? Ja patrząc na syna nie
wyobrażam sobie jak można nie lubić dziecka. A jednak. Przypomniałam dziś
sobie, że istnieją paradoksalnie dzieci nie do zniesienia...

PS: No chyba, że nie mam racji i ze mną jest coś nie taksmile
    • barb42 Re: Dzieci nie do zniesienia... 20.11.04, 00:40
      Ciekawe jak dzisiaj miewa się Marzenka z Adasiem?
      > PS: No chyba, że nie mam racji i ze mną jest coś nie tak:
      -Własne dzieci kochamy bezwarunkowo a cudze za "zasługi"
      • sakada Re: Dzieci nie do zniesienia... 20.11.04, 00:43
        Pewnie masz rację jednak ja lubiłam wiele innych dzieci tak poprostu. Tych nie
        potrafiłam. Niestety.
    • blu4 Re: Dzieci nie do zniesienia... 20.11.04, 05:18
      Ja mam taki problem niestety smile
      Chrześnica mojego przyszłego.Okropnie mi z tym ale nic nie mogę na to
      poradzić...
      • jasmina251 Re: Dzieci nie do zniesienia... 20.11.04, 08:51
        dlaczego za zasługi ???
        ja zawsze miałam gdzieś w zasięgu których nie lubiłam
        mam takowe do dziś
        według mnie nie lubi się dzieci takich bez przyczyny
        to tak jak ludzie dorośli czasem i ch lubimy a czasem nie
        pozdrawiam Justyna
        • iwcia75 Re: Dzieci nie do zniesienia... 20.11.04, 09:45
          oj bywaja dzieci nie do zniesienia. moze nie powinnam byc taka szczera- wszak
          nauczyciel powinien lubic wszystkie dzieci tak sama,ale...to niemozliwe, nie
          wierzcie nauczycielom. bywaja dzieci tak uciazliwe,ze chcialoby im sie
          powiedziec "idz lepiej na wagary, to wszyscy odzyjemy". przerywaja co
          chwile,mówiea głupoty, rzeczy niezwiazane z tematem, wykrzykuja cos znienacka,
          nie slysza polecen, zawsze nie wiedza o co chodzi, marudzą(miauczą),sa albo za
          dziecinne na swoj wiek albo zbyt przemadrzale i madruja sie, inne kompletnie
          nic nie rozumieja z tego,co sie mowi, juz nie mowiac o natretnych skarzypytach!
          zwykle takich delikwentów nie jest wielu- najwyzej 2 na klase,ale potrafia
          uprzykrzyc zycie. a czesto rodzice ich sa przemili.
          niektore z takich dzieciakow wyrastaja juz po roku, dwoch latach z takich
          zachowan,ale wielu z nich pozostaje uciązliwymi w dalszym ciagu.

          przyznaje jednak,ze wiekszosc dzieci, zdecydowana wiekszosc w klasach da sie
          lubic. niektore sa wzruszajace swoja uczciwoscia i prawoscią(głownie chłopcy),
          checia pomocy kolegom, skromnoscia i pilnoscia(to dziewczynki głównie)
    • le_lutki Re: Dzieci nie do zniesienia... 20.11.04, 10:13
      Oj znalam takie - niestety. Z tym, ze w moim przypadku to wynikalo po czesci z
      wychowywania rodzicow - podejscie do swiata typu: ty mi mozesz naskoczyc mama i
      tak zrobi co ja bede chciala. Mowione otwarcie i z drwiacym usmieszkiem.
      Wierzcie, ze w ustach 6-latki brzmi to rownie wkurzajaco, jak u doroslego.
      Najgorsze zas, ze to dziecko mialo racje... A ja je mialam uczyc angielskiego.
      Jego mama gotowa mi byla placic codziennie, byle tylko pozbyc sie na
      troche "uroczego potworka".
      W dodatku dzieci te byly nagminnie swiadkami rozmow i komentarzy (roznych)
      doroslych, rodzicow na temat innych ludzi - znanych im - i potem pozwalaly
      sobie na zachowanie i wypowiedzi takie - wobec tych osob - ze tylko przelozyc
      przez kolano i wlac za brak elementarnego respektu dla starszych. No tylko, ze
      wlasnie komu tu wlac? Dziecku czy rodzicom wink
      Podsumowujac: nie lubie dzieci, ktorym wpojono poczucie wlasnej wyzszosci,
      ktorym nigdy nikt nie zaprzecza w domu (dla zasady), wiec sa przekonane, ze
      zjadly wszystkie rozumy, swiadomych tego, ze rodzicow stac rowniez na to, zeby
      im "kupic" przychylnosc nauczyciela, ze cokolwiek by nie zrobily to bedzie ok i
      zostana poglaskane po glowce a do reszty pusci sie oko mowiac: to tylko dziecko.
      Nie lubie tez dzieci falszywych, ktore w obecnosci matki beda sie slodko
      usmiechac a jak tylko zostana z toba sam na sam to prawie ze cie opluja.
      Oczywiscie, ze mozna sobie i z takimi poradzic (choc nielatwo) ale lubic ich
      nie potrafie, bo naprawde nie ma "za co".
      Pozdrawiam
    • tynia3 Sakado ;-) 20.11.04, 10:38
      Sakado, chwała Ci za ten post wink, bo już podejrzewałam się o to, że jakiś
      psychopata mi pod skórą siedzi i uwalnia się od czasu do czasu. To "od czasu do
      czasu" następuje wyłącznie przy spotkaniu jednej 4,5-latki.
      Źle mi z tym, nie ukrywam, bo wciąż wierzę, że dziecko sporadycznie bywa w
      takich sytuacjach winne, bo to raczej rodzice i sposób wychowywania latorośli,
      ale... .
      Dziecko, o którym piszę jest: niegrzeczne, histeryczne do kwadratu,
      niesamodzielne, a to wszystko gruuubo przekracza granice, które są
      dzieciństwu "właściwe". Do tego wszystkiego ja znam trochę przyczynę. Rodzice
      sympatyczni, ale kłótliwi, atmosfera w domu - jeden chaos. Upór mamusi
      dotyczący nieposyłania dziewczynki do przedszkola, itd. Efekt: huśtawki
      emocjonalne Małej, kompletny brak samodzielności, problemy ze skupieniem przy
      powtarzaniu trzech słów pod rząd ("sześć, siedem, osiem" - za nic nie
      powtórzyła jeszcze 3 mies. temu), nieumiejętność (uwaga!) pokolorowania
      obrazka, że już nie wspomnę o namalowaniu czegoś kółkopodobnego na przykład.
      Nerwy, nerwy i jeszcze raz nerwy i... - o zgrozo! - wychodzenie na swoje.
      Brrr... . Mimo to, że szkoda mi tego dziecka, drażni mnie nieziemsko! Mam nawet
      z tego powodu wyrzuty sumienia, bo naprawdę nigdy wcześniej nie czułam czagoś
      podobnego. Z reguły albo lubiłam dzieci, albo pozostawały mi obojętne.
      Moim zdaniem z reguły taki charakterek u dzieci bierze się z niedojrzałości lub
      zaniedbań rodziców.

      pzdr
      • anna_maria5 Re: Sakado ;-) 20.11.04, 15:04
        No to wszystko z nami w porządku, dziewczyny! Mamy prawo lubić bądź nie
        dorosłych, więc i mamy prawo tak samo czynić w stosunku do dzieci. Bo przecież
        nie jest prawdą, że każdy maluszek jest przeuroczym aniołeczkiem. Są dzieci i
        dzieci. To małe ludziki o kształtującym się już charakterze. Ale czasami
        zdarzają się sytuacje, kiedy zaczynamy nie lubić danego dziecka przez... choćby
        jego rodziców, dziadków, opiekunów. O czym piszę? Mam taką uczennicę, nawet
        fajną, ale obdarzoną strasznie męczącą babcią, która bardzo często bywa w
        szkole, choć nie ma takiej potrzeby. Babcia sie nudzi i swój czas wypełnia
        ciągłymi wizytami w szkole, nawet na zajęciach lekcyjnych. Koszmar. Wszyscy na
        jej widok uciekają. Do tego jest z gatunku wiecznie komentujących i
        niezadowolonych. Zauważam wśród nauczycieli rodzącą się niechęć do dziecka
        przez - wybaczcie - upierdliwość babci. Nikt nie potrafi delikatnie zasugerować
        kobiecie, że powinna sobie odpuścić. I sytuacja trwa. Uczennica już samym swoim
        widokiem zaczyna budzić w ludziach zniecierpliwienie, a przecież nie jest
        niczemu winna. Nauczyciele się powstrzymują, starają być grzeczni, ale sytuacja
        staje się napięta. A dziecko zaczyna na tym tracić.
Pełna wersja