martucha1
22.11.04, 13:39
Ponieważ jestem w zagrożonej mimo, że to dopiero 9 tc muszę leżeć w domu
conajmniej do połowy grudnia. Po wysłaniu zwolnienia do pracy postanowiłam
zadzwonić do szefowej i powiedzieć jej jak sprawa wygląda, żeby w okresie
przedświątecznym (który jest u nas najbardziej pracowity) mogła kogos
zatrudnić choćby na zlecenie (przy okazji mógłby się wdrażać, żeby mnie
zastąpić podczas późniejszego macierzyńskiego). I co się okazało? Najpierw
przez telefon powiedziała mi, że to była głupia decyzja o ciąży (pierwsza
zakończyła się cc). Przemilczałam to bo jedyne co mogłabym odowiedzieć, to że
to nie jej zakichany interes (zwłaszcza, że nie mam obowiązku jej informować
o przyczynie mojej nieobecności). Potem okazało się, że ona lata po
wszystkich w pracy (ze wszystkich działów- miałam już kilka telefonów z
gratulacjami lub ostrzegających przed nią) i opowiada o mojej ciąży, że ją
złośliwie załawiłam z tym zwolnieniem. Wkurzyłam się jak jasna cholera. Moja
ciąża to jest moja intymna sprawa i nie chciałam żeby ktoś o niej wiedział o
czym poinformowałam ją w rozmowie telefonicznej.
Przy okazji nie jest to prywatna firma mojej szefowej i moja nieobecność
nijak się nie przekłada na zarobki mojej szefowej.
I co gorzej jestem bezsilna wobec jej chamstwa i plotkarstwa.
Jestem wścikła na siebie, że chciałam być wobec niej w porządku. Takie
wstrętne babska powodują właśnie to, że kobiety w ciąży robią numery w
stylu "nie mówię nic o ciąży tylko pewnego dnia znikam na kilka miesięcy".
Marta