kborz2
04.04.05, 14:02
Mam - jak mi się zdawało - przyjaciółkę, od piaskownicy, z jednej awki w
podstwówce, cały czas mamy ze soba kontakt, spotykamy sie na plotki itp. Ja
mam męża i dziecko, pracuję i praktycznie troche mniej wolnego czasu. Moja
przyjaciółka mieszka z rodzicami, nie pierze, nie sprząta nie gotuje - ma
czasu trochę więcej. Ma ona również faceta ale od 5 lat jest w Angli i
spotykają sie sporadycznie. Nigdy nie prosiłam jej o pomoc aż do teraz.
Od połowy ubiegłego tygodnia z mężem ścieęła nas grypa z wszelakimi
dodatkowymi przyjemnościami gorączka, torsje itp. W piątek synka zabrała moja
mam żeby sie nie zaraził i cały weekend był u niej. Teść jest za granica a
teściowa w piątek wyszła po operacji ze szpitala i pojechała do siostry męża.
Nie mamy nikogo z rodziny więcej do pomocy. Zadzwoniłam do mojej przyjaciółki
czy nie mogłaby w sobotę zabrac mojego synka na spacer do parku na dwie
godziny a wszystkie koszty pokryję, bo do mojej mamy mieli przyjść robotnicy
robić balkon. (przyjaciółka mieszka obok mojej mamy). Powiedziała że jest jej
przykro ale musi jechac na dworzec nadać przesyłke do swojego faeta. Mi też
się zrobiło przykro. Nigdy dotąd o nic ją nie prosiłam,i nikogo oprócz
rodziców nigdy nie prosiłam żeby zajął się moim dzieckiem choćby przez 5
minut.Dopiero po 5 latach zaszła taka potrzeba. Dodam że stan mój i mojego
mężą był tak fatalny jak nigdy dotąd. Jeszcze nigdy tak nie chorowaliśmy na
raz. Czy nie mam prawa liczyć na pomoc przyjacióki ? Czy za dużo wymagam ?
Wydawało mi się że przyjaźń m.in na tym polega. Nigdy dotąd ją o nic takiego
nie prosiłam. Chciałabym poznac Wasze zdanie.