ala67
08.06.05, 15:02
Poczytałam sobie wątek o prezentach z okazji Dnia Dziecka, a tam mnóstwo
wypowiedzi typu: prezenty to nie obowiązek, nie wymagać niczego, z każdego
się cieszyć, itp. A ja mam problem inny: teściową, która uwielbia dawać
prezenty, i to szczególnie dla mnie. Ideał? Ano, same oceńcie...
W Dzień Dziecka przyszła bez czegokolwiek dla dzieciaków, za to z prezentem
dla mnie - jako jej dziecka. Odwinęłam torebkę foliową (opakowanie to zbędny
wydatek), no i niestety wysupłałam - dwie sztuki hm... odzieży. Kolory i
fasony, jakich nigdy nie noszę i nie założę - niebanalne, umówmy się, i do
tego rodem jak nic z jakiegoś ciucholandu.
Zeby było jasne: mnie samej zdarza się czasami zaglądać do tzw. lumpeksów,
czasem coś dla dzieciaków wyszukam. Ale czy to jest właściwe miejsce do
kupowania prezentów? I to w dodatku nagminnego?
Bo widzicie, to nie był jakiś wyjątkowy przypadek. Od początku naszej z mężem
znajomości (lat ponad 10) jestem przez teściową obsypywana tego typu darami.
Na początku zawsze pięknie dziękowałam, potem odkładałam do szafy i
upłynniałam. Jak się dało, to komuś (bywało, że rzecz nie była najgorsza,
tylko rozmiar nie ten), jak nie, to do PCK...Potem zaczęłam delikatnie
sugerować, że skoro nie mam np. nic w kolorze różowym i z falbankami, to
znaczy, że nie lubię, a nie, że mi czegos takiego bardzo brak w szafie. Bez
rezultatu. W końcu kiedyś się zebrałam (do czego mnie cały czas mąż namawiał,
który zresztą niejedną rozmowę z mamusią na ten temat przeprowadził), i
powiedziałam - delikatnie, ale prawdę. Ze mam z tego typu prezentów więcej
kłopotu niż pożytku (no właśnie - teściowa z wyrzutem - ngdy ich nie nosisz).
No i co? No i Dzień Dziecka przyszedł...
Tym razem zachowałam się asertywnie. Pięknie podziękowałam za pamięć,
przeprosiłam, że to nie moje kolory i fasony, wyraziłam nadzieję, że się może
komuś innemu przyda. I oddałam... Co byście zrobiły na moim miejscu? Źle
postąpiłam?
Słuchajcie, ja naprawdę nie mam wymagań. Na pytania, co chcę w prezencie,
zawsze mówię: kwiaty. Szczerze! Raz dostałam, to piałam ze szczęścia, żeby
było zapamiętane, co mi sprawia radość. A jak już koniecznie musi być coś, to
jest tyle niekoniecznie drogich, uniwersalnych prezentów, które można kupić w
sklepie. Nie na łóżku ze starymi ciuchami.
Dodam, że teściowa ma dobrą sytuację finansową, choć mnie zaraz zakrzyczycie,
że roszczę. Słowo, nie! Chodzi o to, że jak już chce mi coś kupić, nie musi
się uciekać do takich metod. To raczej jej sposób na życie, powiedziałabym.
Siebie też ubiera głównie w takich miejscach (ja do sklepów w ogóle nie
wchodzę -cyt.) A jak już, to do hipermarketu. Po np. koszule w prezencie dla
syna, a mojego męża. Takie po 8 zł sztuka. Za to od razu trzy...
Prezenty dla dzieci - podobnie. Starszej (9 lat) wciąż kupuje jakieś ciuchy
w rozmiarze 36, "przecież można zaszyc, zwęzić, gumkę wszyć". Nic nie mówię,
odkładam do szafy, może dorośnie, może komuś dam...
Aha, my zawsze kupujemy mojej teściowej prezenty typu: rzecz jedna, a
przemyślana i porządna, niekoniecznie bardzo droga. Dobry kosmetyk, ładną
pościel, jakiś garnek do zdrowego gotowania - interesuje się tym, itp.
Rezultat rozmów: teściowa lubi mawiać, że już się boi cokolwiek kupować mnie
i dzieciom, bo jestem zawsze niezadowolona. A to nieprawda! Przy trafionych
prezentach (zdarzały się i takie) zawsze się cieszyłam i cieszę! Bardzo i
wyraziście!
A po Dniu Dziecka było jej przykro. I co Wy na to?