nik1
16.06.05, 15:36
Muszę sie wreszcie podzielić historią, która trwa w moim życiu od kilku lat.
A dodtyczy ona nie tylko mojego życia ale i trzech innych ( bardzo bliskich
mi osób).
Mam przyjaciółkę taką jeszcze z liceum (wiele razem przeszłyśmy) - ona jest
mężatką od 12 lat ma syna (11 letni chłopak).
Po latach przyjaźni z nią zaprzyjaźniłam się również z jej mężem. Bywały
okresy kiedy prawie u nich "mieszkałam" (stateczne małżeństwo z dwójką dzieci
z czego jedno dziecko to ja

). Byłam wtedy samotna nie miałam dziecka ani
faceta. I wtedy po raz pierwszy mąż mojej przyjaciółki wyznał mi miłość.
Powiedział, ze kocha nas obie !!! Nie moglam się z tego otrząsnąć - nasze
kontakty sie bardzo oziębiły. I wtedy jego żona pełna zaufania do mnie (i do
niego również) zaczęła pytać czemu nie przychodzę - myślała, że się na nią
pogniewałam. Co miałam zrobić - powiedzieć jej? Nigdy nie zebrałabym się na
odwagę aby powiedzieć jej co usłyszałam od jej męża.
Potem zaszło dużo zmian głównie w moim życiu. Mam dziecko, faceta,
przeprowadziłam się do innego miasta. Cały czas utrzymuję kontakt z moją
przyjaciółką i z jej...mężem. Odwiedzamy się całymi rodzinami.
On nadal twierdzi, że mnie kocha a ja zaczynam dostrzegać jak bardzo pasujemy
do siebie. Jak doskonale czujemy sie w swoim towarzystwie, jak cudownie
rozumiemy się bez słów. Jego filozofia i podejście do życia pokrywają sie z
moją. Nigdy nie mówiłam mu, że coś do niego czuję (bo nie kocham - ale wiem,
że gdyby nic nas nie ograniczało - zakochałabym się) ale on widzi, że przy
nim rozkwitam.
Nasi partnerzy absolutnie niczego nie podejrzewają, mało tego uważają, że ja
i on stanowimi doskonałą parę kumpli, która może ze sobą konie kraść. Dażą
nas bezgranicznym zaufaniem (do tego stopnia, ze mogłabym razem z nim i
dziećmi wyjechać na wczasy a jego żona i mój partner nie mieliby nić
przeciwko temu - taki pomysł już padł).
Ja kocham mojego faceta - jestem mu wierna i cenię go za wiele jego cech i za
to co dla mnie zrobił.
Ale wiem, że naprawdę szczęśliwa mogłabym być tylko z mężem mojej
przyjaciółki i on myśli tak samo.
Nie pytam o radę - bo wiem co mam zrobić - najlepiej NIC nie zmieniać.
Zastanawiam się tylko, czy mając szczęście w zasięgu ręki należy po nie
sięgać, czy bacząć na innych nam bliskich, brnąć dalej w poukładanym życiu -
bez namiętności i zrozumienia?