warunek przetrwania mojego małżeństwa?

06.10.05, 12:20
Moje małżeństwo zmierza chyba ku końcowi, w naszych rozmowach powoli zaczyna
się pojawiać słowo "rozwód". Jesteśmy małżeństwem od 7 lat, znamy się chyba
od 12 lat, mamy jedno dziecko. Bezpośrednią przyczyną kryzysu w moim
małżeństwie, który to trwa już chyba trzeci miesiąc jest mój konflikt z
teściową. Popełniłam z pewnością błąd, bo powiedziałam jej( bardzo spokojnie,
bez podnoszenia głosu) kiedy intensywniesmile głaskała mojego synka po
pleckach "E... (mówimy sobie po imieniu), nie głaszcz Go tak, to przecież nie
pies". Teraz zdaję sobie sprawę, że mogłam to załatwić w inny sposób,
powiedzieć choćby do synka, żeby do mnie podszedł i tesciowa musiałaby Go
puścić, ale działałam pod wpływem chwili i cóż, wymknęło mi się tak
niefortunne sformułowanie, po prostu pierwsze skojarzenie opisujące to, co
widziałam. Trudno, stało się, chociaż obraziłam chyba najbardziej mojego
najkochańszego synka porównując go do psa sad. Wybuchła wielka afera. Teściowa
dostała spazmów, już wtedy powiedziałyśmy sobie kilka przykrych słów we
wzburzeniu, usłyszałam wtedy m.in. "już niedługo twój syn przekona się jaka
naprawdę jesteś".
Prawdą jest, że ja po prostu nie mogę się przemóc i jej polubić, właściwie
sama nawet nie wiem, czy jej nie lubię, czy nawet chwilami lubię, ale tak
mnie czasami denerwuje, że ... Nie okazuję jej zbytniego szacunku (to
niestety prawda, ale mam swoje powody, o których ona nie wie, że ja wiem),
nie pytam jej o zdanie w żadnej kwestii, nie chcę do niej mówić mamo (to
jeden z głównych zarzutów jej i mojego męża wobec mnie).
Po jakimś miesiącu od tego przykrego zdarzenia umówiłam się z teściową na
rozmowę u niej w domu. Byłyśmy same i mogłyśmy sobie pogadać, wywlec
wszystkie żale i pretensje nagromadzone przez lata, ponieważ nigdy wcześniej
nie doszło między nami do wymiany zdań i nigdy nie powiedziałyśmy sobie
szczerze, co o sobie myślimy, co nam przeszkadza. Zaczęłam rozmowę od
powiedzenia, że przykro mi z powodu tego co zaszło, że mogłam wtedy użyć
innych słów. Powiedziałam, że niestety chyba nie potrafimy się dogadać, że
nie ma między nami 'chemii' i że najlepiej będzie jeśli nie będę się z nią (i
teściem) na razie widywała. Że każda wizyta u nich to dla mnie duży stres,
ból brzucha, niepotrzebne nerwy. Że zdałam sobie sprawę, że to dla mnie za
duże psychiczne obciążenie, że potrzebuję spokoju, że nie chcę być hipokrytką
i dalej udawać i zaciskać zęby, żeby czegoś znowu nie powiedzieć. Że nie chcę
żyć pod przymusem spotkań, chcę przyjść do nich wtedy kiedy będę miała
ochotę, a nie wtedy kiedy wypada, choćby następne spotkanie z nimi miało być
za 2 miesiące. Że odwiedzać ich będzie mój mąż z synkiem, a ja przyjdę wtedy
kiedy będę miała na to ochotę. Nawiązałam także do naszej niechlubnej
przeszłości, że mam pretensje o kilka rzeczy m.in. o to, że kiedyś
powiedziała mi, że tak krótko trzymałam jej syna, że nie mógł poznać kogoś
innego, że w czasie mojej ciąży zadzwoniła tylko raz, żeby zapytać jak się
czuję itp. Od teściowej usłyszałam w zamian, że jestem złym człowiekiem, bo
nie mam przyjaciół "a każdy dobry człowiek posiada chociaż jednego
przyjaciela", że mnie nikt nie lubi "mnie lubią wszyscy, a ciebie - nikt"
(teściowa ma zawsze bardzo dobre mniemanie o sobie i uważa że wszyscy ją
uwielbiają; kiedy ją spytałam jak układało się między nią a jej teściową
usłyszałam oczywiście "mnie kochała najbardziej", "spytaj kogokolwiek,
wszyscy powiedzą ci jak mnie lubią"). To taki typ człowieka. Przy takim
wysokim mniemaniu o sobie jest jej bardzo ciężko zrozumieć, że ja chyba jako
jedyna na tym świecie nie przepadam za nią. Oczywiście nie omieszkała mnie
uraczyć prawdami oczywistymi: "żon można mieć kilka, a matkę ma się jedną"
czy "od miłości bardzo krótka droga do niemawiści", co zabrzmiało praktycznie
jak groźba.

Ciężko jest też w tej sytuacji mojemu mężowi, zdaję sobie sprawę że jest
między młotem a kowadłem. Zasadniczo smile ma dobry charakter, nie znosi żadnych
sporów, niesnasek w swoim otoczeniu. Chciałby mieć idealną rodzinę jak z
jakiejś sielskiej-anielskiej reklamy. Natomiast jeśli chodzi o ten konflikt
to ma strasznie egoistyczne podejście - mam go rozwiązać go tak jak ON chce.
A we mnie narasta bunt, bo nie lubię kiedy ktoś narzuca mi swoje "jedynie
słuszne" zdanie. Dlatego od czasu tego nieszczęsnego incydentu jestem karana -
mam wrażenie, że mąż stosuje wobec mnie presję psychiczną, abym załatwiła
sprawę z jego mamą PO JEGO MYŚLI(bo jemu "ta sytuacja nie odpowiada"), to
wtedy zmieni się między nami na lepsze. Ale ja nie chcę już oszukiwać, robić
dobrej miny do złej gry, zaciskać zębów, nie chcę żyć pod presją spotkań.
Chcę mieć wolną wolę i prawo decydowania z kim chcę sie spotykać i kiedy. Nie
chcę robić już tylko tego co wypada. I nie będę mówiła do teściowej 'mamo',
bo tak wypada i ona by tego oczekiwała.
Mojej teściowej oczywiście też zdarzają się słowne lapsusy, często powie coś
zanim pomyśli, ale dla niej, jej zachowania i tego co czasami palnie mój mąż
ma zawsze to samo wytłumaczenie, najbardziej mnie rozwalające: "bo ona taka
jest, "na pewno nie chciała źle". Coż, ja też jakaś jestem: egoistka ze mnie
czasami, trochę narwana, nie za bardzo okazująca uczucia, mało skłonna do
kompromisów, niepokorna. Jak ktoś mnie doprowadzi do ostateczności (baaardzo
rzadko) walę prawdę między oczy, nie cierpię jak ktoś nieproszony próbuje
udzieleć mi rad, wypytuje o rzeczy, które nie powinny go interesować itd.
Podsumowując: w domu mam impas, do męża nie trafiają moje argumenty, co
chwila nagabuje mnie "co zamierzasz zrobić w związku z moimi rodzicami"? A ja
nie mam w tej chwili ochoty czegokolwiek robić i nie chcę być do czegokolwiek
zmuszana, co mu już wiele razy powiedziałam!
Oczywiście nie chcę też żadnego rozwodu, ale mam powoli dosyć tego, że mąż
nie może się zdobyć wobec mnie na odrobinę wyrozumiałości, której wielkie
pokłady ma dla swojej matki, że stosuje taką psychiczną presję. Nie
powiedziałam przecież, że już nigdy nie chcę jej widzieć, może jeszcze kiedyś
nasze stosunki się ucywilizują, na pewno jeszcze nie raz sie spotkamy,
potrzebuję tylko trochę odetchnąć. On tego nie rozumie.
Czy rozumie choć trochę ktoś, kto szczęśliwie przeczytał do końca moje
wypociny?
    • edorka1 Re: warunek przetrwania mojego małżeństwa? 06.10.05, 12:34
      Nie wydaje się ta teściowa być najgorsza, są gorsze egzemplarze smile)). Większość jest upierdliwa niestety, idiotyzmem byłoby rozwodzić się z tego powodu.No i synowe nie zawsze sa aniołami i też te teściowe czasem cierpią. Więc radziłabym przestać się przejmować, nie rozdrapywać ran, od czasu do czasu pozwalając jej pogłaskać syna jak pieska smile. A mężowi powiedz... że musisz ...przeczekać. w końcu jakby nie patrzeć sama też będziesz kiedyć teściową smile.
      • aga-ka Dziwne postępowanie męża 06.10.05, 12:57
        Wg mnie to nie teściowa jest problemem tylko mąż a raczej sposób w jaki stawia
        sprawę....
        Albo się kogoś lubi albo nie. I już. NIe można sie zmuszać. Należy się każdemu
        szacunek jako człowiekowi ale to nie znaczy że muszę daną osobę uwielbiać i
        chcieć z nią przebywać dla towarzystwa.
        Wg mojego rozeznania wizyty obowiazkowe należy zaliczyć (imieniny, święta itp)
        a pozostałe wizyty - te dla przyjemności - odpuścić.
        NIe można kobiety całkowicie zignorować bo to w końcu matka męża i
        jakieś 'minimum' wink jej się należy.

        Dziwny ten twój mąż. Jak on w ogóle czuje się uprawniony d tego żeby ci mówić
        kogo masz lubić a kogo nie.... No i jeszcze cię szantażuje...
        Jak pisała edorka głupio byłoby się rozwodzić z takiego powodu....
        Może uda się mężowi wytłumaczyć różnicę między szacunkiem a 'lubieniem'. Jeśli
        oczywiście takowy szacunek teściowej okazujesz. Ja w swoim otoczeniu mam ludzi
        których nie specjalnie lubię właśnie ale mam z nimi poprawne stosuki z racji
        tego że każdy zasługuje na prawo do poszanowania własnej osoby. NIe umawiam się
        z nimi na kawę, nie zapraszam ich do siebie do domu, nie zwierzam się im i nie
        opowiadam o sobie.... MOże mąż też zna takich ludzi? Zapytaj dlaczego nie
        spotyka się na piwie z kolegą X a z kolegą Y zawsze bardzo chętnie? Mimo że
        obaj są jego np sąsiadami. Panu X mówi tylko cześć i idzie dlaej a z panem Y
        zawsze pogada jak spotka przy okazji.
        Próbować ciebie zmusić do lubienia kogoś to tak jak np zmuszać do tego żebyś
        przestała lubić. To są uczucia i one nie podlegają wpływowi rozumu. Podlega
        natomiast nasze postępowanie. Czyli jeszcze raz szanuj ale nie musisz z
        uwielbieniem patrzeć w oczy i umawiac się 5 razy w tygodniu na spotkania. (panu
        X nalezy się cześć jako sąsiadowi ale nie ma obowiązku zapraszać go na wspólne
        oglądanie meczu)
        Jakoś obrazowo, na przykładach, jak chłop krowie na rowie... może się uda
        mężowi wytłumaczyć.

        Może dziewczyny będą miały jakieś pomysły jak uświadomić mężowi i jak
        wyegzekwować od niego prawo do własnych emocji i własnego zdania.

        Pozdrawiam i życzę udanego rozwiązania problemu.
        AGA
    • mamadacja Re: warunek przetrwania mojego małżeństwa? 06.10.05, 12:37
      Przeczytałam do końcasmile Twoja teściowa jest zdaje się z charakteru taka jak
      niestety moja matkasad Ona wspaniała, najlepsza, nieomylna... Broń Boże nie
      zmieniaj swojego podejścia i nie zaciskaj zębów, żeby tylko między Tobą a mężem
      było lepiej. Przede wszystkim powiedz mężowi, że ty zdania nie zmienisz, masz
      swoją godność. Jak mąż nie odetnie swojej pępowiny i nie stanie po twojej
      stronie( albo chociaż przestanie naciskać), to przemyśl sprawę chwilowego
      rozstania. Może zrozumie. A jak nie zrozumie to moim zdaniem nie ma co dłużej
      utrzymywać tego małżeństwa. Bo facet nie dorósł do roli samodzielnego męża,
      rodzica, tylko ciągle gra rolę syna. A to trzeba zmienić.
    • g0sik Re: warunek przetrwania mojego małżeństwa? 06.10.05, 12:38
      No coż, ja bym nie ustąpiła w kwestii przeproszenia i wizyt u "mamusi".
      Rozmawiaj, rozmawiaj i jeszcze raz rozmawiaj z mężem o tym jak się czujesz.
      Jeśli teraz ustąpisz problem będzie narastał. Pewnie czujesz, że ta kobieta Cię
      nie akceptuje i dlatego jej nie lubisz. Zresztą Twoja teściowa jest jakaś
      dziwna - jak można zrobić taką aferę o nic??? Mam wrażenie, że próbuje Ci
      udowodnić kto jest ważniejszy dla Twojego męża........
    • kosmitos Re: warunek przetrwania mojego małżeństwa? 06.10.05, 12:40
      współczuję męża maminsynka; co do teściowej to po prostu się nie lubicie i
      tyle; powiedz mu, ze ma wybierać; niech on się martwi-zamieńci się; nie pozwól
      mu ciągle trućci du.. co zrobisz w sprawie jego rodziców tylko powiedz wprost,
      że nic i jak mu się nie podoba to niech spier.... do mamusi a jak chce zostać
      to ma być miły
    • aga308 Re: warunek przetrwania mojego małżeństwa? 06.10.05, 12:43
      ja przeczytalam, i prawde mowiac mam mieszane uczucia, nie rozumiem, dlaczego
      wasze malzenstwo zalezy od twoich kontaktow z tesciowa? ja tez nie przepadam za
      swoja, nie mowie do niej mamo, nie przejdzie mi przez gardlo, zawsze kombinuje
      jakos bezosobowo, nie ufam jej i nie lubie, nie zostawilabym jej dziecka nawet
      na 5 minut, ona zreszta i tak nie interesuje sie wnukami (ma ich kilkoro), nie
      interesuje sie czy zdrowe czy chore, czy im czegos trzeba, czy maja z kim
      zostac, jak moje dziecko sie urodzilo, to zobaczyla je po 1,5 m-ca, jak ja
      oficjalnie zaproslilismy na wystawny obiad... dla mnie to zenada, ale ona nie
      jest mi do niczego potrzebna, radzimy sobie bez jej pomocy. maz chodzi tam
      kiedy czegos potrzebuja, czy kiedy ma ochote, ja wyjatkowo, jak musze. ale maz
      nie zmusza mnie na sile do kochania jego rodzicow...
      nie rozumiem, widocznie twoj nie odcial sie od mamusi, chyba ze jakos od nich
      zalezycie? ale nie wynika z twoejej opowiesci. ludzie maja wieksze problemy,
      szkoda czasu na takie bzdury. i tak powinnas postawic sprawe, chce, niech tam
      chodzi, ty nie chcesz i nie bedziesz, krotko. jestescie zdrowi, macie co jesc i
      gdzie mieszkac? poza tym uklada sie wam? to po co to komplikowac. on musi to
      zrozumiec, ja jestem po twoejej stronie. trzymaj sie i napisz co sie dzieje
      dalej.
    • kasik751 Re: warunek przetrwania mojego małżeństwa? 06.10.05, 12:55
      Sadzac po spokoju z jakim to opisalas i wywazonych argumentach wiesz co robic i
      wiesz, ze masz w tej sytuacji racje.
      Popieram taka postawe i chobym to moze inaczej ujela to zasadniczo zgadzam sie
      z kosmitos smile
      Pozdrawiam.
      • aga-ka Re: warunek przetrwania mojego małżeństwa? 06.10.05, 13:05
        widzisz kasia ja się nie zgadzam z kosmitos....
        męża potępiamy za stawianie sprawy w sposób; ma być tak jak ja chcę a jak nie
        to rozwód a dziewcznę zachęcacie żeby to ona zastosowała podobną strategię.
        Szantaż w ogóle nie jest sposobem 'na prowadzenie życia małżeńskiego' Wg mnie
        cały bajer polega na tym żeby się dogadać....

        AGA
        • kasik751 Re: warunek przetrwania mojego małżeństwa? 06.10.05, 13:20
          Ja w postawieniu sprawy przez kosmitos wyczytalam co innego. Stosunek do matki
          a do zony to nie jest sprawa analogiczna.
          Zadanie szacunku przez zone w postaci uznania jej niecheci do tesciowej to nei
          szantaz, to prawo zony. Nie ma obowiazku przyjaznic sie z tesciowa i nie z
          tesciowa brala slub.
          Za to maz moze matke swoja szanowac, ale nie kosztem godnosci swojej zony.
          Pozdrawiam.
        • kosmitos Re: warunek przetrwania mojego małżeństwa? 06.10.05, 13:49
          masz w 100% rację, ale jej mąż nie próbuje się dogadać z nią tylko wymaga
          odpowiedniego traktowania mamusi, więc co dziewczyna ma zrobić-poddać się,
          ustępować, martwić? a po co? mało w życiu prawdziwych stresów? niech się
          maminsynuś martwi! może terapia szokowa spowoduje że otworzy oczy; ja też
          uważam, że w małżeństwie należy się dogadywać, ale jak się nie da to trzeba
          szukać optymalnego rozwiązania (czyli najlepszego dla siebie)
    • lila1974 Re: warunek przetrwania mojego małżeństwa? 06.10.05, 13:02
      Również przeczytałam do końca i nasuwają mi się wnioski.
      Spotkały się dwa zupełnie odmienne charaktery, przy czym oba mocne.
      Twój mąż wcale nie jawi mi się jako maminsynek, tylko normalny człowiek, który
      dostrzega, gdzie jest pies pogrzebany. Wybacz szczerość ale sądzę, że większa
      wina tej sytuacji leży po Twojej stronie. Pomyśl, z czego się wziął Twój wybuch
      odnośnie głaskania? Czy nie z tego, że wciąż w obecności teściowej myślisz
      tylko o jednym - "jak ona mnie wkurza"? Takie nastawienie prowadzi w końcu do
      niechęci i usprawiedliwiania swoich niegrzecznych zachowań. Owszem, przyznałaś,
      że wyrwałaś się zupełnie nie potrzebnie z tekstem o psie ale to nie tu tkwi
      sedno sprawy. Zaraz potem wyłożyłaś nam i sobie argumenty, które przemawiają za
      tym, że w sumie miałaś do tego prawo.

      Twoja teściowa moze i jest męcząca z tym swoim przekonaniem, że wszyscy ją
      lubią ale to nie zbrodnia. Wystarczyło przyjąć do wiadomości, że ma taki sposób
      bycia, a wręcz potraktować jako nieszkodliwe dziwactwo i już.

      Uwierz, wszystko da się załatwić przy odrobinie dobrej woli. Teściowa sprawiła
      Ci przykrość swymi wywodami na temat Twojego małżeństwa i Ciebie jako takiej -
      żadna nowość. Mało która teściowa jest zachwycona swoją synową. Cała sztuka
      polega na tym by mimo wzajemnej niechęci nie rozpoczynać wojny.

      Nie dziwię się męzowi, że chce zakopania toporu wojennego. Chce mieć szczęśliwą
      rodzinę, a o to trzeba zadbać, nieco się wysilić.

      Może uczciwie przeanalizuj swoje nastawienie do teściowej i zobacz, czy ona
      faktycznie zasługuje na potępienie. Jeśli nie jest koszmarem z Doliny Wiązów to
      porozmawiaj z nią jeszcze raz. Tylko tym razem nie rób jej łaski, że jak
      będziesz miala ochotę to do niej przyjdziesz. Gdyby ktoś mi powiedział coś
      takiego to raczej nie chciałabym, aby kiedykolwiek do mnie przychodził.

      Niech mąż zobaczy odrobinę dobrej woli z Twojej strony a nie tylko pretensje,
      bo on ich nie rozumie.
      • faceeet ladnie napisalas, ale niepoprawnie politycznie :) 06.10.05, 18:27
        ...
    • aliszka25 oj nieciekawie 06.10.05, 13:17
      Rozumiem Cię... Też mam konflikt z teściową i w sumie sytuację bardzo zbliżoną.
      Wiesz, wydaje mi się, że chyba i tak dla dobra rodziny, gdy trochę ochłoniesz
      podkulisz ogonek i zrobisz tak jak mąż Ci każe. To takie smutne...
      aż nie weim co Ci napisać poza tym, że łapkami i nogami jestem po Twojej
      stronie. Teściowa uważa się za świętą krowę a mnie takie rzeczy bardzo
      denerwują i przykro mi się zrobiło, że przez głupią babę dwoje ludzi, którzy
      się kochają zastanawiają się nad rozstaniem.

      Wiesz moja teściowa powiedziała (zresztą zawsze na mnie gada) kiedyś mojemu
      mężowi "Ani ona ładna ani zgrabna a takie ma wymagania" (chodziło o choćby
      niewielką pomoc przy córce i w pracach domowych zaraz po porodzie) i wtedy
      zrozumiałam, że między nami nigdy ni ebędzi edobrze. Ciesze się jak znajduję
      jakąś dobrą wymówkę, żeby do niej nie iść bo pomimo tego, że ona mnie nie lubi
      sprawia jej przyjemność to że mnie widzi. Widzę jak szuka argumentów, żeby
      później karmić nimi teścia i mojego męża jaka to ze mnie zła żona i matka.

      Z teściową nie wygrasz niestety i im szybiej się z tym pogodzisz tym lepiej.
      Zaciśnij zęby i pomyśl sobie (uwaga to straszne co teraz napiszę...) że
      teściowa wiecznie nękać Cię nie będzie. pamiętaj o tym co teraz przeżywasz i
      bąź bardziej wyrozumiała i przyjacielska dla swojej synowej. Wiesz moja
      teściowa miała bardzo kiepskich teściów i nawet nie zdaje sobie sprawy z tego,
      że dla mnie jest taka sama jak oni byli dla niej. Ile ona mi się żaliła...
      nawet teraz jej się zdarza a ja gryzę się w język żeby czegoś ni epowiedzieć. A
      tak na marginesie to miałyśmy wiele poważnych rozmów mówiłyśmy sobie co nas
      wzajemnie deneruje i było tylko gorzej. Teraz gadamy tylko o pierdołach...
      • kosmitos Re: oj nieciekawie 06.10.05, 13:52
        pewnie, że teściowa nie będzie jej wiecznie nękać, ale jak ma 50 lat to może
        nawet jeszcze za 30 lat a to prawie jak dożywocie!!!!
    • 76kitka Re: warunek przetrwania mojego małżeństwa? 06.10.05, 13:17

      Ja rozumiem Cie doskonale. Moja teściowa jest osobą o trudnym charakterze i z bardzo wysokim mniemaniem o sobie. Jest strasznie dumna i wyniosła. Na początku bardzo Ją lubiłam, ale z miesiąca na miesiąc coraz szerzej otwierają mi się oczy. Mój mąż nie jest na szczęście zdania, że teściową trzeba kochać. Nigdy nie mówiłam do Niej mamo, mówię pani, jest to zwrot grzecznościowy, ale nie intymny. Spróbuj zrozumieć sytuację. Twój mąż został wychowany przez tę kobietę, wychowała Go tak jak chciała, czyliw szacunku i miłości dla Niej. Ty chciałabyś, żeby On zrozumiał, że Jego mama nie jest ideałem, że jest człowiekiem, który jak wszyscy ma również wady. Z tym, że to co dla Ciebie jest trudne u Niej do zaakceptowania, dla Niego jest normalne. Ja też chciałam mojego małzonka uświadomić, ale widzę, że to nie daje efektów, bo On tego nie zrozumie, został tak wychowany. Mnie na przykład bardzo przeszkadza fakt, że teściowa potrafi dać jako prezent tylko to co Jej zbywa, a sama oczekuje i prezentów i pomocy. Mój mąż był tak całe życie traktowany więc dla Niego to normalne. Możecie dużo stracić przez Twój konflikt z teściową. Usiądzcie, spokojnie wytłumacz Mu, że Jego punkt widzenia nie jest jedynie właściwy, że każdy patrzy i rozumie świat przez pryzmat swojeco wychowania i to dla Niego jest normalne Ciebie boli i odwrotnie. Powiedz, że możesz jego mamę przeprosić za to, że nie okazałaś Jej szacunku ( należnego choćby z różnicy wieku) natomiast do miłości do Niej nie jesteś wstanie się zmusić i że ty też nie wymagasz od Niego, żeby bałwochwalczo wielbił Twoich rodziców. Pójdzcie na kompromis np. jedna wizyta wspólna u Jego rodziców w miesiącu, w pozostałych wypadkach odwiedza Ich sam, lub z dzieckiem. Ja odwiedzam moją teściową średnio raz na miesiąc, nie jestem dla Niej nieuprzejma, ale nie jestem też słodka jak cukierek, traktuję Ja jak znajomą. I pociesz się myśla, że masz synka, który będzie tak samo Ciebie kochał, ajk Twój mąż swoją mamę smile
    • your_and Re: warunek przetrwania mojego małżeństwa? 06.10.05, 13:23
      Aby małżeństwo mogło przetrwać i być szczęśliwe facet musi umieć uciąć pępowinę
      od swojej matki i postępować tak ze żona to od tej pory najważniejszą kobietą w
      jego życiu, a żona umieć odpłacić mu tym samym.
      A niestety polska rzeczywistość to dorosłe maminsynki pod skrzydełkami mamy i
      ich żony które inwestują uczucia we dzieci a nie związek i partnerstwo, a
      wychowują tym samym następne pokolenie uzależnionych maminsynków którym nie będą
      chciały pozwolić usamodzielnić się w przyszłości...
      Bo jak się nie zainwestuje w więź partnerska tylko w tzw szczęście dzieci to co
      zostaje na starość? Rywalizować o uczucia syna z synową...
      • lila1974 Re: warunek przetrwania mojego małżeństwa? 06.10.05, 13:43
        Na bazie obserwacji forumowych dochodzę do wniosku, że nie tyle mężowie nie
        odcięli pępowiny, co ich żony zwyczajnie nie mogą znieść teściowej, a wymagają
        od męża, by się trzymał od własnej mtki z daleka.

        Swego czasu miałam podobne zarzuty wobec własnego męża, że nie stanie po mojej
        stronie. Z perspektywy czasu widzę, że on doskonale widział, że jakie
        stanowisko by nie zajął, to kogoś skrzywdzi, a awantura była z tych nie do
        rozstrzygnięcia. Obie strony mialy swoje racje. Też mogłam wtedy zarzucić mu,
        że jest maminsynkiem. Zamiast użalać się nad swoim losem wolałam poszukać
        rozsądnego kompromisu.

        Czy w konflikcie mąż - moi rodzice zawsze jesteście w porządku?
        • umasumak Re: warunek przetrwania mojego małżeństwa? 06.10.05, 14:52
          lila1974 napisała:


          Czy w konflikcie mąż - moi rodzice zawsze jesteście w porządku?

          Konfliktów nie ma, ale liczę się ze zdaniem męża, a nie mamy. Co do przcięcia
          pępowiny, to nawet bociany wiedzą, że gdy zakładają rodzinę, razem wychowują
          młode, razem wija gniazdo i teściowa raczej się tam nie błąka.

          Oczywiście jesteśmy ludźmi i sprawy maja się nieco inaczej niż u bocianów, ale
          i tak stoje na stanowisku, że to z mężem tworzymy rodzinę, a nie z mamą.
          Ważniejsze zatem są relacje mąż - żona, niż matką - syn/synowa, o czym zdaje
          się mąż autorki wątku zapomniał. Pzdr
          • your_and Re: warunek przetrwania mojego małżeństwa? 06.10.05, 16:37
            > Konfliktów nie ma, ale liczę się ze zdaniem męża, a nie mamy. Co do przcięcia
            > pępowiny, to nawet bociany wiedzą, że gdy zakładają rodzinę, razem wychowują
            > młode, razem wija gniazdo i teściowa raczej się tam nie błąka.

            Te słowa, że „opuści człowiek ojca i matkę” zakładając własną rozdzinę powtarza
            Pismo Święte aż cztery razy (Rdz 2,24; Mt 19,5n; Mk 10,6–9; Ef 5,28–31).
            Ale czy jest przygotowany ja opuścić zależy od matki, od wychowania, od
            przygotowania do samodzielności. Najczęściej matki nie chca wyjść z matkowania
            im nawet jak synek ma już 30 lat, bo to z często z nim a nie z własnym męzem
            łaczą je prawdziwe uczucia. Pamietajcie o tym takze w stosunku do swoich dzieci.
    • june26 Re: warunek przetrwania mojego małżeństwa? 06.10.05, 13:41
      Moja teściowa też nie należy do tych super teściowych.często sie wtraca, chce
      rzadzić, mąż jej broni-choć czasem zdobywa się na krytkę(zwłaszcza jeżeli
      chodzi o naszego syna)jest jednak zależny od matki i daje jej rządzić.Moim
      zdaniem rwój mąż powinien odpuścić, to nie z teściową tworzycie rodzinę i to
      nie za nią wyszłaś.ona powinna być w tle.dla męża powinno byc jasne że nie masz
      ochoty na wizyty u jego mamy i już. czas leczy rany.Z tego co piszesz to wynika
      że poświęciłby swoje małżeństwo po to aby nieprzeciwstawic się matce.
      powodzenia
      p.s z tym psem...to straszna pierdoła naprawdę nie miała się oco obrażać.
      • lola211 Re: warunek przetrwania mojego małżeństwa? 06.10.05, 13:54
        Hmm, na miejscu tesciowej tylko bym sie cieszyla, ze nie musialabym spotykac
        sie z synowa, ktora nawet przy okazji glaskania dziecka robi jakies głupie
        uwagi.
        • phony Re: warunek przetrwania mojego małżeństwa? 06.10.05, 14:28
          Dziękuję za wszystkie opinie - przeczytałam z uwagą. Jesteśmy zupełnie
          niezależni finansowo zarówno o moich rodziców jak i rodziców męża. Nigdy w
          naszym wspólnym życiu nie było żadnego konfliktu mojego męża z moimi rodzicami.
          Mąż z natury unika konfliktów, z drugiej strony moi rodzice są z tych zupełnie
          nie wtrącających się. Od męża oczekuję tylko zrozumienia, poszanowania mojego
          zdania i moich decyzji, nawet jeśli się z nimi nie zgadza. Mi nigdy nie
          przyszłoby do głowy zmuszać Go do wizyt u moich rodziców, wytłumaczyłabym
          rodzicom o co chodzi, pewnie uznała jego żale (mój ojciec z pewnością nie jest
          święty). Ale gdyby rodzice powiedzieli mojemu mężowi, że jest złym człowiekiem,
          i że nikt go nie lubi - to już przegięcie. Nikt nie ma prawa tak twierdzić i
          przenosić własnych odczuć na całą populację. Tu ja bym się obraziła na swoich
          rodziców, nawet jeśli mój mąż miałby "coś za uszami", tak jak ja z pewnością
          mam.
          I podzielam zdanie lol211, że na miejscu mojej teściowej też wolałabym nie
          widywać synowej, z którą nie mogę dojść do porozumienia i która mnie nie lubi -
          pisząc łagodnie. To samo mówiłam swojemu mężowi. Taki układ pasowałby mi
          najbardziej. Ale nie pasuje mojemu mężowi - i tu jest problem. On nawet nie
          spytał swoich rodziców, czego oni teraz chcą i czy oczekują jeszcze naszych
          kontaktów. Po prostu jemu taki układ nie pasuje i już.
          • lila1974 Re: warunek przetrwania mojego małżeństwa? 06.10.05, 14:32
            W takim razie przyczyna takiego stanu rzeczy tkwi głębiej.
            Mąż ma do Ciebie jakiś żal albo jest dominantem, który uznał, że nie Twoje
            odczucia sie liczą tylko jego zdanie.

            Jak wygląda Wasze życie pomijając kwestię teściowej?
          • malila Re: warunek przetrwania mojego małżeństwa? 06.10.05, 14:47
            Byłam w bardzo podobnej sytuacji. Z tą różnicą, że moją teściową lubiłam,
            raczej z teściem trudno mi było się porozumieć. Ale niechęć do wyjazdów do
            teściów wiązała się z obowiązkiem odwiedzin oraz jeszcze czymś innym, o czym
            nie chcę pisać. W każdym razie ja te wizyty zawsze odchorowywałam. W pewnym
            momencie powiedziałam stop. Pojadę dopiero, gdy poczuję chęć. Powiedziałam o
            tym mężowi. Nie był zachwycony, ale stwierdził, że w porządku. Byłam jednak
            przygotowana na to, że się nie zgodzi i że będzie awantura. Wiedziałam też, że
            jego sprzeciw tylko umocni mnie w moim postanowieniu. W postanowieniu, że muszę
            zadbać o siebie, bo nikt inny o mnie nie zadba.
    • wieczna-gosia Re: warunek przetrwania mojego małżeństwa? 06.10.05, 15:00
      Ja jestem w sytuacji twojego meza. On nie lubi mojej mamy. Ne i koniec. Od wielu
      juz lat ezdzi tam ze mna wylacznie na Swieta. I to tylko wtedy gdy sie nie
      poklocimy przed.

      Prawde mowiac uwazam sie w tym temacie za przegrana. Nie moge pojac jak on moze
      nie lubic kogos kogo ja kocham. Oczywiscie moja mama idealna nie jest, ale bez
      przesady- wizyta raz na miesiac to chyba nie przesadne wymagania.

      W koncu uleglam. I twoj maz sadze ze tez ulegnie. Ale pokazuje tylko pewnien
      aspekt tej sprawy. On kocha swoja matke. I w glowie mu sie nie miesci ze mozesz
      az tak jej nie lubic by nie moc wpasc tam raz na jakis czas. Oczywiscie w koncu
      stanelam za mezem, kocham go, nie rozwiode sie z nim dlatego ze nie lubi mojej
      rodziny. Ale ze jest mi z tym dobrze to nie powiem....
    • faceeet Re: warunek przetrwania mojego małżeństwa? 06.10.05, 18:18
      Hmm.. tak mysle ze trzeba byc niezle rabnietym, zeby obruszac sie na cos
      takiego ze babcia glaszcze wnuczka po pleckach (no chyba ze wnuczek ma 17 lat
      albo wiecej :] )... Dlatego troche sie dziwie twojej reakcji. Mysle ze maz tez
      sie dziwi i go to wrecz wkurfia na max - mnie by tam wkurzalo i by mi bylo
      przykro.
      Tak naprawde to widac, ze problem miedzy wami narastal latami i predzej czy
      pozniej bys wybuchla o jakakolwiek glupote, ale pewnie maz nie wie o tym.

      Poradze to co zawsze.Napisz sensowny list do niego. Jak do nas. I konkretnie
      podaj w punktach:
      - tesciowa to zrobila zlego, to i to i dlatego jej nie lubie i oto mam zal
      (zwlaszcza z ciaza i o tych zonach),
      - ja tez nie bez winy bo zrobilam to i to zlego,
      - ty dolewasz tylko oliwy do ognia ja usprawiedliwiajac ciagle a mnie nigdy (z
      drugiej strony moze on tak samo o tobie gada matce: "bo ona taka jest, "na
      pewno nie chciała źle",
      - napisz mu wszyscy potrzebuja czasu by ochlonac i zeby nie naciskal teraz,
      postarasz sie byc lepsza synowa, ale musi porozmawiac z mama zeby tez
      spauzowala i odpuscila...i w zwiazku z tym ograniczenie wizyt bedzie tylko
      pomocne w tym.

      Generalnie w sieci jest miliony watkow o zlych tesciowych i o tym jak im
      odpie.., a jakos z tego co piszesz nie wynika zeby cie strasznie gnebila.
      Moze tez daj sobie na wstrzymanie.
    • mag.ellan Serdecznie współczuję Twojej teściowej 06.10.05, 18:59
      która, jak widać nawet wnuka ma prawo dotknąć, ale tylko po uprzednim
      zapoznaniu się z instrukcją. Oczywiście wina teściowej, że nie pada do nóg i zę
      śmie okazywac uczucia po swojemu. Jej wina, ze nie ma tak jak Ty. I w ogóle
      przez nią małżeńsstwo Ci się sypie.
      Gdybyś popracowała nieco nad sobą, nie nad otoczeniem, miałabyś może pomocną
      teściową, spokojnego meżą i szczęsliwe, uradowane babcią dziecko. Ale co tam,
      rozwiedź się. W końcu jak nie będzie tak jak Ty chcesz, to lepiej wcale. Prawda?
      Nie dziwię sie, ze słyszysz tyle gorzkich słów od teściowej i że mąż już tez
      nie zaprzecza. Pewnie coś w tym jest, skoro tyle osób zaczyna Ci to
      uprzytamniać. No, ale przeciez to przez nich... .
      Ech... następna poszkodowana, nieomylna i bezkompromisowa.
      A rozwodź się, pewnie. Lepiej dla nich. Brrrrr... .
      • triss_merigold6 Marudzisz 06.10.05, 19:16
        Marudzisz. Można kogoś nie lubić. Zwyczajnie nie lubić, mieć zerowe
        porozumienie i brak chęci na kontakty. Jak kogoś nie lubię to zmuszam się do
        kurtuazyjnych spotkań kilka razy w roku i rozmów o pogodzie.
    • maadzik3 Re: warunek przetrwania mojego małżeństwa? 06.10.05, 20:30
      Rozumiem, ciezko zyc pod presja psychiczna, ale wydaje mi sie ze konflikt z
      tesciowa w tle jaki opisujesz to za malo zeby po 3 miesiacach mowic o rozpadzie
      12 letniego zwiazku z dzieckiem, ktory, sadzac po tym co napisalas dotad ukladal
      sie szczesliwie. Sprobuj jeszcze spokojnej rozmowy z mezem, zaproponuj rozmowe w
      obecnosci strony trzeciej jako rozjemcy (miedzy Wami - zaufany przyjaciel czy
      tp.), przedstaw mu swoj punkt widzenia bez najezdzania na tesciowa (to czego
      potrzebujesz a nie jaka ona wredna). Wydaje mi sie ze nawet nonkonformizm musi
      sie czasem troche ugiac przed perspektywa rozwalenia udanej rodziny (co innego
      nieudana). 3 miesiace to niewiele (ogolnie) - nie za szybko poddajesz to malzenstwo?
      Magda
      • phony Re: warunek przetrwania mojego małżeństwa? 07.10.05, 09:55
        Zaznaczam, że nigdy nie powiedziałam mężowi, że nigdy więcej nie chcę widzieć
        teściowej na oczy. Powiedziałam tylko, że potrzebuję czasu, nie wiem jak
        długiego, aby przemyśleć sobie pewne sprawy. Mąż też nigdy nie dał mi
        bezwzględnego ultimatum: albo polubisz moją rodzicielkę albo rozwód. Daje mi za
        to wyraźnie odczuć, że on takiej sytuacji tolerować nie będzie, że źle mu z
        tym. On sobie z tym problemem 'nielubienia' nie może psychicznie poradzić.

        Mój problem z teściową jest na tyle istotny, że postanowiłam poszukać pomocy na
        zewnątrz (za namową mojej mamy) - umówiłam się na rozmowę z psychologiem.
        Usłyszałam od niego, że chyba mam dwa wyjścia: albo będę dalej udawała i
        zaciskała zęby podczas wizyt u teściowej, albo będę szczera wobec siebie i
        wobec niej i zdobędę się na szczerą rozmowę. Powiedział też, że jeśli nie
        porozmawiamy szczerze, to problem będzie wisiał nad nami i pewnego dnia znowu
        spadnie nam na głowę. Wybrałam oczyszczającą, chociaż trudniejszą szczerość. Ja
        naprawdę zdaję sobie sprawę z wielu wad mojego charakteru. Nie jestem ideałem,
        nikt nie wie tego lepiej ode mnie i mojej teściowejsmile Wiem też, że ludzie mają
        różne charaktery, zostali wychowani w różnych rodzinach. To do czego jest
        przyzwyczajony mój mąż przez to, że został wychowany przez tą właśnie kobietę,
        która jest moją teściową może być dla mnie trudne do zaakceptowania, ponieważ
        ja wychowałam się w innej rodzinie i mam inne wzorce. Inne to nie znaczy od
        razu gorsze.
        Czasami los łączy ludzi zupełnie wbrew ich woli i co wtedy robić? Inna kobieta
        na moim miejscu może nawet uznałaby, że ma super teściową, bo starając się
        spojrzeć obiektywnie moja do tych najgorszych z pewnością nie należy. Wynika to
        z tego, że ludzie mają w stosunku do innych różne oczekiwania - to co odpowiada
        jednym, inni z trudem akceptują. Jedne z was chcą pomocy teściowych przy
        wychowaniu dzieci, pomocy finansowej, mają pretensje, że teściowa nie zawsze
        może lub chce zająć się wnukami. Inne wprost przeciwnie - są szczęśliwe, że
        teściowa daleko, ma własną pracę i zainteresowania, że znalazła nowy cel w
        życiu, ma własne grono prezyjaciół, nie wydzwania ciągle z pytaniem co jej syn
        jadł dzisiaj na śniadanie i że widują się raz na kwartał. Jeśli spotkają się
        osoby których oczekiwania się pokrywają to super, a co jeśli teściowa i synowa
        mają przeciwstawne oczekiwania wobec siebie?
        Chciałabym, aby sytuacja się jakoś wyklarowała, abyśmy mogły jeszcze normalnie
        ze sobą rozmawiać. Ale jeśli mój mąż próbuje mnie naciskać, ustawić i mówi co
        mam zrobić, to we mnie od razu wszystko się buntuje. Chyba naturalny odruch u
        większości z nas. Jeśli mąż daje mi do zrozumienia, że nie będzie dobrze dopóki
        nie będę 'miła' i nie położę uszu po sobie to szlag mnie trafia i sama nie
        wiem, czy mam ochotę dłużej się z tym szarpać. Może przemawia przeze mnie
        wielki egoizm, ale jeśli miałoby być lepiej TYLKO wtedy, gdybym była 'miła' to
        miałabym poczucie jakiejś klęski, bo to oznaczałoby że mąż nagrodził mnie za
        to, że potulnie zrobiłam to czego oczekiwał, że kocha mnie za coś, a nie pomimo
        czegoś.
        W przeciwieństwie do mojej teściowej nie mam poczucia własnej nieomylności i
        mam sporo zarzutów w stosunku do siebie. Wiem, że mogłam pewne rzeczy zrobić
        inaczej. Muszę jeszcze sporo rzeczy przemyśleć ...
        Dziękuję z możliwośc wypisania się i za Wasze posty.

        • malila Re: warunek przetrwania mojego małżeństwa? 07.10.05, 10:51
          Widać, ze wiesz doskonale, co zrobisz. Odniosę się tylko do tego:
          > Jeśli mąż daje mi do zrozumienia, że nie będzie dobrze dopóki
          > nie będę 'miła' i nie położę uszu po sobie to szlag mnie trafia i sama nie
          > wiem, czy mam ochotę dłużej się z tym szarpać. Może przemawia przeze mnie
          > wielki egoizm, ale jeśli miałoby być lepiej TYLKO wtedy, gdybym była 'miła'
          to
          > miałabym poczucie jakiejś klęski, bo to oznaczałoby że mąż nagrodził mnie za
          > to, że potulnie zrobiłam to czego oczekiwał, że kocha mnie za coś, a nie
          pomimo czegoś.
          Być może przemawia przez Ciebie egoizm. Rzecz w tym, że Tobie się wmawia, że
          tylko Ty jesteś egoistką. Ale czym w takim razie kieruje się Twój mąż żądając
          od Ciebie zignorowania własnych uczuć, żeby jemu żyło się przyjemniej i
          beztrosko?
          Owszem, sytuacja, gdy najbliższa osoba nie darzy sympatią kogoś, kogo się
          kocha, do szczytów komfortu nie należy. Ale partner zyciowy to nie kanapa. Nie
          służy do tego, żeby zapewniać komfort i wygodę. Chodzi o to, żeby oboje czuli
          się w związku w miarę dobrze. I żeby utrzymać względną równowagę.
    • mamapiotra Re: warunek przetrwania mojego małżeństwa? 07.10.05, 11:35
      jak to, co ty zamierzasz zrobic z jego rodzicami?? przeciez to sa jego rodzice! i to chyba on za nich odpowiadA przed toba.
      za mojego psa (sory za porównanie) odpowiasdam przed obcymi ja. a nie kobieta, której np. mój pies zniszczył torbe. tak samo jest z dzieckiem. moje dziecko, ja za nie odpowiadam. nie rozumiem, czemu z rodzicami ma byc odwrotnie?
      jego rodzice - on za nich odpowiada przed toba. powiedz mu o tym. i o słowach tesciowej dotyczacych ilosci zon tez. wyglada na to, ze tesciowa chce rozbic wasze małzeństwo.
      i jeszcze ten twój maz to chyba tchurzliwy maminsynek. trzeba chyba cos z nim zrobic? no nie?
Pełna wersja