phony
06.10.05, 12:20
Moje małżeństwo zmierza chyba ku końcowi, w naszych rozmowach powoli zaczyna
się pojawiać słowo "rozwód". Jesteśmy małżeństwem od 7 lat, znamy się chyba
od 12 lat, mamy jedno dziecko. Bezpośrednią przyczyną kryzysu w moim
małżeństwie, który to trwa już chyba trzeci miesiąc jest mój konflikt z
teściową. Popełniłam z pewnością błąd, bo powiedziałam jej( bardzo spokojnie,
bez podnoszenia głosu) kiedy intensywnie

głaskała mojego synka po
pleckach "E... (mówimy sobie po imieniu), nie głaszcz Go tak, to przecież nie
pies". Teraz zdaję sobie sprawę, że mogłam to załatwić w inny sposób,
powiedzieć choćby do synka, żeby do mnie podszedł i tesciowa musiałaby Go
puścić, ale działałam pod wpływem chwili i cóż, wymknęło mi się tak
niefortunne sformułowanie, po prostu pierwsze skojarzenie opisujące to, co
widziałam. Trudno, stało się, chociaż obraziłam chyba najbardziej mojego
najkochańszego synka porównując go do psa

. Wybuchła wielka afera. Teściowa
dostała spazmów, już wtedy powiedziałyśmy sobie kilka przykrych słów we
wzburzeniu, usłyszałam wtedy m.in. "już niedługo twój syn przekona się jaka
naprawdę jesteś".
Prawdą jest, że ja po prostu nie mogę się przemóc i jej polubić, właściwie
sama nawet nie wiem, czy jej nie lubię, czy nawet chwilami lubię, ale tak
mnie czasami denerwuje, że ... Nie okazuję jej zbytniego szacunku (to
niestety prawda, ale mam swoje powody, o których ona nie wie, że ja wiem),
nie pytam jej o zdanie w żadnej kwestii, nie chcę do niej mówić mamo (to
jeden z głównych zarzutów jej i mojego męża wobec mnie).
Po jakimś miesiącu od tego przykrego zdarzenia umówiłam się z teściową na
rozmowę u niej w domu. Byłyśmy same i mogłyśmy sobie pogadać, wywlec
wszystkie żale i pretensje nagromadzone przez lata, ponieważ nigdy wcześniej
nie doszło między nami do wymiany zdań i nigdy nie powiedziałyśmy sobie
szczerze, co o sobie myślimy, co nam przeszkadza. Zaczęłam rozmowę od
powiedzenia, że przykro mi z powodu tego co zaszło, że mogłam wtedy użyć
innych słów. Powiedziałam, że niestety chyba nie potrafimy się dogadać, że
nie ma między nami 'chemii' i że najlepiej będzie jeśli nie będę się z nią (i
teściem) na razie widywała. Że każda wizyta u nich to dla mnie duży stres,
ból brzucha, niepotrzebne nerwy. Że zdałam sobie sprawę, że to dla mnie za
duże psychiczne obciążenie, że potrzebuję spokoju, że nie chcę być hipokrytką
i dalej udawać i zaciskać zęby, żeby czegoś znowu nie powiedzieć. Że nie chcę
żyć pod przymusem spotkań, chcę przyjść do nich wtedy kiedy będę miała
ochotę, a nie wtedy kiedy wypada, choćby następne spotkanie z nimi miało być
za 2 miesiące. Że odwiedzać ich będzie mój mąż z synkiem, a ja przyjdę wtedy
kiedy będę miała na to ochotę. Nawiązałam także do naszej niechlubnej
przeszłości, że mam pretensje o kilka rzeczy m.in. o to, że kiedyś
powiedziała mi, że tak krótko trzymałam jej syna, że nie mógł poznać kogoś
innego, że w czasie mojej ciąży zadzwoniła tylko raz, żeby zapytać jak się
czuję itp. Od teściowej usłyszałam w zamian, że jestem złym człowiekiem, bo
nie mam przyjaciół "a każdy dobry człowiek posiada chociaż jednego
przyjaciela", że mnie nikt nie lubi "mnie lubią wszyscy, a ciebie - nikt"
(teściowa ma zawsze bardzo dobre mniemanie o sobie i uważa że wszyscy ją
uwielbiają; kiedy ją spytałam jak układało się między nią a jej teściową
usłyszałam oczywiście "mnie kochała najbardziej", "spytaj kogokolwiek,
wszyscy powiedzą ci jak mnie lubią"). To taki typ człowieka. Przy takim
wysokim mniemaniu o sobie jest jej bardzo ciężko zrozumieć, że ja chyba jako
jedyna na tym świecie nie przepadam za nią. Oczywiście nie omieszkała mnie
uraczyć prawdami oczywistymi: "żon można mieć kilka, a matkę ma się jedną"
czy "od miłości bardzo krótka droga do niemawiści", co zabrzmiało praktycznie
jak groźba.
Ciężko jest też w tej sytuacji mojemu mężowi, zdaję sobie sprawę że jest
między młotem a kowadłem. Zasadniczo

ma dobry charakter, nie znosi żadnych
sporów, niesnasek w swoim otoczeniu. Chciałby mieć idealną rodzinę jak z
jakiejś sielskiej-anielskiej reklamy. Natomiast jeśli chodzi o ten konflikt
to ma strasznie egoistyczne podejście - mam go rozwiązać go tak jak ON chce.
A we mnie narasta bunt, bo nie lubię kiedy ktoś narzuca mi swoje "jedynie
słuszne" zdanie. Dlatego od czasu tego nieszczęsnego incydentu jestem karana -
mam wrażenie, że mąż stosuje wobec mnie presję psychiczną, abym załatwiła
sprawę z jego mamą PO JEGO MYŚLI(bo jemu "ta sytuacja nie odpowiada"), to
wtedy zmieni się między nami na lepsze. Ale ja nie chcę już oszukiwać, robić
dobrej miny do złej gry, zaciskać zębów, nie chcę żyć pod presją spotkań.
Chcę mieć wolną wolę i prawo decydowania z kim chcę sie spotykać i kiedy. Nie
chcę robić już tylko tego co wypada. I nie będę mówiła do teściowej 'mamo',
bo tak wypada i ona by tego oczekiwała.
Mojej teściowej oczywiście też zdarzają się słowne lapsusy, często powie coś
zanim pomyśli, ale dla niej, jej zachowania i tego co czasami palnie mój mąż
ma zawsze to samo wytłumaczenie, najbardziej mnie rozwalające: "bo ona taka
jest, "na pewno nie chciała źle". Coż, ja też jakaś jestem: egoistka ze mnie
czasami, trochę narwana, nie za bardzo okazująca uczucia, mało skłonna do
kompromisów, niepokorna. Jak ktoś mnie doprowadzi do ostateczności (baaardzo
rzadko) walę prawdę między oczy, nie cierpię jak ktoś nieproszony próbuje
udzieleć mi rad, wypytuje o rzeczy, które nie powinny go interesować itd.
Podsumowując: w domu mam impas, do męża nie trafiają moje argumenty, co
chwila nagabuje mnie "co zamierzasz zrobić w związku z moimi rodzicami"? A ja
nie mam w tej chwili ochoty czegokolwiek robić i nie chcę być do czegokolwiek
zmuszana, co mu już wiele razy powiedziałam!
Oczywiście nie chcę też żadnego rozwodu, ale mam powoli dosyć tego, że mąż
nie może się zdobyć wobec mnie na odrobinę wyrozumiałości, której wielkie
pokłady ma dla swojej matki, że stosuje taką psychiczną presję. Nie
powiedziałam przecież, że już nigdy nie chcę jej widzieć, może jeszcze kiedyś
nasze stosunki się ucywilizują, na pewno jeszcze nie raz sie spotkamy,
potrzebuję tylko trochę odetchnąć. On tego nie rozumie.
Czy rozumie choć trochę ktoś, kto szczęśliwie przeczytał do końca moje
wypociny?